Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

wojna · 1 godz. 7 min czytania

Verdun (1/2 lub 1/3)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jules spojrzał prze szare szkła polowej lornety nożycowej na odległe o przeszło kilometr niemiecki linie, które tonęły wciąż w mroku gigantycznych czarnych chmur ziemi i pyłu, wzbijanych w powietrze detonacjami pocisków artyleryjskich najcięższych kalibrów. Głośny pomruk francuskich dział unosił się wokół, a gdy major przyłożył prawą dłoń do osłaniających stanowisko obserwacyjne worków z piaskiem, to mógł wyraźnie wyczuć ich drganie. Oficer rzucił szybkie spojrzenia na zegarek. Dwadzieścia po dziesiątej... Jeszcze tylko pięć minut i wszystko się zacznie... Jules usłyszał naraz czyjeś natarczywe, głośne sapanie, lecz po chwili zdał sobie sprawę, iż jest to jego własny, nerwowy oddech. Również serce tłukło mu się w piersi jak oszalałe. Miarowe tętno szumiało w głowie. Z największym trudem przychodziło konstruować proste nawet myśli. W pewnym momencie ogarnęła go na krótko fala duszności. Musiał też wyciągnąć z ust gwizdek, którego metaliczny smak przyprawiał o wymioty. Odsunął swą twarz od szkieł lornety i przetarł spocone oblicze rękawem. Miał wrażenie, iż zaraz się przewróci, ale udało mu się opanować w ostatnim momencie. Przecież nie był tutaj sam. Zewsząd otaczali go żołnierze jego batalionu. Gdyby nie oni wszyscy, to najchętniej wykopałby sobie dziurę z ziemi i przeleżał w niej aż do nastania spokojniejszych czasów. Ale oni patrzyli... Jules znajdował się pod straszliwą presją swego nazwiska, swego stopnia, a także tego wszystkiego, co mogłoby być o nim kiedykolwiek wypowiedziane lub napisane przez owych ludzi... Na samą myśl o tym ogarniała go bezsilna, histeryczna wściekłość. Nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Usłyszał za plecami dzwoniący telefon, a kilka sekund później słaby, lekko drgający głos łącznościowca, który powiedział: – Sire, artyleria przenosi ostrzał na tyły wrogiego ugrupowania. Jules nic na to nie odrzekł, tylko ponownie spojrzał na zegarek... Dziesiąta dwadzieścia pięć... Jak te ostatnie pięć minut szybko zleciało! Niewiarygodne! A przecież ostatnie dni dłużyły mu się niczym lata. Nawet dzisiejszy ranek przeciągał się dotąd bardzo nieznośnie jakby sztucznie wygospodarowany w ten sposób czas miał być marną namiastką wszystkich tych chwil, które oficer utraci, gdy zginie. – Sire, już pora. – wyszeptał łagodnie kapitan Layal, dowódca drugiej kompanii, stojący po prawej majora – Wał ogniowy przesuwa się do przodu. – To prawda. – podchwycił adiutant, porucznik Durant, znajdujący się po lewej stronie – Trzeba zaczynać. – Zgadza się. – mruknął Jules wątłym, nieswoim tonem – Już czas... Layal czy batalion gotów? – major rzucił to pytanie jakby chciał maksymalnie odwlec moment rozpoczęcia natarcia. – Tak, Sire. Gotów. – padła spokojna odpowiedź. – Wszystko jest dla pana jasne? – Tak. Jules czuł, że oto nadszedł właściwy moment. Westchnął ciężko, po czym wsadził gwizdek do ust i odbezpieczył pistolet. Na krótką chwilę odwrócił się jeszcze, by spojrzeć na zbitą masę błękitnych żołnierzy, którzy przyglądali mu się wyczekująco. Po raz pierwszy uderzyła go różnorodność ich twarzy: jedne młode bez zarostu, inne znów stare, szare. Wyrażały