Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 11 min czytania

Utopiony miś

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

UTOPIONY MIŚ MARZEC- KWIECIEŃ 1988R

Szukać dziury w całym to niezły pomysł. Tym bardziej, że przecież to nie ma sensu. Ale nie dla Bogusi. Kiedy ktoś myśli, że go skrzywdzono lub, że padł ofiarą ironii losu to nigdy nie powie o rozdrapywaniu ran: nonsens. Mimo, że sprawia mu to ból będzie to robić choćby dlatego, że ma się o czym myśleć. Ma się tę świadomość, że jednak żyjemy. „ Bo myślę, więc jestem!” Kilometry płytek chodnikowych, dziesiątki godzin z głową w chmurach, nieprzespane noce- to wszystko przez jedną godzinę, która wpłynęła na jej życie tak bardzo diametralnie. Jakby nowy etap lub epizod. Ale wymazać go z pamięci się nie da. Tak samo jak nie da się zapomnieć Pawła i Marka. Kiedyś przeklinała chwilę, w której poznała Marka. Nienawidziła go za to, że się pojawił w jej życiu, że zawładnął nią bez końca, do dna. Całe swoje nieszczęście przypisała jemu. Na nim skupił się jej bezbrzeżny żal. Idealny szwarccharakter jej wyobraźni. Złożyła z niego ofiarę dla swego boga: nienawiści. I co? I nic! Nie zmieniło się w jej życiu praktycznie nic, rany wcale się nie zagoiły. Wręcz przeciwnie. Po okresie rozżalenia nadszedł czas podsumowania tego wszystkiego co było jej osobistym wczoraj. Do głosu dorwał się rozsądek, który natychmiast anulował wszystkie dotychczasowe dekrety potępieńcze, a zaczął wywiercać każdą myślą przeświadczenie o własnej winie. Bo kto robił słodkie minki do Mareczka? Kto starał się o jego względy? No to co, że właśnie on pierwszy zaproponował jej chodzenie, kiedy to ona krążąc wokół niego niczym ćma zwróciła na siebie jego uwagę. A poza tym to przecież marzyła o chwili, kiedy on zrobi ten pierwszy krok ku niej. I zrobił. Bezsporny fakt: był świnia. To znaczy jest od niedawna. Od chwili kiedy rozpoczął się jej koszmar. Przedtem Marek zachowywał się inaczej, a może tylko tak jej się wydawało bo nie zauważała u niego wad? Nikt nagle nie staje się złoczyńcą, tak jak nikt nie jest miłosierny od wieków. Zakochana po uszy nastolatka. Jeszcze nie wiedziała, że jest zabawką. W kąt poszły stare sentymenty, dawne wielkie miłości zbladły wobec tego. To było właśnie to na co czekała szesnaście lat. Nie jakieś tam zadurzenie się w szkolnym koledze czy romans z kumplem na rajdzie. Tamto trwało krócej niż się zapowiadało. To teraz było czymś monumentalnym. Zwrotnym. Decydującym. Ostatecznym do końca życia. I prawdziwym. Ten plik listów od Pawła stał się nagle szczeniackim zapisem ich wspólnych rozmyślań, poglądów. Sam chłopak przestał ją interesować. Imponować jej. W jaki sposób mógł konkurować szesnastoletni Pawełek z dryblasem od niego starszym o dwa lata? Przegrywał w każdym calu, przegrywał o kilka długości swego cienia. Był dla niej teraz nikim. Odstawiony na półkę. Marek to był ktoś. Postawny licealista, przystojny, dowcipny, wspaniały pod każdym względem. Dziewczyny szalały za nim. Uwielbiały go. A Paweł był tylko zaledwie podrostkiem, który dopiero zdobywał szlify. Żółtodziób, czy jak się tam mówi na takich. Wyrostek. Miał zniknąć z jej pamięci wraz z pierwszą randką z Markiem. Jej pragnieniu stało się zadość. Paweł znalazł się za drzwiami. I tylko czasami wracała do jego listów. Tych starych, bo nowe już nie przychodziły od kiedy mu napisała, że ma go praktycznie w nosie. Ten swój list do niego tez będzie długo pamiętać. Bodaj czy nie na zawsze. Zachowała się jak tchórz, ale teraz to właściwie nie ma znaczenia. Teraz już nic nie może jej więcej zaszkodzić. Ani zbytek kurtuazji, ani szczyt chamstwa. Na straconej pozycji i bez szans na raj. Czasem odczuwała nutę niepokoju o niego, co się z nim teraz dzieje. Ale tylko na moment, bo przecież nie miała wobec niego żadnych zobowiązań, tak samo zresztą jak i on do niej. Więc nie było problemu, setki młodych ludzi mówiło sobie nagle „ cześć! koniec” i nic się nie działo, to dlaczego niby miało się stać u nich? Jakże wtedy wszystko wydawało się jej proste i nieskomplikowane. Teraz to wszystko bezgranicznie ją nuży. Chciała mieć kolorowe dni- została jej pustka. Chciała podjąć życiową decyzję- zostało przeświadczenie o własnej głupocie. Jest sama, a wszystkie mosty spalone- przez nią. Katalizator zła. Uosobienie głupoty. Ale wtedy, jeszcze do niedawna była pewna, że podjęła iście życiową decyzję, która w dodatku była przez nią pożądana. Dni szybko jej uciekały do tyłu, lecz jeszcze szybciej te chwile, które spędzała razem z Markiem. Dopiero wtedy zrozumiała, że to pięknie mieć kogoś obok siebie, bo czas skrócił swój bieg. Przynajmniej dla niej. Wciąż za czymś tęskniła, nagle spoważniała, wydawało jej się, że miłość dodaje uroku, ale też zobowiązuje do stateczniejszego życia. By utrzymać przy sobie Marka musiała sprawiać wrażenie dziewczyny pewnej, a nie nastolaty, która ma jeszcze pstro w głowie. To nie mogła być ani zabawa, ani romantyczna przygoda- bo tego nie chciała Bogusia. Już czas by przeżyć coś bardziej ekscytującego. I coś takiego jej się przytrafiło. Idylla jednak nie trwała długo. Marek jednakże miał swe kaprysy, które z początku ją bawiły, lecz później stawały się coraz bardziej uciążliwe. Fantastyczny, wielowymiarowy obraz zaczął blednąć i szarzeć. Z dnia na dzień stawało się dla niej jasne, że wszystko się kończy. Tylko

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Utopiony miś — czytnik · opowiadania