Fantasy · 29 min czytania
Utopia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zawsze byli właśnie tacy. Wysocy, smukli, kształtni, jasnowłosi, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi i wystającymi lekko podbródkami, z tymi oczami niewiarygodnie błękitnymi i błyszczącymi jak południowe niebo. Zawsze zamieszkiwali tylko tę jedną Wyspę i zawsze byli tak nieliczni, bo mało dzieci przychodziło na Wyspie na świat. Kochali przestrzeń, potrzebowali jej jak powietrza i dlatego nie tłoczyli się ciasno, ale dzielili ziemię między siebie sprawiedliwie. Nazywano ich różnie w różnych językach świata, ale jak nazywali sami siebie, nie wiedział nikt. Nazwa ich Wyspy brzmiała różnie w różnych językach świata, a w ich własnym brzmiała Utopia. Odwiedzało ich wielu gości z różnych stron świata, bo dużo było na Wyspie do oglądania. Nie wszystkich wpuszczali. Wielu zawracano od granic ich jasnej, skąpanej w słońcu, zielonej, porażająco pięknej, ciepłej, ale nie gorącej Wyspy. Szczegółową kontrolę graniczną przechodził pozytywnie jeden na dziesięciu odwiedzających. I nie grzebano w ich bagażach ani w kieszeniach, bo nie było to ani potrzebne, ani właściwe. Przed spojrzeniem błękitnych, błyszczących oczu Strażników nie można było niczego ukryć. Nie nazywali tego telepatią. To było zwyczajne, naturalne, jak jeszcze jeden narząd zmysłu, taki jak oczy czy uszy. Prześwietlali na wylot dusze ludzkie, szukając w nich najmniejszej skazy, a gdy ją znaleźli, odwracali się ze wzgardą i wskazywali nieszczęśnikowi statek, który jeszcze tego samego dnia miał zabrać z Wyspy potępionych. Niełatwo było dostać się na Wyspę i niewielu próbowało, a ci, którzy spróbowali, gorzko się zawiedli. Mieli samych siebie za dobrych ludzi, ale to, co o sobie myśleli, tutaj nie wystarczało. Odsyłano bowiem nie tylko zbrodniarzy i ludzi zdolnych do popełnienia zła, ale także tych naznaczonych bólem i smutkiem, gdyż ich obecność wywoływała cierpienie w sercach Wyspiarzy, a Wyspiarze bali się cierpienia, za którym kroczą ciemność i śmierć. Strażnicy musieli być nieugięci, ale przecież ich życie nie było łatwe. Stykali się na co dzień z potwornością tak wielką, że sami nią przesiąkali i nie mieli już prawa widywania się z rodakami, by nie przenosili trucizny w głąb lądu. Wymagano od nich wielkiej siły, by przetrawili cały jad w sobie i pozostali nietknięci, gdyż w przeciwnym razie musieliby, wzorem tych, którzy przynieśli zarazę, opuścić Wyspę. Na wygnaniu zaś, otoczeni zewsząd murem złych barw, nie żyliby długo. Strażnicy nie mieli prawa do posiadania potomstwa, a byli wśród nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Odwiedzający wydzielali różne aury, ale tylko niektóre z tych barw były dobre. Jedni emitowali fale żółte i od tych odwracano się prędko jako od nosicieli zazdrości i zawiści. Inni pulsowali głęboką, bolesną purpurą niespełnionej namiętności i tych również odsyłano, bo nie ma nic straszliwszego od zbolałej miłości. Ciemna zieleń oznaczała gniew, upór i zimną determinację, w której nie było miejsca na łagodność. Intensywny fiolet też przerażał, gdyż barwę tę nosili ludzie straszliwie smutni, pełni przygnębienia, tacy, którzy