one najróżniejsze nastroje od zimnej obojętności po zaraźliwą bojaźń. Czyste bagnety osadzone na końcówkach karabinów zabłysły naraz, gdy jesienne słońce wyjrzało na krótko zza gęstego pułapu mlecznobiałych chmur. Major dostrzegł to i nabrał powietrza w płuca... Sekundę później nad francuskimi okopami rozległ się ostry, przeciągły świst, któremu natychmiast zawtórowało kilka innych, a na ziemię niczyją poczęły się wysypywać masy piechoty. Jules jako pierwszy wdrapał się po malutkiej drabince na piramidę worków z piaskiem i pierwszy też postawił stopę na zrytej przez pociski strefie między frontami. Czuł za sobą gromadę ludzi należących jednego z plutonów drugiej kompanii. Kątem oka mógł zobaczyć jak po jego lewej i prawej rozlewają się tyraliery błękitnych strzelców. Z nieba wciąż dochodził złowróżbny pomruk artylerii, lecz granaty padały teraz na drugą linię wojsk niemieckich podczas, gdy nad pierwszą wciąż jeszcze unosiły się słupy dymów po ostatnich eksplozjach. Nie było tam widać oznak życia, a na Francuzów nie posypał się od początku grad kul jak wielu oczekiwało. Major, nieprzerwanie gwiżdżąc, uczynił zachęcający gest uzbrojoną dłonią w kierunku nieprzyjaciela, po czym stanął obok Layala na czele formującej się linii pierwszego rzutu i ruszył do przodu. Durant trzymał się nieco z tyłu wraz z telefonistą, który dźwigał na plecach bęben z kablem. Zaczynało się doprawdy obiecująco...

Długa kolumna francuskiej piechoty sunęła w szyku marszowym „drogą życia” w kierunku pola bitwy. W pełni wyekwipowane wojsko wyglądało świeżo i czysto. Krok żołnierzy był dziarski, równy jak przystało na rosłych, silnych oraz młodych mężczyzn. Twarze gładko wygolone, błękitne hełmy lśniące w słońcu. Piękny obrazek. Dnia owego podeszli już do frontu na tyle blisko, że mogli po raz pierwszy usłyszeć dochodzący ze wschodu pomruk dział. Batalion musiał maszerować jeszcze pół godziny, by następnie rozłożyć się na popołudniowy odpoczynek i przepuścić ciężarówki z zaopatrzeniem oraz artyleryjskie zaprzęgi. Pozostały odcinek należało pokonać już pod osłoną nocy. Nad głowami żołnierzy co rusz śmigały francuskie samoloty myśliwskie, by odganiać niemieckich lotników, którzy mogliby rozpoznać maszerujące jednostki. Daleko na błękitnawym horyzoncie sterczały w powietrzu balony obserwacyjne, a także widać było błyski ogni wylotowych haubic najcięższego kalibru. Wojsko szło w szyku czwórkowym z karabinami przewieszonymi na ramionach. Między kompaniami powoli wlokły się dymiące już kuchnie polowe, bryczki z karabinami maszynowymi oraz tabory, wypełnione najważniejszym sprzętem, niezbędnym tej nocy dla batalionu, gdyż reszta rzeczy miała przybyć później. Z naprzeciwka sypały się obficie puste wozy i zaprzęgi oraz pękające w szwach sanitarki. Czasami pojawiał się też jakiś mały oddziałek szarych obdartusów, maszerujący leniwie na tyły. Były to resztki kompanii, które biły się w tej batalii już od kilku tygodni aż zostały wreszcie zluzowane. Swego czasu wielu z owych żołnierzy kroczyło tą drogą w kierunku nieprzyjaciela, a teraz powracali: zdziesiątkowani, brudni, zawszeni, ze szklistym, beznamiętnym wzrokiem wbitym w podłoże. Nie było w nich nawet śladu radości, że oto jest już po wszystkim. Przechodzili obok swych zdrowych, silnych i rumianych zmienników