Przygoda · 26 min czytania
Valentino amore
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Za trzy dni walentynki. Och... jak ja nie lubię tego święta! Wtedy moi klienci są bardziej rozżaleni, niż kiedykolwiek indziej. A co gorsza twierdzą, ze wcale nie jestem im potrzebny. Oni chyba naprawdę myślą, że wszystko zawdzięczają tylko sobie. Co za idioci! Gdyby wiedzieli, ile to ja się muszę namęczyć zanim połączę ich serca gorliwą miłością, to by bardziej szanowali moją pracę. A oni cały czas tylko wszystko psują i psują. Czasami nienawidzę swojej pracy. Jakby się ktoś pytał, to ja jestem amorem. Oczywiście to tylko nazwa zawodu i oczywiście nie wyglądam jak mały słodki chłopczyk w pieluchach z łukiem i strzałami. Jestem statecznym starym człowiekiem, a właściwie tym co z człowieka pozostało po śmierci. Zaciągnąłem się do armii amorów, gdyż nie chciałem siedzieć bezproduktywnie w Niebie. Ale teraz, gdy sobie myślę jaką harówkę muszę dzień w dzień odwalać, to dochodzę do wniosku, że chyba rzucę tą posadę. Nie bójcie się, że wraz ze mną zniknie miłość. Oprócz mnie pracuje jeszcze wielu, wielu nieszczęśników. Wy zwykli ludzi z pewnością, nie potraficie zrozumieć o czym ja tutaj w ogóle opowiadam, ponieważ wydaje się wam, że jesteście panami swego losu. A to nieprawda. W każdym aspekcie swojego życia macie jakiegoś nieziemskiego przewodnika, o którego istnieniu nie zdajecie sobie nawet sprawy. Ale może powiem wam, na czym polega moja praca. Otóż najpierw muszę znaleźć dwóch ludzi, którzy do siebie pasują a następnie robić wszystko żeby się poznali. A potem i tak większość z nich uznaje, że ta druga osoba im nie pasuje. Wiem, że zanim ten list dotrze do Ziemi, to zapewne nikt nie będzie w stanie go przeczytać. Ale cóż. Czasami po prostu MUSZĘ się wyżalić. Ehh... Mam nadzieję, że tym razem ktoś to przeczyta i opowie o mojej pracy innym.
„I tak nikt tego nie przeczyta. Siedemdziesiąt lat spędzonych na Ziemi, a sto w Niebie. Chyba powoli wariuję” - myślał sobie amor Mieczysław stojąc na chmurce i rzucając zgnieciony list w kierunku Ziemi. Następnie poszedł do swojego podniebnego biura i zaczął przeglądać zdjęcia samotnych kobiet i dziewczyn, mężczyzn i chłopców. Z tyłu były opisy ich charakterów i oczekiwania w stosunku do swojego wymarzonego partnera, czy też partnerki. - No tak... - mruczał Mieczysław. - Kolejna szesnastoletnia blondyneczka pragnie znaleźć pięknego, mądrego chłoptasia z dużym kieszonkowym i masą pomysłów. Ja nie rozumiem jak można być takim głupim by wierzyć, że tyle wystarczy do szczęścia. A potem się dziwią, że im nie wychodzi. No ale cóż... spróbuję znaleźć dla niej kogoś odpowiedniego.
Po tych słowach amor przeszukiwał zdjęcia i dane chłopców. Na jego biurku piętrzyły się ich setki, chociaż obsługiwał on tylko jedno nieduże miasto. Był tak zajęty, że nawet nie usłyszał gdy ktoś wszedł. - Mieczysławie - odezwała się delikatnie Jadwiga - jak tam praca? Może zrobić Ci kawy? - Praca tak jak zawsze, a kawy chętnie się napiję. Jadwiga była jego prywatną sekretarką. Dziś zaczęła z nim pracować. Jej zadaniem była pomoc przy dobieraniu ludzi w pary i uprzyjemnianie czasu pracy. Gdy wróciła z kawą, wspólnie z Mieczysławem uznała, że najlepszym partnerem dla szesnastoletniej Ani będzie, siedemnastoletni Marek. Dostawał on dosyć wysokie kieszonkowe, był dosyć przystojny, a pomysłów nigdy mu nie brakowało no i chyba można było o nim powiedzieć, że był mądry. Od dziewczyny nie oczekiwał niczego innego prócz tego aby była ładna. - Kolejny podrywacz - stwierdził z niezadowoleniem amor - może on złamie serce tej biednej Ani? - zmartwił się. - Może dla niej się zmieni... - Jak ich zapoznamy? - Może w jakimś odosobnionym, nietypowym miejscu? - zasugerowała z błyskiem w oku Jadwiga.