dawno przestali cieszyć się życiem. Przyjeżdżali na Wyspę, by odzyskać radość, ale zasady były inne – tutaj trzeba było przywieźć coś własnego, by otrzymać jeszcze więcej. Jasna czerwień była miłością szczęśliwą i spełnioną, ale przecież tak łatwo mogła ściemnieć i stać się purpurą, więc tych ludzi także odsyłano. Niekiedy przybywali ludzie niosący prawdziwe zło, tacy, którzy zadali ból innym lub do zadawania go byli zdolni, i ich barwą była czerń, ciemniejsza lub jaśniejsza w zależności od intensywności ich zbrodni. Strażnicy aż słabli w ich obecności i długo nie mogli dojść potem do siebie. Kogóż więc wpuszczano? Niektórzy goście emanowali spokojną, jasną zielenią. To byli ci, którzy przejmowali świat takim, jaki jest, i cieszyli się nim, umieli zawsze znaleźć jasne strony własnej egzystencji, byli otwarci i życzliwi dla innych ludzi. Inni zaś otoczeni byli chodnym błękitem i tym również nie broniono wstępu. Choć ci ludzie utracili już radość, to pozostał im spokój i pogodzenie z losem, rezygnacja przyprawiona najlżejszą nutą smutku, na tyle słabą, by nie zatruwała. Inni nosili w sobie róż i to byli ci najbardziej sentymentalni i ckliwi, skorzy do wzruszeń z najbłahszego powodu, a zupełnie niezdolni do gniewu, bo w swej naiwności wybaczali wszystko i wszystkim. A czasami, bardzo rzadko, zdarzali się goście, przez których przepływał strumień białego światła oznaczającego najczystszą radość, a była to barwa wszystkich Wyspiarzy. Takich gości wpuszczano natychmiast i często zostawali oni na Wyspie do końca swoich dni. Jeśli byli także jasnowłosi i błękitnoocy, mogli mieć dzieci z Wyspiarzami, jeśli zaś odznaczali się inną urodą, pozostawali bezpotomni. Wystarczyłby przecież tylko jeden czarnooki cudzoziemiec, by wyprzeć błękit z oczy wszystkich Wyspiarzy, a takie oczy nie dostrzegałyby już barw duszy. Dla innych gości Wyspiarze pozostawali obojętni. Choć pełni życzliwości, gotowi zawsze nieść pomoc, nie odpowiadali na ich miłosne znaki. Nic nie mogli poradzić na to, że budzili miłość swym pięknem, ale sami pozostawali chłodni. Tych z adoratorów, w których dostrzegli najbledsze ślady gorących i bolesnych barw, wyprawiali na wybrzeże, skąd odsyłano ich w daleki świat. Zawierali małżeństwa między sobą i nigdy nie porzucali Wyspy z powodu miłości do cudzoziemca, bo nie byli zdolni do takiego uczucia.
* * *
Dziewczyna była niska, pulchna, słodka i cała różowa. Jedna z tych, które nie czytają książek, jeśli nie mówią one o miłości. Jedna z tych, które rozpływają się ze szczęścia na widok kociaka albo z zapałem opychają czekoladkami. Całkowicie nieszkodliwa. Wprawdzie w tej różowej aurze było jedno małe, niezbadane miejsce, ziarenko pustki, do którego Strażnik nie potrafił dotrzeć, ale kto zwracałby uwagę na taki drobiazg? Od tygodnia nie wpuszczono na Wyspę nikogo, jakże miałby więc odesłać z niczym tę bezbronną ślicznotkę z zadartym, piegowatym noskiem i złocistymi loczkami, która patrzyła mu w oczy tak błagalnie? Jeśli nie będzie się wpuszczać takich jak ona, kogo w ogóle będzie się wpuszczać? Machnął więc ręką, by przechodziła, skręcając się już z bólu na widok zbliżającej się wraz z następnym gościem fioletowej łuny.