niczym duchy. Po zmroku można by ich wręcz pomylić ze zjawami martwych żołnierzy. Lecz oto za jednym z takich zgrupowań dreptał długi rząd ludzi oślepionych przez gaz. Ich oczy oplotły szczelnie widoczne z daleka białe opatrunku. Jeden wspierał swe dłonie na barkach drugiego i tak kroczyli. Na czele znajdował się jakiś lekko ranny szeregowiec z ręką w łupkach, który prowadził całą grupę. Było tych żołnierzy kilkudziesięciu. Ich widok podział nieco deprymująco na świeże jednostki – gdzieniegdzie w szeregach zaczęto ich nawet pokazywać palcami, padło też kilka komentarzy... Niemniej parę minut później pojawił się malutki konwój niemieckich jeńców, a wówczas nastrój patriotycznej podniosłości został przywrócony. Nie pamiętano już o nieszczęsnych rodakach, którzy bez słowa poszli dalej, za życia pogrążeni w wiecznych ciemnościach. Pomiędzy dwoma kompania w żółwim tempie toczył się wóz sztabowy, w którym siedział prócz kierowcy major Jules oraz jego adiutant. Obaj mężczyźni byli bardzo znużeni monotonnym widokiem frontowego zaplecza, przewalającego się obok nich. Może gdyby jechali na linie po raz pierwszy, to ogarnęłoby ich większe podniecenie. Siedziało im się niezbyt wygodnie, a kilkugodzinną jazdę mogli już wyraźnie odczuć w kościach. Major Jules był trzydziestodwuletnim wysokim, szczupłym mężczyzną. Nad górną wargą sypał mu się drobny, czarny wąsik, a policzki i grdykę zasnuwał dwudniowy, błękitnawy zarost, który zawsze tak bardzo wabił kobiety. Twarz oficera była wąska oraz dobrze zarysowana, a orli nos i zielone oczy dodawały temu obliczu bardzo wiele uroku podobnie jak idealnie skrojony mundur. Jules wywodził się z arystokracji, odebrał bardzo staranne wykształcenie i śladem zasłużonego ojca wstąpił do armii, by kultywować zaszczytne idee służby ojczyźnie. W przeciwieństwie do swego rodziciela nie był żelazny konserwatystą. Zresztą nie był żelazny w niemal żadnym z aspektów życia codziennego, z czego doskonale zdawał sobie sprawę ku własnemu umartwieniu. We wczesnej młodości o wszystkim decydował za niego ktoś inny, nie pozostawiając przyszłemu majorowi innego wyjścia jak tylko kroczenie wyznaczoną ścieżką, z której niewidzialne dłonie usuwały wszelkie przeszkody. Jules szybko się z tym pogodził i prawie nie próbował oporu. Zapewne oficer egzystowałby dostatnio do końca swych dni w sposób nudny i monotonny, gdyby nie wojna, która wywróciła jego świat do góry nogami, zasiewając w nim wielki lęk. Prawda była bowiem taka, że Jules zawsze cenił sobie spokój, a najbardziej bał się, iż pewnego dnia jego umiejętności oraz kwalifikacje poddane zostaną weryfikacji. Wizja owa dosłownie go przerażała, gdyż przeczuwał, że w ten sposób ulegnie obnażeniu cały fałsz na jakim przez lata sztucznie budował swą pewność siebie... Tymczasem na początku wojny, w bitwie nad Marną, młodemu kapitanowi nieoczekiwanie dla niego samego udało mu się wyróżnić ponieważ dzięki ślepemu przypadkowi znalazł się ze swą kompanią w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu. Sam nie wiedział jakim cudem poprowadził swych ludzi do ataku na tyły niemieckiego batalionu, który został rozproszony. O jego nazwisku po wielu latach znów zrobiło się głośno, lecz sukces ten tylko dodatkowo go zdeprymował. Teraz odpowiadał już za cały batalion, zmierzający