Romans · 12 min czytania
Utracony Anioł Cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Siedząca w szpitalnej dyżurce pielęgniarka była święcie przekonana, że korytarz na drugim piętrze jest zupełnie pusty. Nie było słychać jakichkolwiek kroków, a jedyne odgłosy, jakie mąciły przenikliwą ciszę dobiegały z Sali A i były wynikiem pokasływania pana Mearsa. Staruszek przeszedł dość groźny zawał, jednak lekarze byli zgodni, co do tego, że jego stan jest teraz zadowalający. Prawdopodobnie po krótkiej rehabilitacji będzie mógł wrócić do domu. Na Sali B jedno z dwóch znajdujących się tam łóżek było zajęte przez dwudziestoletniego chłopaka. Z nim jednak nie było jak dotąd żadnych problemów, ponieważ od momentu, gdy znalazł się tu dwa dni temu nie zdołał odzyskać jeszcze przytomności. Odwiedzili go dzisiaj rodzice, jednak nie zostali długo, przypuszczalnie dla tego, iż matka chłopaka, widząc nieprzytomnego syna zasłabła. Pielęgniarka nie miała pojęcia, w jaki sposób chłopak połamał żebra i obydwie nogi. Miała jednak swoją teorie, przypuszczała, że jest to jeden z tych cwaniaków, którzy popisują się przed dziewczynami jeżdżąc jak wariaci na swoich błyszczących motorach. Pielęgniarka rozłożyła się wygodnie na stojącej w dyżurce sofie, całą uwagę poświęcając puszczanemu w telewizji programowi Jay’a Leno. Nie miała najmniejszego pojęcia o tym, iż na korytarzu przed Salą B stoi młoda osoba. Dziewczyna wyglądała zupełnie tak jakby zatrzymała się w czasie i przestrzeni. Stała nieruchoma, z delikatnie rozczochranymi, jasnymi włosami, przyciskając do piersi książkę Stephena Kinga. Z pewnością nie miała więcej niż siedemnaście lat, ale może to jej drobna sylwetka i pozorna kruchość sprawiały wrażenie tak młodej. Jej wzrok spoczywał na bladym chłopcu leżącym w szpitalnym łóżku. Nie miała pojęcia jak ma na imię, kim tak naprawdę jest, ani co nim kierowało, w momencie, gdy zdecydował się popełnić samobójstwo. Co do jednej rzeczy nie miała jednak wątpliwości. Gotowa była zrobić wiele by dowiedzieć się tego wszystkiego. Spojrzała na błękitny zegarek, było już sporo po osiemnastej. Ostatnie promienie słońca przebijały się przez żaluzje oświetlając twarz chłopaka. Wzięła głęboki oddech, równocześnie postanawiając, iż najwyższy czas wracać do domu. Godziny odwiedzin minęły już dawno, jednak ona mogła przyjść dopiero teraz. Wiedziała więc, że musi wychodzić jak najciszej, ponieważ w innym przypadku pielęgniarka mogłaby dowiedzieć się o jej obecności. Spojrzała na nieprzytomnego chłopaka ostatni raz. To, co zobaczyła o mało nie doprowadziło do tego, by wypuściła z rąk książkę. Opanowała się jednak, ponieważ wiedziała, iż narobiwszy hałasu sprowadzi tu pielęgniarkę. Chłopak z nieco przydługimi kruczo-czarnymi włosami leżał nadal nieruchomo, jednak jego oczy były teraz szeroko otwarte. W momencie, gdy ich wzrok spotkał się dziewczyna poczuła okropny ból przeszywający całe ciało. Gdy ból ustał naszła ją dziwna myśl. Zastanawiała się czy to właśnie może być uczucie towarzyszące spotkaniu osoby zawdzięczającej ci życie. Wiedziała, co musi zrobić i nie zawahała się ani chwili. Najciszej jak to możliwe weszła do sali, w której leżał chłopak, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Znów spojrzała na niego, jednak tym razem w jego oczach nie było już chłodnej obojętności, lecz coś zupełnie innego. Wyzierały z nich złość i gniew. - To ty! Dlaczego to zrobiłaś?! Nikt cię o to nie prosił! Jego głos był słaby niczym promienie grudniowego słońca. Był również pełen bólu, który dziewczyna poczuła także w głębi swego serca. - Trzeba było mnie tam zostawić! Nienawidzę cię za to, za to, co zrobiłaś! Dziewczyna doznała niecodziennego poczucia lęku, jednak nie cofnęła się. Nic nie mówiąc przysunęła sobie do łóżka stojący przy ścianie taboret. Gdy na nim usiadła, delikatnie ułożyła na swych kolanach trzymaną w rękach książkę. Jej niebieskie oczy błyszczały niczym dwa lampiony puszczone z biegiem rzeki w Noc Świętojańską. - Podaj mi, chociaż jeden powód, dla którego miałam pozwolić ci tam umrzeć. Jej głos był spokojny, jednak wyczuwalna była w nim spora dawka pewności. - Umrzeć?! Ja nie żyje już od wielu dni. Od momentu, kiedy odszedłem z tego świata razem z moim Aniołem. Jego głos nabierał jeszcze większej mocy, zupełnie tak jakby chłopak zbierał się do wyrzucenia z siebie tego wszystkiego. Wszystkiego, co zalegało na jego sercu i umyśle niczym lepka, czarna maź. - Myślisz, że jesteś jedyną osobą, która ma na tym świecie problemy? Każdy człowiek spotyka nieustannie na swej drodze przeciwności losu, z którymi musi sobie radzić. Jeśli nasze życie byłoby jedynie słodkim cukierkiem, uciekłoby nam w zastraszająco szybkim tempie. Przerwała na chwilę by wytrzeć spływającą po jej policzku samotną łzę. - Właśnie po to spotykają nas przykrości, aby życie nie wydawało się nam zbyt krótkie. Dziewczyna spuściła głowę, nie mogąc znieść widoku jego zaciśniętych zębów i płonących oczu. -Problemy? Co ty możesz o tym wiedzieć? Kochałaś kogoś na tyle by oddać za niego życie? Mogłabyś poświęcić dla tej osoby wszystko, zostawić rodzinę, przyjaciół, cały świat, który znasz? Dziewczyna jeszcze bardziej spuściła wzrok, przyglądając się spoczywającej na swych kolanach książce. - Ja… Ja nie miałam nigdy nikogo, na kim zależało mi bardziej niż… Po prostu nie spotkałam jeszcze nikogo takiego. - Więc nie mamy, o czym rozmawiać. Idź już! Zostaw mnie w spokoju! Ona jednak nie usunęła się ani o milimetr z miejsca, w którym siedziała. - Proszę opowiedz mi, dlaczego to zrobiłeś, dlaczego skoczyłeś. - A kim ty jesteś? Jeśli uważasz, że możesz mi pomóc to sama nie wiesz jak bardzo się mylisz. Dla mnie nie ma już pomocy. Dziewczyna spojrzała na jego nadgarstek, na którym były jego dwa imiona i nazwisko.…