Zbrodnia · 8 min czytania
Usłyszeć głos rozdział1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Damian, dawaj, dostaliśmy zgłoszenie. - Powiedział do mnie Marcin, z niezbyt zadowoloną miną, kiedy staliśmy oparci o samochód, korzystając z chwili przerwy w pracy. - "Zakłócenie ciszy nocnej, awantura rodzinna." - Myślisz, że coś poważnego? - Zapytałem, siadając za kierownicą srebrno - niebieskiego wozu policyjnego. - Nie mam pojęcia. - Cmoknął. - Pewnie nie... Ale włącz syrenę, załatwimy to szybciej... - Gdzie mam jechać? - Akacjowa 13/9. - Ruszyłem. - Nie znam tej dzielnicy, ale wiem gdzie to jest. Tak... mniej więcej. - Nieciekawa... Byłem tam parę razy na zgłoszeniach,. - Powiedział. Spojrzałem się po koledze, spokojnie przejeżdżając między samochodami ustępującymi nam miejsca na jezdni. Pamiętam to jak dzisiaj. Była to jedna z pierwszych moich akcji. Jedna z pierwszych... i najgorszych. Zaczął padać deszcz. Przekląłem pod nosem. - Spokojnie, pojedź tamtędy, zaraz jesteśmy na miejscu. - Dobrze, że był ze mną Marcin, jego umiejętność zachowania zimnej krwi w jakiś sposób uspokajała moje złe przeczucia. - Teraz wyłącz dźwięk. - Mruknął, kiedy wjechaliśmy w jakiś dziwny zakątek miasta. Na krawężnikach siedziały zaniedbane dzieci, rozglądające się niespokojnie na widok samochodu policyjnego. Przeszły mnie dreszcze. Sam wychowałem się w dobrym domu, nie znałem widoku biednych dzieci, przechadzających się po ulicy o tak późnej porze. Pojechałem zgodnie z kierunkiem drogowskazu, który wskazywał drogę na ulicę Akacjową. - Masakra. - Powiedziałem, na widok pijanych młodych osób, chowających puszki z piwem na nasz widok. Zmarszczyłem brwi. - To tutaj. Wjedź na podwórko. Zamknij samochód. - Zrobiłem co polecił starszy kolega. Zaraz po wyjściu z auta usłyszeliśmy straszne krzyki dziecka. - Wezwę wsparcie. - Powiedziałem. - Po co? - Parsknął Marcin, idąc w kierunku omszonych schodów kamienicy. Zignorowałem jego pewność siebie - wezwałem wsparcie. Spojrzałem się na blok. Był wyjątkowo obskurny i przerażający. Ciemna, zniszczona cegła. Większość mieszkań opuszczonych... Chyba, że rozbite szyby w oknach wcale nie świadczą o tym, że dom jest pusty. Minąłem czerwony trzepak, wszedłem do kamienicy, dołączając do Marcina, który już był w środku. Znaleźliśmy w końcu mieszkanie 9. Jego drzwi tak samo paskudne, jak wszystkie inne w tej kamienicy. Ściany obdrapane, na klatce śmierdziało piwem i szczurami. Mieszkać w takich warunkach - coś nie do pomyślenia. Marcin z całej siły uderzył w drzwi. - POLICJA, OTWIERAĆ! - Wrzasnął. Nagle wszystko ucichło. Nikt nie krzyczał. Ile samo słowo "policja" może zdziałać. Spojrzeliśmy się z Marcinem po sobie. Dał mi znak głową, otworzyłem drzwi. Kątem oka zauważyłem, jak mój starszy kolega wyciąga pistolet. Wziąłem z niego przykład. Wchodząc do mieszkania zastaliśmy widok, którego się spodziewaliśmy. Kuchnia, nie bardziej zadbana niż klatka schodowa kamienicy. Na stole pełno butelek, najwyraźniej po libacji alkoholowej. No cóż... Z pokoju nagle wyszedł przygarbiony mężczyzna, na oko około pięćdziesięcioletni. - Co jest, kurwa?! - Zapytał, wymachując oskarżycielsko rękoma w naszą stronę. - Porządnych obywateli tak nagabywać w środku nocy? - Jakich? - Zapytał Marcin, podchodząc do mężczyzny. - Porządnych, śmieciu, nie słyszałeś? - Kiedy był już blisko dostał cios w twarz od "gospodarza mieszkania". Dopiero teraz Marcin miał powód do zakucia go w kajdanki. Jedną ręką, zakuwał mężczyznę, drugą wycierał krew z nosa. - POMOCY! - Usłyszeliśmy krzyk z pokoju. Ruszyłem w tamtą stronę, słysząc ostrzeżenie kolegi. - Ty suko! Jak mogłaś? - Kobieta, około trzydziestki uderzyła młodą dziewczynę w twarz, powodując jej upadek. - To nie ja ich wezwałam! - Próbowała uciec przed kopniakami najpewniej własnej matki.…