* * *
Nad bystrym, rwącym potokiem siedziała na kamieniu mała dziewczynka i bawiła się z kociakiem. Włosy dziewczynki splecione były w warkocz, jej spódniczka furkotała wokół ud w podmuchach ciepłego wiatru, a kociak był mięciutki, ale bardzo zadziorny. Mała musiała zachować czujność, jeśli chciała uniknąć podrapania. Jej hipnotyzujące lazurowe oczy śledziły każdy ruch rozzłoszczonego zwierzątka, by jasne rączki zdążyły umknąć kocim pazurkom. Od czasu do czasu strzelały z tych ocząt wiązki błękitnego światła, nie wyrządzając w otoczeniu żadnych szkód. Nagle obok niej padł cień i dziewczynka natychmiast spojrzała na przybyłego jakby znikąd człowieka. Był to mężczyzna postawny, barczysty, w wieku około czterdziestu lat. Był stąd, o czym wymownie świadczyły jego oczy, jaśniejące nie mniej od oczu dziewczynki. Mała nie przestraszyła się obcego. Był Wyspiarzem, przyjacielem, po co więc miałaby się go bać? Tylko cudzoziemcy bywali groźni. - Ładny kot – odezwał się mężczyzna. - Ładny – potwierdziło dziecko. – Chcesz go potrzymać? Ale mężczyzna nie wykazał chęci wzięcia zwierzątka na ręce. Patrzył tylko na dziewczynkę badawczo, a nawet potępiająco. - Dlaczego siedzisz tu sama z tym kotem, zamiast bawić się z innymi dziećmi? Dopiero po chwili dziewczynka mruknęła: - Nikt nie chce się ze mną bawić. Siostra woli bawić się z chłopcami, a brat mówi, że nie znam się na żadnej zabawie. Więc zostawili mnie tutaj, ale jest mi wszystko jedno. Lubię się bawić sama. - Czemu na to pozwalasz? Nie daj się odtrącić – glos mężczyzny przeszedł w syk, który brzmiał w uszach dziewczynki bardzo nieprzyjemnie. – Nie jesteś gorsza od innych i nikt nie ma prawa tak cię traktować. Idź do tamtych. Zmuś ich, by cię zaakceptowali, a jeśli tego nie zrobią, zatruwaj im powoli życie, aż stanie się ono gorsze od sennego koszmaru. - Ale… - chciała coś powiedzieć, lecz mężczyzna już odchodził. Odrywały się od niego pasma ciemnej, obrzydliwej zieleni i wciskały wszystkimi szczelinami do aury dziecka. Dziewczynka walczyła ze wszystkich sił, próbując odepchnąć jadowitą barwę własnym, oślepiająco białym strumieniem. Skierowała całą moc na te pasma, lecz one jak węże wślizgiwały się coraz głębiej. Dziewczynka zaszlochała z rozpaczy, ale nic więcej nie mogła zrobić. Zieleń była już wszędzie, wyparła biel i sprawiła, że w duszy dziewczynki zawrzał gniew. Nie, nie pozwoli, by inne dzieci traktowały ją w ten sposób. Będzie walczyć o swoje miejsce, swoje prawa, wygarnie tym wstrętnym bachorom wszystko, co uzbierało się w niej przez długie lata. Dostaną teraz za swoje. Uparta, zacięta w tym uporze, znająca jego moc, jaśniejąca zieloną aurą, podniosła się gwałtownie z kamienia jak bogini gniewu. Cisnęła kocię do potoku, nie zwracając żadnej uwagi na jego pisk, i ruszyła przed siebie. A mężczyzna zniknął za wzgórzem i tam opadła z niego maska Wyspiarza. W serii skrętów i powolnych transformacji jego ciało stało się ciałem przybyszki, starszej, siwowłosej, zadbanej cudzoziemki z krajów Południa, przechodząc wpierw przez stadium bezkształtnej postaci z bezdennymi, czarnymi ślepiami i jamą zamiast ust. Pozory opadły za stwora, by być zastąpione innymi pozorami, jak przed godziną, tuż za barierą Strażników, opadła z niego maska słodkiej dziewczyny.
Część 22 / 2
* * *
Oboje byli jeszcze bardzo młodzi i niedawno się pobrali. Szli, objęci ciasno, po zielonym zboczu wzgórza, nie zwracając większej uwagi na stado owiec, które pędzili na lepsze pastwiska. Troskę o owce powierzyli dwóm wielkim pasterskim psom o białej, kudłatej sierści, a sami cieszyli się sobą nawzajem tak, jakby ten dzień miał być ostatnim w ich życiu i jednocześnie tak, jakby miał trwać wiecznie. Już z daleka dostrzegli idącą wolno przez łąkę kobietę. Była cudzoziemką, obcą, jedną z mieszkanek Południa, które po pełnym trudów macierzyństwa życiu mają wreszcie czas, by odpocząć, i przyjeżdżają w tym celu właśnie na Wyspę. Miała prawo tu być. Z każdą sekundą coraz silniej wyczuwali emanującą od starszej pani łunę jasnego seledynu. Było w tej aurze coś dziwnego, jakieś