*** - Fajna dupa z tej Agnieszki - powiedział Arek. - Ty! Rzeczywiście... O ile zakład że za tydzień będę z nią chodzić? - zapytał się zuchwale Marek. - Nie zakładam się o takie pierdoły. - Nie to nie. Ale ja i tak ją poderwę. Po tych słowach, wybrany przez amora chłopak dla Ani, podszedł do jednej z najładniejszych dziewczyn w jego szkole. Nie miał obmyślonego żadnego planu co zrobi i powie, ale wiedział że wymyśli coś na poczekaniu. Tak też się stało. Lecz uznał, że z bliska Agnieszka wcale nie jest taka ładna. Wtedy zobaczył dziewczynę, o której zawsze marzył. Aż dziwne że dopiero teraz ją zobaczył. Siedziała na ławce i czytała jakąś grubą książkę. Marek w jednej chwili postanowił, że będzie z nią chodził. Szedł w jej kierunku i nie widział niczego poza nią. Ona zaś ani razu nie wychyliła nosa znad książki. Gdy stał już przed nią, ona nadal zdawała się go nie widzieć. - Cześć! Jestem Marek - po czym wyciągnął rękę w przyjacielskim geście.
***
Ania, wychodząc z klasy matematycznej odetchnęła z ulgą: nie była pytana i pani na nią nie krzyczała, że zamiast liczyć zadania ona czyta „Harrego Pottera”. Usiadła więc na ławce i dalej czytała. A przynajmniej usiłowała, gdyż jej głowę zaprzątała zupełnie inna sprawa. A właściwie problem. Za trzy dni będą walentynki, a ona jak zwykle spędzi je sama. I tak sobie myślała patrząc tępo w litery. Z rozmyślań wyrwał ją głos jakiegoś chłopaka. - Żyjesz? - Marek patrzył się na nią zaniepokojony. - No tak... - odpowiedziała powoli, bardzo zdziwiona tym, że ktoś obcy chce z nią rozmawiać. - Jestem Marek a ty? - Ania. Ich rozmowę przerwał przenikliwy dźwięk dzwonka. Na odchodnym Marek zdążył się jeszcze zapytać, gdzie jego nowa koleżanka ma lekcje. Ania szła do klasy z książką pod pachą i otwartą buzią. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się jej, aby jakiś chłopak (nie z klasy) się do niej odezwał. Lecz musiała obudzić się z tego błogiego stanu odrętwienia, gdyż miała przed sobą wielce trudny sprawdzian z fizyki.
Część 22 / 3
*** - Marek, po co poszedłeś do tej fanki „chorego portiera”? - powiedział z kpiną Arek. - Co? Jakiego portiera? A skąd Ty tyle o niej wiesz? Może mi coś opowiesz? - powiedział z nadzieją w głosie Marek. - Co ty? Głupi jesteś? Odbiło Ci? Ta dziewczyna jest po prostu brzydka, weź się lepiej za Agnieszkę! - Jeśli ktoś jest brzydki to właśnie Agnieszka! - powiedział oburzony Marek - Chyba coś Ci się z głową stało. A teraz się zamknij, bo idzie baba od polskiego.
