Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 27 min czytania

Urojeń ciąg dalszy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Urojenia, jeżeli pamiętasz, udało mi się w jakiś sposób, że tak powiem, oswoić. Zupełnie jak w teorii Darwina: zaczęły one ulegać ewolucji. Już przestały mnie dręczyć myśli z serii: „oni na mnie patrzą albo oni wiedzą, że biorę”. Nie. Te na mnie już nie działały, bo wiedziałem, co o tym myśleć. Jednak, kiedy zaczęły rosnąc na sile, osiągnęły w jakiś sposób charyzmę, która skutecznie do mnie przemawiała, zrozumiałem, że to nie jest koniec tego horroru. Jeżeli miałem dobrze rozumieć, to się dopiero zaczynało. Poczułem się taki bezbronny, bo w tym świecie(Pogranicza realizmu i urojeń) nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc. Musiałem sam stawić temu czoła.

Kiedy zaobserwowałem coraz większe natręctwo tych samokreujących się wizji, uznałem, że chyba wskazana będzie abstynencja. I tak też zrobiłem. Czułem ambiwalencję, bo z jednej strony trochę smutno było rozstawać się z tym, co parokroć zwiększa moją euforię i jest wspaniałą ucieczką od codzienności, a z drugiej strony nieopisane uczucie szczęścia. Tak, wyszedłem, beż żadnego problemu. Ta dziwna duma była nawet przyjemna - potrafiłem oprzeć się pokusie, potrafiłem pokonać nałóg, a jednocześnie czułem się taki wyzwolony i szczęśliwy. Dni mijały, słońce i temperatura powietrza doskonałe odzwierciedlały stan mojego ducha. Uwierzyłem, że nie muszę niczego brać by być kimś. Bo tak naprawdę to wiara jest największym narkotykiem. Bez niej jest źle, pusto i dziwnie. A kiedy jest, to całe życie pisane jest kolorowymi flamastrami. Dochodziłem do wniosków, jakie wcześniej były dla mnie nieogarnięte. Wróciłem do innego nałogu, jakim jest czytanie książek. Czy czytałem? Żartujecie? Ja te książki pożerałem, strona po stronie, litera po literze. Ciągle byłem głodny. Głodny życia. Wiem, wiem, co pomyślicie. Że to, co piszę jest nieprawdą. Że tyle osób nie umie z tego wyjść i wpada w różnego rodzaju depresję, uznaje, że świat przestał być interesujący. To prawda. Ja tylko mówię o pierwszych tygodniach. Minęły mniej więcej dwa tygodnie jak przestałem czuć skutki niewyspania oraz nadmiernego apetytu. Odespałem przez ten czas te wszystkie zarwane noce, ponoć tak to działa. Nie można tak po prostu zarwać trzech nocy z rzędu i potem odespać tylko jednej.. Spałem po dwanaście godzin dziennie, a zazwyczaj zadowalam się siedmioma i czuję się świetnie. Rzadko zdarza mi się spać więcej niż dziewięć, więc te dwanaście było ewenementem. Na skalę masową. Jak ludzie na księżycu, jak Marsjanie na wyprzedaży opon. Tak samo było z jedzeniem, bo pochłaniałem żywność jak oszalały. Po tej diecie trzeba było nadrobić te wszystkie kalorie. Ile to ja jadłem kolacji dziennie? Kilka na pewno. Już po dwóch tygodniach, jak wspomniałem, wszystko wróciło do normy. Także moja sylwetka i waga. Wcześniej schudłem kilka kilo i straciłem piwny brzuszek. Jakim cudem znów go zobaczyłem po dwóch tygodniach? Siedziałem i myślałem, i jadłem kolejne porcję przepysznych kanapeczek.

Odzyskałem też wiarę w siebie. Na zejściu ma się wrażenie, że jesteś nikim. Nikt Cię nie lubi, i w ogóle jesteś do niczego. Z radością, więc przywitałem te przebłyski narcyzmu. Lepiej być narcyzem niż nienawidzić siebie. Wierzcie mi. I uśmiech. Znów gościł na mojej twarzy, codziennie. Nie było zejść, nie było krzywych jazd. Żyłem tak jak wszyscy. Byłem człowiekiem. I zapomniałem o urojeniach.

