Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Medycyna · 16 min czytania

Uwolnij nam Barabasza

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Było piętnaście po ósmej, kiedy zbudził go dźwięk pukania do drzwi. Pokój był niewielki, ciemny; jedyne czynne w tym momencie źródło światła w postaci okna z podwójną kwaterą, było teraz szczelnie zasłonięte grubą kotarą, która skutecznie broniła jakiegokolwiek dostępu do wnętrza wczesno-porannych promieni słonecznych. Nie próbował się nawet podnieść. Nadal leżał, niczym zabalsamowana mumia, na niedbale zaścielonym łóżku, częściowo tylko przykryty kołdrą, z której wyraźnie zaczęła się zsuwać biała poszwa, zupełnie tak, jakby chciała się pozbyć starej skóry i porzucić ją tak, jak porzucają skórę węże, które z niej już dawno wyrosły. Pukanie się powtórzyło. Przyłożył dłoń do wciąż zaspanych oczu, które konsekwentnie zdawały się odmawiać rozkazu otworzenia się i przystąpienia tym samym do spełnienia codziennych obowiązków. I tylko ten przeklęty hałas, dobiegający zza drzwi; właśnie uświadomił sobie, jak bardzo to obrzydliwy dźwięk. Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? — spróbował się podnieść, ale jego oczy zaszły mgłą i poczuł, że robi mu się ciepło na całym ciele, a przez głowę przechodzi nieprzyjemne mrowienie. To minie — pomyślał i opadł z powrotem na, pogniecioną przez całonocne leżenie, poduszkę. Gorzej jednak sprawa wyglądała z jego żołądkiem, który teraz zdawał się oderwać od wszystkich krępujących go więzów, w wyniku czego, wił się jak piskorz, jak szaleniec opętany poczuciem nagle doświadczonej wolności; nieposkromiony, nie podlegający w tym momencie żadnym obowiązującym prawą grawitacji. Nie powinien pić. Wiedział o tym, ale czy teraz mogły go dotyczyć jakieś zasady, nawet te przez samego siebie ustalone? Ważne było tylko, żeby nie mieć snów i nie miał ich, to była chyba jedyna rzecz w życiu, która mu się naprawdę udała. Już nie musiał w każdą noc widywać tej twarzy, tak do przesady poważnej, że aż groteskowo śmiesznej; twarzy mówiącej pełnym współczucia głosem. Ileż razy to już mówiłeś? Dziesiątki? Setki razy? I za każdym razem starałeś staś się ich najserdeczniejszym spośród wszystkich przyjaciół? I ile razy, wychodziło ci to, tak samo nieudolnie jak wtedy? Czy to pewne? — starał się, żeby jego głos zabrzmiał spokojnie, ale nigdy potem nie potrafił nazwać jego tonu. Był dla niego samego niemal niesłyszalny, jakby jego własny głos był niewyraźnym dźwiękiem dobiegającym do niego z odległych, nieznanych mu przestrzeni galaktycznych. Niestety, tak — nawet nie mrugnął powieką. A od jego twarzy gorsze były tylko te zdjęcia: kilka rozmazanych plam, przypominających nocnego potwora, upiora skrywanego w gęstej warstwie nocy, który teraz sunąc w powietrzu, niczym babie lato niesione delikatnymi powiewami wiatru, zbliża się do ciebie, a kiedy już znajdzie się wystarczająco blisko, rozpływa się i niknie, by potem znów z tą samą łatwością pojawić się w oddali, i teraz ta wizja prześladuje cię już do ostatnich dni. A ty wtedy już musisz zrozumieć, ze to koniec i wydaje ci się to śmieszne, bo śmiech jest pierwszą reakcją, i w pierwszej chwili cię to bawi, bo jeszcze do końca nie zdajesz sobie z tego sprawy, że te kilka rozmazanych plamek przecina wstęgę twojego życia i pozostaje ci już tylko czekać, aż któregoś dnia świt nie przyjdzie do ciebie. Kilka plamek. To jakiś absurd; kilka plamek i twoje życie nie jest już warte nawet funta kłaków. Czy chcesz, żebym ci teraz o tym powiedział? Czy chcesz usłyszeć, że moje życie wypali się za kilka miesięcy, bo w moim mózgu od kilku lat rosło sobie jakieś przeklęte gówno i teraz jest już zbyt duże, by można było je usunąć. Czy mam ci to wszystko teraz powiedzieć? Czy znasz słowa, które potrafią to opisać? I co mi teraz powiesz? Gdzie teraz jest twoja zasrana mądrość?! Potrafisz mi tylko współczuć, udawać smutek, ale nie potrafisz mi pomóc. Nie potrafisz mi nawet powiedzieć, że