Psychologia · 4 min czytania
Ver laetum
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Śnieg jest głęboki nad miarę. Nie powinien być takim, o tej porze. Ale jest. Stopy grzęzną w nim, z trudem dźwigają się ku górze. Oddech przyciężki, zimowy bezruch ciała odbity wprost w płucach. Smugi potu, palącego oczy. Włosy na brodzie, odrodzone w wysiłku. Las milczy jeszcze. Strome, zielonobiałe zbocza, przetkane nicią skał nierówną. Ptaków nie kołysze przezroczyste, bezdenne niebo. Ścieżka, szlak ludzkim nieznaczony tropem – przede mną. Za mną wątła linia moich śladów, zapach drażniący uśpione niedźwiedzie.
Ku górze, ku górze, w coraz głębszy śnieg, w coraz niższy, topniejący w wietrze las. Powietrze rzednieje, ku górze, skok przez zamarznięte piargi strumienia! Blady pocałunek słońca na karku. Za mną zielone krainy południa, przede mną szczyt wyniosły, ciemny zarys grani na tle wszechobecnej pod niebem bieli. Przebiśniegów brak. Oto i lasu granica. Z nieba spływa tchnienie gór, zimne dreszcze wstrząsają przegrzanym ciałem. Zakręt ścieżki zaginionej rysuje się w pamięci, kostropate palce sterczących głazów – jak ostrzeżenie, bezsłowne, wymowne. Chwila odpoczynku, łyk zimnej wody, ściskający gardło w niemym proteście raptownie zmrożonej krtani.
Zakosem, ostrym trawersem, półkole góry wypełnia niebo. Chropawa dłoń ociera mokre czoło. Za mną zielone krainy. Za mną mój ślad w głębokim, suchym śniegu. Na plecach ciężar niepojęty, narastający z każdym ruchem. Pnę się ku górze, pokonuję skruszałe urwiska, ręce cierpią, niewysokie ścianki, pełne chwytów dogodnych, zmienione w niepokonane przepaści zmęczenia. Ku niebu! Ogrom górskiej potęgi zniewala. Ludzka drobina, zlepek kości, mięśni i żył rozszerzonych wysiłkiem, podniesiony do rangi tytana dźwigającego na barkach odpowiedzialność za los świata, za dzień, który nastąpi. Wznoszę się więc, niepojętość skrzydeł sklepionych duszącego na plecach ciężaru, ciągnie mnie do celu. Zbocze…