Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 13 min czytania

Urzędnik cz.I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był to czas, kiedy byłem w posiadaniu pewnego niedużego gospodarstwa rolnego. Powiedzenie jednak na temat tego gospodarstwa, iż było ono niewielkie, nijak nie objaśni nikomu prawdziwej istoty spraw. Po prawdzie szczerej, gospodarstwo owe było nad wyraz marne. Grunt rolny niezależnie od włożonego weń nakładu pracy był niezwykle lichy, a na dodatek niezwykle niewdzięczny względem wydawanych przez siebie plonów. Nieistotne to zbyt jednak, bowiem ziemi tej miałem tak niewiele, że nawet gdy stanęło się na jej krańcu, u brzegu lasu, to można było swobodnie nadal rozglądać się przez okno po wnętrzu mojej jedynej izby w chałupie.

Chałupa ta – podobnie jak i wspominana ziemia – była poniekąd obrazem nędzy i rozpaczy. Niby obłożona przez poprzedniego gospodarza dachówką, mogła z dalekiej odległości jeszcze sprawiać w miarę dobre wrażenie. Z bliska jednak doskonale widać było już dobrze jej prawdziwy stan. Wiecznie wymagała naprawy i bezustannej krzątaniny wokół siebie, niczym niedołężna staruszka. Ściany pozapadane, dach wklęsły do wewnątrz, a okna kostropate i nie nadające się nawet do otwarcia, gdyż grozić to mogło niechybnym zawaleniem się całości.

Cóż jednak było mi począć. W pocie czoła dokonywałem na bieżąco najpotrzebniejszych napraw. Podpierałem cierpliwie drewnianymi stemplami ściany, naprawiałem spróchniałe krokwie, łatałem miejsca po zawalonych do środka dachówkach i podbijałem więźbę dachu belkami z ociosanych pni drzew, więźbę dodajmy zmęczoną i skrzypiącą przy byle wietrze niczym zamykające się nade mną wieko trumny.

Czyniłem to wszystko w czasie nielicznych przerw, kiedy nie musiałem być w polu – najczęściej podczas pogodnych i szczęśliwie księżycowych nocy. Wstawałem równo z przełamaniem nocy w świt, myłem się w starej metalowej balii, zakładałem na głowę czapkę, by po chwili pracować już w oborze i oporządzać moje nieliczne wychudzone bydło, parę świń i kilkanaście kur. Po tym jak się z tym uporałem, wypijałem na śniadanie garniec udojonego świeżo mleka i szedłem w pole. Tam pracowałem dotąd aż ciemność nie pozwalała mi już dostrzec moich własnych, spracowanych rąk.

Nie narzekałem w ogóle na swoje powinności i na ogólną mą sytuację. Nie skarżyłem się także w ogóle na moją samotność, którą obarczała mnie ta gospodarka – by dojść do najbliższego sąsiedniego domostwa iść trzeba było cały dzień, co tym samym skazywało taką wyprawę, oprócz nagłych wypadków, które zresztą szczęśliwie mnie omijały, na całkowitą i niepotrzebną stratę czasu.

Zadowalałem się tym, iż moja gospodarka pozwalała mi raz w tygodniu zjeść mięso i nie cierpieć zanadto głodu. Życzyłem sobie tylko jednego – świętego spokoju. Dziękowałem Bogu za to, iż nikt nie wchodzi mi w drogę, nawet mając z pozoru dobre zamiary nie niszczy mojego z trudem wypracowanego spokoju duszy. Czasami przejeżdżał ktoś obok mojej chałupy furą albo motocyklem. Chowałem się wtedy szybko w krzaki, o ile byłem w obejściu, bądź częstokroć zamykałem się w izbie i skulony pod stołem oczekiwałem na to, aż ludzie ci – nie wiedzieć czemu spragnieni mojego towarzystwa – odchodzili z niczym. Wyjątkowo cieszyła mnie moja sytuacja, w której nikt nie obarczał mnie wraz ze swoją życzliwością, całym majdanem własnych, nie ciekawiących mnie w ogóle spraw. Kiedy tylko kogoś – rzadko bo rzadko – wpuszczałem do chałupy, to potem albo nie mogłem odnaleźć jakiegoś narzędzia, albo co gorsza, musiałem stać się czyimś powiernikiem. Chciałem aby dano mi święty spokój i chciałem jedynie troszczyć się już tylko o swoją gospodarkę.