*** Tymczasem, dużo, dużo wyżej, Mietek wraz z Jadwigą omawiali to co zrobili i zrobią. - Ciekawe czy z ich zauroczenia wyniknie miłość... - zastanawiała się na głos Jadwiga. - Nie wiem. Najważniejsze, żeby chociaż przez chwilę byli szczęśliwi. - Wiesz co? To wspaniałe widzieć jak kogoś w kimś rozkochujesz. (przyp. autorki-amatorki: By rozkochać w sobie dwoje ludzi, amor musi położyć ich zdjęcia, na wyrysowanym na stole sercu) - To przecież nic trudnego! Nawet ty potrafiłabyś coś takiego zrobić! - Wiem, ale... - Jadwiga nie wiedziała jak dokończyć - Może umówimy ich do lasu na grzyby, albo w krzaki po buraki? - Nie! To zbyt przestarzałe - skrzywił się Mietek - trzeba wymyślić coś współczesnego. - No to może wyślemy ich na...
*** - Ty nie idź do tej Anki! - ostrzegał Arek - A niby czemu? - Bo sobie zepsujesz opinie! - Mam gdzieś opinie - stwierdził Marek. I poszedł pod klasę 25 i czekał na Anię. Wtedy to właśnie ją ujrzał. Z rumieńcami na twarzy i rękami pomazanymi długopisem (przyp. autorki-amatorki: Marku! Skupże się lepiej na pozytywnych aspektach wyglądu twej lubej!). „Dobrze! Postaram się - myślał sobie Marek - może w takim razie lepiej będzie jeśli cofnę taśmę”. I poszedł pod klasę 25 i czekał na Anię. Wtedy to właśnie ją ujrzał. Z pięknymi świecącymi blond włosami i białymi zębami. Z przenikliwymi niebieskimi oczami otoczonymi długimi, zakręconymi lecz niestety jasnymi rzęsami. „Co ja jeszcze mógłbym sobie o niej pomyśleć?” - myślał Marek. Lecz nie miał na to czasu - musiał działać. - Cześć Aniu! - wykrzyknął - jak ci minęła lekcja? - Eee... sprawdzian miałam - mówiąc to Ania jednocześnie sobie myślała, że to była jej ostatnia lekcja i ona chciałaby być już w szatni. - A z czego? - zainteresował się chłopak. - Eee... z fizyki! - „Po co on mnie przetrzymuje?!” - myślała sobie zdezorientowana dziewczyna. - Może poszłabyś ze mną na koncert? - zaproponował Marek. - A jaki? - wykazała szczere zainteresowanie Ania. - BOYS’ÓW - odpowiedział z dumą chłopiec. - No dobra chętnie. Ale teraz muszę już lecieć. Nara! - Pa... - odpowiedział zamyślony Marek, lecz Ania tego nie usłyszała, gdyż już biegła do szatni.
*** - Czemu ona z nim dłużej nie pogadała? - oburzała się Jadwiga. - No wiesz, to jest zasada opóźnionego refleksu - wytłumaczył jej Mietek.
- Aha... - sekretarka pokiwała ze zrozumieniem głową - ale właściwie to na czym ona polega? - No na tym, że ja już miłosny bodziec do niej wysłałem i on do niej musiał dojść- , bo dotarł już do Marka. Ale ona jeszcze nie przyjęła go do świadomości. Rozumiesz? - W pewnym sensie...
*** Mimo rozmowy z nieznanym Markiem, Ania zdążyła na autobus. Usiadła i wtedy ogarnęło ją bardzo dziwne uczucie. Poczuła się bardzo szczęśliwa, tak szczęśliwa jak nigdy dotąd. Miała wrażenie że lata pięć centymetrów nad ziemią. Czuła jak topi się w swojej niezrozumiałej radości. Zdawała się nie słyszeć, ani nie widzieć niczego wokół siebie. Najgorsze było to, że ona dosłownie nie widziała i nie słyszała niczego wokół siebie i przegapiła swój przystanek. - Cholera! - wykrzyknęła wściekła na swoje gapiostwo - ale ze mnie idiotka! Cieszę się z nie wiadomo czego i... - urwała w połowie zdania. Po tych słowach poczuła, jakby spłynęło na nią olśnienie. Tak! Właśnie w tej chwili zrozumiała to, co powinna już wiedzieć od przerwy przed fizyką. - Ja go kocham! - wrzasnęła szczęśliwa i zaniosła się głośnym śmiechem. Ludzie się za nią dziwnie oglądali, ale to jej wcale nie przeszkadzało. Teraz liczyło się tylko to, że jest zakochana i że popojutrze będą walentynki.