Minął miesiąc jak zacząłem nabierać przekonania, że już jestem czysty i fizycznie, i psychicznie. Fizycznie to można zaobserwować po moczu. Im bardziej ciemny, wręcz brązowy, to można traktować to jako zagrożenie ekologiczne. Ale nie! Znów mój mocz był przezroczysty, nie miał tego specyficznego zapachu. Jeśli chodzi o psychikę to trudniej ją ocenić. Bo nigdy nie wiesz, co ona wymyśli. I nie da się jej tak po prostu zanalizować. No chyba, że ktoś będzie jadł ołówki i pił ropę naftową ze stacji benzynowej, to wtedy można, ale w drodze wyjątku, jako, że da się łatwo przewidzieć diagnozę. Założę się, że wszyscy zgadliście jak sklasyfikować takiego delikwenta.

Czas leciał, ja żyłem. Ludzie na ulicy byli po prostu przechodniami i czasami zerkali pośpiesznie, no, ale to chyba normalne jest prawda? Przecież nie można iść i nie patrzeć na nikogo. To byłoby dziwne.

Minęło gdzieś około dwa, może nawet trzy miesiące, odkąd podjąłem decyzję, że kończę. Kompletnie zapomniałem o urojeniach, a jeżeli się jakoś mi przypomniały to zbywałem je śmiechem. Jak mogłem być taki głupi? Z perspektywy czasu fajnie było się pośmiać z samego siebie. Tego wieczoru, kiedy zasypiałem i znów pomyślałem o tych jazdach, stwierdziłem, że koszmar się skończył. Zasnąłem i nawet nie wiedziałem, jak bardzo się myliłem. Koszmar owszem, skończył się. Teraz miało się zacząć prawdziwe piekło. Tej nocy śniłem o przyjemnych rzeczach. I nic nie zapowiadało nadchodzącego terroru.

Obudziłem się wypoczęty. Spojrzałem za okno i uśmiechnąłem się na widok ciepłej pogody. Zrobiłem kilkanaście pompek dla podtrzymania kondycji, która notabene ucierpiała podczas „przygody”. Wykąpałem się a potem zjadłem śniadanie. Już tylko jedno. W radio rozbrzmiewała jakaś przyjemna melodia, a za oknem raz po raz dało się usłyszeć jakieś dziwne dźwięki. Co to było, tego nie wiem. Wyjrzałem i nic. Kompletna pustka, zrobiło mi się jasno przed oczyma. Jednak to mogło, i raczej na pewno to było, wynikiem nagłego, gwałtownego ruchu. (Czasem przy zbyt szybkim wstaniu z łóżka dopada taka krótka chwila zaćmienia, kiedy organizm próbuje złapać równowagę. W przypadku, kiedy ktoś jest zdolny i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, może się udać takie coś, kiedy zbyt szybko się podejdzie do okna. Ten sarkastyczny tytuł dedykuję sobie. Z racji tego, iż innym nie ubliżam. No, żarty, żartami a horror nawet nie wszedł w przerażający moment). Tak, więc nieopisane białe światło, bardzo przerzedzone ciemnością wyglądało niezwykle groteskowo. Cofnąłem się instynktownie, zasłoniłem twarz rękoma i uznałem po chwili, że słońce chyba dostało podwyżkę, bo używa promieni ultra-jakiś tam. Obróciłem wszystko w żart, nie miałem powodów do obaw. Skąd mogłem wiedzieć, że jest to początek absurdu? W godzinach popołudniowych wybrałem się na pobliskie boisko, gdzie wspólnie z kolegami zamienialiśmy się w gwiazdy piłkarskie i graliśmy. Co prawda kondycja nie ta co kiedyś, ale szło nieźle. Jednak momentami coś ściskało mój żołądek i czułem, że zbliża mi się śniadanie do ewakuacji. Nie wydałem zgody. Plan B zakładał odpoczynek i prezentował się zdecydowanie lepiej niż plan A. Odpocząłem chwilę. Chwila trwała ponad dwadzieścia minut a ja nie mogłem odzyskać siły. Czułem jak moje mięśnie cierpią z wyczerpania a moje serce nie nadąża pompować takiej ilości krwi. I kiedy siadałem na ławce, na której z reguły siedzą rezerwowi, znów zobaczyłem te groteskowe światła. Znów trwające ułamek sekundy, jakby stworzone by nie dać się zobrazować. Czułem ciepło krwi, z ledwością przełykałem ślinę a mięśnie do tego stopnia były zmęczone, iż co dwie minuty krzyczałem z bólu. Atak skurczu. A ekipy badawcze, zaintrygowane tym niespotykanym dotąd wyciem, do dziś poszukują obiektu i infradźwiękami. UFO? Wielka stopa? Nieee…