tajemnicze, niedostępne miejsce, ale cudzoziemcy zawsze wydawali się chociaż trochę dziwni. Pozdrowili ją przyjaźnie, a ona odpowiedziała życzliwym uśmiechem i przystanęła, by pogawędzić. - To wasze owce? - Nasze – odpowiedział zwięźle chłopak, ale dziewczyna, bardziej wylewna, nie skąpiła kobiecie informacji: - Są nasze. Po naszym ślubie nasi rodzice podarowali nam po kilkanaście sztuk ze swoich stad i po złączeniu tego, co otrzymaliśmy, powstało to nasze skromne stadko. - Skromne? Rzeczywiście, mało macie tych owiec. Rozsiadła się na trawie z miną królowej, a młodzi stali obok, nagle zawstydzeni, jakby dostali burę. - Mało? – odezwał się wreszcie chłopak. – Dla nas wystarcza. To prawda, że nie jesteśmy bogaczami, ale niczego nam nie brakuje. Mamy mięso, mleko, ser, a na wełnie zarabiamy całkiem nieźle. - Z czasem wszystkiego przybędzie – dodała dziewczyna – a na razie cieszymy się tym, co mamy. - Ale wasi bracia i siostry mają więcej, prawda? - Tak, ale oni są starsi – powiedziała dziewczyna. – Dłużej pracowali na to, co mają. A my wcale nie chcemy być bogaci. Jesteśmy razem i to jest najważniejsze. - Mamy wszystko, czego potrzebujemy – zawtórował jej chłopak. - A ja myślę, że to niesprawiedliwe – upierała się kobieta. – Pracujecie równie ciężko jak inni, ale wciąż macie mniej. Czy zasługujecie na to, by posiadać mniej od innych? Czy jesteście od nich gorsi? Dostatek, w jakim żyją wasi bracia, należy się również wam. Walczcie o swoje, bo zasługujecie na więcej. Podniosła się i zebrała do odejścia. - Nie pozwólcie, aby krzywdzono was i wyzyskiwano. I już jej nie było. Schodziła ze wzgórza tą samą drogą, którą przyszła, jakby znalazła się tutaj jedynie w celu porozmawiania z młodymi ludźmi. A chłopak i dziewczyna, nagle markotni, opadli na trawę w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała cudzoziemka. Chłopak wyciągnął rękę, by pogłaskać włosy dziewczyny, ale zaraz ją cofnął. Pieszczota nie przenosiła radości żadnemu z nich. - Nie martw się – odezwała się dziewczyna. – To nie jest ważne. To nic, że mamy mniej od innych. Przecież jesteśmy szczęśliwi. - Tak, jesteśmy – potwierdził z roztargnieniem chłopak, zajęty już czym innym. Oto bowiem pasma żółci unosiły się w powietrzu i przywierały do jego przybladłej aury. Obrzydliwa żółć, budząca zawiść, niechęć, siejąca niezgodę, podsycała złe uczucia w jego sercu. Nie walczył długo, nie miał na to ani siły, ani ochoty. Pozwolił, aby żółć przeniknęła do głębi jego serce, a potem serce jego żony. Biel nie była już dobra, ich niewinność została splamiona, odarto oboje z ostatnich okruchów dzieciństwa. - Ona chyba miała rację – powiedział w końcu. – Ach, gdybyśmy mieli stado tak wielkie, jakie ma mój ojciec! - Większe – dodała dziewczyna. – Mieć wciąż więcej, więcej i więcej, więcej od nich wszystkich! - Będziemy mieć więcej – oznajmił z mocą chłopak. – Przysięgam ci, że nie spocznę, dopóki nie będziemy mieć stada tak ogromnego, że nie będziemy mogli objąć go wzrokiem. Podniósł się i pomógł wstać dziewczynie. - Będziemy najbogatsi na całej Wyspie – powiedział jeszcze i podążyli dalej ścieżką w górę zbocza, unosząc w sobie ziarno zazdrości, by siać je wszędzie tam, gdzie gleba będzie dość żyzna. A kobieta nie potrzebowała już dłużej być kobietą. Zrzuciła kolejną maskę, by stać się innym przybyszem, tym razem młodym mężczyzną, jednym z tych, przez których przepływa najczystsza radość.
* * *
Kobieta pracowała wytrwale w polu, wyrywając chwasty wyrastające między młodymi krzaczkami truskawek. Miała wielkie pole i oczyszczenie go zajmowało wiele czasu, ale nie spieszyło jej się. To była przecież jej praca, której poświęcała się z radością. Chciała mieć piękne truskawki, a słońce świeciło tak wspaniale, że to zajęcie było samą przyjemnością. Nie była już dziewczyną. Zbliżała się do pięćdziesiątki, wychowała dwójkę dorosłych obecnie dzieci i wreszcie miała czas, by troszczyć się o własne potrzeby. Nie była tak piękna jak za dni młodości, ale wciąż krzepka i zdrowa. Młodość i uroda Wyspiarzy przemijają, jak młodość i uroda…