Część 33 / 3
*** „Dlaczego ona tak szybko ode mnie uciekła? - zastanawiał się Marek - może ja się jej wcale nie podobam? Nie nie nie! To niemożliwe! Ja się każdej podobam”. Po tym stwierdzeniu Marek zasnął z uśmiechem na twarzy.
*** W nocy ktoś wkradł się do biura i wyciął wielkie serce na suficie. Następnie poszedł do tajnych akt osobowych i wybrał z nich dwa zdjęcia: kobiety i mężczyzny. Potem, wziąwszy trochę super-mocnego kleju przykleił je do sufitu, w miejscu gdzie znajdowało się serce. - No. To teraz będzie wszystko tak jak trzeba... - mruknął i wyszedł.
*** Ania pierwszy raz od bardzo dawna szła do szkoły z uśmiechem na twarzy. Nie stresowała się nawet tym, że dziś biologia a ona zupełnie nic nie umie. Jej serce przepełnione było miłością. Gdy tak szła, zatopiona w myślach, nie zauważyła że zbliża się do niej Marek. Zobaczyła go dopiero wtedy gdy on powiedział: - Cześć Aniu! - O, cześć... - odpowiedziała zaskoczona. A jeszcze bardziej zaskoczona była tym, że trzymał on czerwonego lizaka w kształcie serca z napisem „ajm rili lowing ju :)” i dawał go jej z płomiennym uśmiechem. - Masz! To dla Ciebie... - a po chwili dodał - a napis sam zrobiłem - po czym uśmiechnął się z dumą. - Och... dziękuję - powiedziała zawstydzona Ania - ja też. Ale muszę już lecieć, pa! - Czekaj! Ale Ani już nie było. Pobiegła prędko do szkoły i sama nie wiedziała dlaczego. A Marek został na boisku szkolnym z mieszanymi uczuciami. Nie wiedział co miało znaczyć te „ja też”. Prawdopodobnie to, że ona też go lowe. Ale... tak właściwie to nie znał tej Ani i nie wiedział w jaki sposób ona się wysławia.
*** „Czemu to tak wolno idzie? - zastanawiał się Mietek - zazwyczaj ludzie, w tej fazie zakochania już lgnęli do siebie. A ta Ania jakaś taka oporna! Muszę zwiększyć jej dawkę naturalnego miłosnego narkotyku - fenyloetylaminy.” Po Tym stwierdzeniu amor ruszył do miejsca gdzie znajdowało się zdjęcie Ani i położył obok niego bardzo czerwoną farbę. - Co robisz Mieciu? - spytała się Jadzia. - Eh... dodaję tempa tej miłości -po tych słowach amor spojrzał na Jadwigę. Zdziwił się, że jest ona taka ładna. Wcześniej tego nie widział. Miała śliczną niebieską sukienkę i wyglądała jakoś tak kwitnąco - Jadziu? A Ty co żeś się tak wystroiła? - Ja? - zapytała się ze zdziwieniem - przecież zawsze tak wyglądam. - Doprawdy? Ciekawe... A może pójdziemy gdzieś razem? - Ależ oczywiście! Mietek chciał cofnąć swoje słowa, ale zostały już wypowiedziane - był umówiony na kolację w najbardziej ekskluzywnej podniebnej restauracji.
*** - Ale ty jesteś głupi! Chcesz zmarnować dwa bilety na koncert Boys’ów, na tą brzydką Ankę?! - bulwersował się Arek. - A co? Moje bilety i mogę robić- z nimi co chcę. I jak chcesz wiedzieć to Ania jest ładna! - krzyknął Marek. - Taa... ładna jak zdeptany polny kwiatek. - Ty i te twoje porównania - powiedział z pogardą Marek, a po chwili dodał - a ty co będziesz robił w walentynki? Pewnie srał w banie? - Walentynki to komercha. Nie obchodzą mnie takie głupoty! - odparował Arek.
*** Nauczycielka od biologii…