Kiedy już wróciłem do domu, uznałem, że słusznie zrobiłem odpuszczając sobie dalszą grę. Czułem się jak emeryt, którego ulubionym sportem jest przerzucanie kanałów. I jakoś mi to wychodziło. Ciągle czułem zmęczenie, na tyle natrętne, iż zamknąłem oczy i zasnąłem.

Kiedy wstałem poczułem coś dziwnego, jakby strach. Jakby jakaś tajemnica kryła się w powietrzu. W akompaniament uczuciu strachu wszedł dręczący zapach. Coś jakby… Sam nie wiem. Po prostu czułem coś dziwnego. Szedłem po mieszkaniu wąchając wszystko, niczym pies szukający zdobyczy, kiedy spostrzegłem, że już nie czuję. Nic. Wydawało mi się? Nie, czułem na pewno. Kątem oka dostrzegłem jakieś gwałtowne odbicie światła, które oślepiło mnie i sparaliżowało strachem. I niewiedzą. Co się dzieję? Siedziałem cały spocony, w ręku trzymając pościel i dopiero wtedy zorientowałem się, że śniłem. Był ranek, więc pytanie moje brzmiało – czy gra w piłkę była czy nie? Kalendarz rozwiał moje niepewności. Spałem cały dzień po grze i noc. Mój rekord, który jednak przywitałem chłodnym entuzjazmem.

Zacząłem zauważać, że szybko się męczę. Były wakacje, więc miałem szczęście mogąc siedzieć całe dnie w domu, nie pobudzając zbytnio mięśni do wysiłku. Wieczorem dopadł mnie dziwny, niemiłosiernie bolesny ból w dole pleców, tam gdzie można się dokopać do nerek. Do tego stopnia bolało, iż pojawiły się łzy. Jednak nie zwróciłem uwagi, kiedy ból ustąpił a ja siedziałem po prostu na łóżku. Kiedy znów o tym pomyślałem, zawyłem jak wilkołak do księżyca. I znów przestało. Samoczynnie. Tej nocy te bóle powtarzały się regularnie, nie pozwalając mi zmrużyć oczu, chociaż na chwilę. Z łez, które wypłynęły można by zapełnić wiadro. A i tak nic nie schudłem, paradoks?

Rano czułem się dobrze. Kiedy schyliłem się jednak po papierek, który mi upadł, jak odwijałem cukierka, poczułem kolejny ból, tym razem inny. Boże, jak mi dysk wypadł w tym wieku to może od razu przejdę na emeryturę – pomyślałem i po krótkiej chwili uznałem, że warto krzyknąć, aby ból zelżał, choć trochę pod wpływem wyładowania emocji. Tym czasem krzyczałem, wyłem i płakałem jak dziecko, niedostające upragnionego jedzenia, kiedy ból nie ustępował. Uczepił się, pomyślałem. Nawet nie zwróciłem uwagi na moją ekwilibrystyczną pozycję, w jakiej się znalazłem. Poczułem się znowu senny i zapragnąłem odpoczynku. A była dopiero godzina dziesiąta rano.