Tak, owszem, bywały chwile gorsze. Najczęściej wtedy kiedy po raz kolejny mój lemiesz łamał się na ukrytej w marnych piachach ziemi skale, zdychało mi któreś ze zwierząt, bądź kiedy nawiedzała mnie często zdarzająca się na tych terenach powódź, niszcząc mi większość moich i tak żałosnych plonów. Częstokroć padałem wtedy, nierzadko jeszcze z cepem bądź z widłami w dłoniach, tam gdzie aktualnie stałem i leżałem tak, pogrążony w rozpaczy dotąd aż chłód nocy nie zganiał mnie na powrót do chałupy.

Potem poczucie bezsilności łamało mi kości i kręgosłup, powalając mnie na kilka dni do łózka, gdzie leżałem tam godzinami bez czucia wpatrując się tępo w powałę. Czasem tylko wypełzałem na czworaka, by nazbierać sobie chociażby kwaśnych jabłek, którymi potem w okresach owych słabości się żywiłem. Moje bydło zawodziło wówczas z obory – nie ze współczucia dla mnie przecież, a z najzwyklejszego głodu, pozostawione wówczas przeze mnie tam na pastwę losu. Najmądrzejsze z moich zwierząt – czyli świnie – szybko nauczyły się w miarę bezboleśnie przechodzić razem ze mną przez te, siłą rzeczy wspólne, chwile kryzysu. Wyłaziły z obory, przychodziły zabłocone do mojej izby i tam wynajdowały sobie pożywienie. Kiedy chałupa była już ogołocona ze wszystkiego co mogło nadawać się do jedzenia, leżąc wciąż w łóżku rzucałem im celnymi parabolami jabłka, które świnie z czasem nauczyły się sprawnie i z pewną nawet gracją łapać wprost w pyski – co sprawiało nam zresztą wspólną niemałą radość.

Stan ten jednak nigdy nie trwał zbyt długo. W końcu przełamywałem bóle, wstawałem z łózka, zakładałem czapkę i wracałem do pracy jak gdyby nic się nie działo.

Najgorsze czasy i tak przychodziły do mnie wraz z zimą, kiedy to zamarzało wszystko co znajdowało się wokół mnie aż po daleki horyzont. Już wraz z początkiem listopada tężały pierwsze mrozy, zamieniając całą moją egzystencję w lodowy blok. Pierwsze kilka zim udało mi się jako tako przetrwać w chałupie.

Zamykałem się w niej, zapychając słomą wszelkie możliwe szczeliny, uprzednio wyprowadzając bydło do jednego z moich mrukliwych i odległych sąsiadów, który godził się je przechować w swojej wielkiej oborze. Szczęśliwie życzył sobie za tą przysługę jedynie pieniędzy, i nie żądał za to rzeczy niemożliwych, czyli np. mojej sympatii.

Podczas owych zim, zamknięty w chałupie, przepalałem co jakiś czas w starej kozie, na tyle często, na ile pozwalały mi zapasy zgromadzonych wcześniej szczap i innego drewna, które u progu zimy skrzętnie przeze mnie gromadzone, zajmowało już więcej niż połowę mojej izby. Większość czasu spędzałem przywalony krowimi skórami, pod którymi miałem ukryte zapasy suchego chleba. Wodę zdobywałem w ten sposób, iż na krótką chwilę wychodziłem opatulony w skóry na zewnątrz, by po chwili powrócić przemarznięty na kość, ze zwałą śniegu w wiadrze. Przegotowywałem ten śnieg nad kozą, gdyż oczywiście picie surowej wody

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Urzędnik cz.I — czytnik · opowiadania