to jakąś głupia pomyłka, że jeszcze można coś zrobić, że nie można tak łatwo tracić nadziei. Nawet tego nie potrafisz mi powiedzieć, bo tak samo jak ja w to nie wierzysz. Możesz tylko współczuć — ale ja nie potrzebuję twojego współczucia, brzydzę się nim i dlatego nic ci nie powiem, i nie powiedziałem też tego Ance i wymyśliłem jej taką bajeczkę, na jaką było mnie wtedy stać. Wsłuchał się w martwą ciszę, jaka go teraz otaczała. Nie było już pukania do drzwi. Czyżbyś poszedł sobie i wreszcie zostawił mnie w spokoju? Czy może siedzisz pod tymi drzwiami jak bezpański pies i czekasz, aż ci otworzę, i opowiem o wszystkim… Podniósł się ostrożnie i sięgnął dłonią po papierosa. Zaciągnął się nim mocno i dopiero teraz zrobiło mu się naprawdę niedobrze. … O tym jak słyszałem pięćdziesięcioletniego faceta, który żalił się na swoje życie, na to, że w jego wieku niczego nie zaczyna się od początku i że jego życie jest już z kategorii przegranych spraw, i że niczego już nie będzie w stanie zmienić. A ja miałem ochotę wstać, podejść do niego, i napluć mu w twarz, a potem odejść bez słowa wyjaśnienia. Ale w końcu zrobiło mi się go żal, bo on tylko myśli, że poznał życie i że cokolwiek o nim wie. Skurwysyn! Podły, głupi skurwysyn! Przeżył pół wieku i nie widzi już sensu życia. Mnie natomiast nigdy nie będzie dane, dożyć nawet połowy tego co on. Tylko że on by tego nie zrozumiał; bo żeby to zrozumieć, trzeba umrzeć, a potem żyć ze świadomością własnej śmierci; i trzeba co rano budzić się i czuć ten wstrętny odór, i trzeba przeklinać Boga, który cię oszukał, i który tobą gardzi, i który daje ci kolejny dzień, byś mógł dalej się męczyć niczym Tantal, i byś mógł zawsze już czuć bliskość śmierci, która stała się teraz twoim jedynym pragnieniem; i już codziennie masz ja w zasięgu ręki, ale nie możesz jej dotknąć, nie możesz dosięgnąć, bo ona śmieje ci się w twarz i powtarza bezczelnym tonem: „Jeszcze nie dzisiaj”. Włożył papierosa do ust, ale nie był w stanie się nim zaciągnąć. Poczuł, że za chwilę może zwymiotować; wypuścił trzymany w ustach dym, oczy napłynęły mu łzami. Teraz już naprawdę czuł się fatalnie. Rozległo się kolejne donośne pukanie do drzwi, tym razem jednak poprzedzone wołaniem: — Marek otwórz. Wiem, że tam jesteś. Próbował kilkanaście razy nacisnąć klamkę, jednak bez większego skutku. Jestem tu bezpieczny — pomyślał — niczym w twierdzy; małej, własnej warowni. Zagasił papierosa w fajansowej popielniczce; jeszcze przez chwilę unosił się z niego lekki, blado-niebieski dym, a potem znikł zupełnie, rozpływając się w gęstniejącym powietrzu pokoju. Muszę tu wywietrzyć. Ponownie wsłuchał się w rozlegającą dookoła ciszę. Tylko że teraz już wiedział, że nie jest sam, że on tam siedzi, że czeka; czeka na chwilę jego słabości, na to, aż ulegnie, aż zdradzi swą samotność i siebie samego; on tam czeka, aż będzie się musiał uniżyć i wyjdzie, i powie mu o wszystkim. Cisza. I tylko niepohamowane bicie serca coraz bardziej wypełniające swym odgłosem jego umysł. Podświadomość wypiętrzała go jeszcze bardziej, tak iż teraz stał się niemal monstrualnych rozmiarów hukiem. Ale to tylko złośliwa gra podświadomości, tej mrocznej, mściwej części natury człowieka. W rzeczywistości nie było żadnego hałasu, a on nie musiał mówić jak: Krzyczeli żeby go uwolnić! Możesz to zrozumieć? Gwałcił i zabijał nastolatki, dusił je gołymi rękoma, powoli, nie spiesząc się, tak by cierpiały, by mógł widzieć i cieszyć się widokiem ich gasnących oczu, by mógł doświadczyć uchodzącego z nich życia. I wtedy był panem i był bogiem, i był zarazem ostatnim skurwysynem, którego one wszystkie miały okazje oglądać. I ludzie go przeklęli, życzyli mu źle, i chcieli by umarł, bo zasłużył na to, żeby umarł tak, aby mógł cierpieć, jak cierpiały jego ofiary, i by mógł myśleć o tych wszystkich dziewczynach, które poniżał, które bezcześcił, i którym odbierał życie. Tylko że czas uczy nas…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%