Musiał mnie dopaść jakiś wirus. Leżałem w łóżku i nic się nie działo. Wróciłem wspomnieniami do starych lat, zamarzyłem się o tym, jakby teraz było przyjemnie wziąć i wzbić się niczym anioł, tak wysoko jak nikt nigdy. I kiedy zamknąłem oczy, byłem tam gdzie kiedyś non stop szybowałem. Jednak to nie było to samo. Ten dzień można było uznać za nostalgiczny. Tęskniłem za tym uczuciem, a czułem się jak człowiek żegnający kogoś bliskiego, a w myślach bryluje tylko myśl, iż już nigdy się nie zobaczą po raz kolejny. Ostatnie spotkanie, cenzura i introwertyczny smutek Pojawiły się krople potu, ciało zrobiło się gorące i wyostrzyły mi się zmysły. Było jak dawniej. Serce biło z prędkością światła, ciśnienie mało nie rozerwało rąk a euforia z każdą minutą potęgowała swoje uczucie. Znów potok myśli, znów szeroka gama pomysłów, znów plany i jednym słowem, świat widziany niczym Eden. Wstałem z łóżka, musiałem pochodzić w kółko. Musiałem coś robić. Z tego robienia czegokolwiek zaprzestałem racjonalnie myśleć. I naprawdę trochę trwało, zanim zorientowałem się, że nic nie brałem. Nadmierna tęsknota, chęć posmakowania po raz enty tego uczucia i efekt placebo. Mój umysł dopowiedział resztę. Sprawił, że znów byłem otoczony aureolą euforii. A ja nawet nie wiedziałem, że to się nie dzieje naprawdę. To był kolejny egzemplarz z półki urojeń. Uroiłem sobie jazdę i nie czułem żadnej różnicy. (Skoro nie widać różnicy, to, po co przepłacać? Ekonomia przed wszystkim;)) Nie od dziś wiadomo, że to nie narkotyk jest źródłem szczęścia a mózg; to tam zachodzą procesy, które mają takie efekty jak euforia czy haluny. Narkotyk jest tylko narzędziem, kluczem. Magicznym zaklęciem. Czary Mary. I znów odpłynąłem myślami, nie zdając sobie sprawy, jakie to może być groźne.

Obudziłem się w nocy, spocony, zgrzany i z uczuciem paranoicznego lęku, przed niewiadomo czym. Rozejrzałem się po ciemnych konturach pokoju i jedyne, na czym zawiesiłem oczy, na dłużej niż sekundę, nosiło nazwę pająk. Czy ja wiem czy mały? Wielkości dłoni. Patrzyłem się jak spaceruje sobie po mojej ścianie, zupełnie jakby wyszedł na spacerek dla rozprostowania olbrzymich, groteskowych odnóży. Mknął szybko, nie zdążyłem się nawet zorientować, jak straciłem go z oczu. Zdesperowany myślą, iż pająk tutaj gdzieś się skryje a potem wyjdzie w nocy i mnie zje, w mgnieniu oka wybiegłem z pokoju, robiąc przy tym huku, jakby, co najmniej zbliżała się godzina zero zero, w sylwestra. Rodzice już zdążyli się obudzić, sąsiedzi pewnie też, i pewnie gazety tropiące sensacji dostały cynk o młodzieńcu, który krzyczy w nocy jakby go, ze skóry obdzierali. I znów! Ta myśl! Wszyscy wiedzą! Stałem sparaliżowany ze strachu, jednocześnie będąc zły na siebie i na Matkę Naturę, że akurat z szerokiej gamy fobii, mi musiała przypaść ta jedna, arachnofobii. Rodzice postanowili załatwić sprawę szybko. Weszli do pokoju, ja zostałem przed. Kiedy oznajmiłem, że zostaje na czatach, próbując usprawiedliwić jakoś swój strach przed wejściem tam, po ich spojrzeniach dowiedziałem się wiele rzeczy. Ale zostawię je dla siebie. Pająka nie odnaleziono, wyprawa się nie powiodła. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

Im częściej o czymś myślałem, tym większe było ryzyko, że kolejne urojenie będzie dotyczyć tej myśli. W końcu doszło do tego, iż siedziałem w pokoju pełnym terrarium, w których znajdowały się tysiące pająków. Do tego stopnia o tym myślałem, że sam byłem pająkiem. Paranoja. Znów wróciły bóle. Skoro lęk może się przeobrazić w urojenie, to tak samo może być z przeświadczeniem o tym, że coś mnie boli. Już w dzieciństwie zdradzałem niewątpliwy talent do hipochondrii, tak, więc teraz miałem okazję to przećwiczyć w praktyce. I… Ale zaraz? To wszystko było absurdalne. Głupie, dziwne – to, czemu to miało miejsce? I to jest dobre pytanie. Czy to się działo naprawdę? Pająki dalej chodziły po ścianach, bolało mnie praktycznie już wszystko, i kiedy wspominałem stare przygody z syntetykiem to czułem się jak po wzięciu. Nie, to…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Urojeń ciąg dalszy — czytnik · opowiadania