w rejon najcięższych walk i bardzo chętnie zrzuciłby z siebie ten ciężar oraz wszystkie związane z nim zaszczyty. – Zastanawiałeś się kiedyś co czuje człowiek, który jest przez innych postrzegany zupełnie inaczej aniżeli on sam się widzi? – pytanie to rzucił major na pozór niedbale swemu adiutantowi. Porucznik Durant, dwudziestotrzyletni, drobny i niepozorny mężczyzna zamyślił się na kilka sekund. Była to osoba bardzo dobrze oczytana oraz wielce inteligentna, lecz żołnierz żaden. Jako pracowity służbista-pedant z pięknym głosem, którym czasami wykorzystywał do umilania czasu oficerom liniowym, doskonale nadawał się na adiutanta i zadania tego wywiązywał się wprost idealnie. Jules bardzo lubił prowadzić z nim abstrakcyjne rozmowy na różne tematy, gdyż w dziwny sposób go to odprężało. – Jeśli go niedoceniają, to zapewne dyskomfort. – odparł porucznik. – A jeśli go przeceniają? – kontynuował major. – To już zależy od sytuacji. – zauważył Durant, podnosząc do góry palec wskazujący w charakterystycznym dla siebie geście – Na ogół okazuje się to korzystne, lecz niekiedy z czasem dana osoba staje się więźniem własnego wizerunku. – Dobrze to ująłeś. – zgodził się Jules z zadowoleniem – Ciekawi mnie ilu wielkich ludzi historii jest wielkimi tylko z powodu widzimisię jakiegoś kronikarza lub tych wszystkich, którzy mieli wpływ na to o czym kiedyś pisano. – wzruszył ramionami – Czy to możliwe, że tak naprawdę byli oni słabi? Że borykali się oni z wielkimi rozterkami wewnętrznymi, które lepiej było przemilczeć, by nie burzyć idealnego obrazu dla ludzi współczesnych i przyszłych pokoleń? Może naród wynosi na piedestały w gruncie rzeczy przeciętnych osobników? Poprzez własne życzeniowe postrzeganie dodaje im w ten sposób przymiotów, których ci nigdy nie mieli? – Każda wielkość niesie ze sobą cierpienie, a wielu zwyczajnie nie jest do niej przygotowanych. – stwierdził adiutant – Wielka władza to także wielka odpowiedzialność, a historia jednoznacznie demonstruje nam, że niemal nikt nie może być zbyt potężny bez ocierania się o katastrofę, w której można utracić wszystko... Prócz tego wielkość to samotność. Królowie i wodzowie nie bywają wcale szczęśliwsi od reszty. Często są wręcz małostkowi, ograniczeni, pełni wewnętrznych frustracji oraz lęków, zaspokajanych krzykiem, dręczeniem słabszych czy też upajaniem się własnym statusem. – Czy nie lepiej tedy pozostać szarym obywatelem? – zastanawiał się głośno dowódca batalionu. – W pierwszym momencie może się to wydawać pociągającą myślą. – Durant uśmiechnął się nieznacznie – Lecz oznacza to zgodę na nijakość, na bylejakość, na tańczenie w rytm melodii, granej przez potężniejszych. Szarzy ludzie tak naprawdę są kukłami w pantominie sprawujących rządy. Prawdziwie szczęśliwy może być tylko ten, kto sam kształtuje swój los. – porucznik na moment przerwał znacząco – Władza zaś jest niemal tak samo odurzająca jak miłość. Gdy posiądzie się ją choćby na krótką chwilę, to ma się niepowtarzalne wrażenie, że możliwe jest absolutnie wszystko. – A jakimi ludźmi my dwaj jesteśmy? – zainteresował się Jules. – Czymś pośredniego sortu ponieważ znamy mechanizm, lecz nie mamy dostępu do środków kreowania rzeczywistości. – ocenił młody oficer – To jest chyba najbardziej irytujące. Owa wiedza i wynikające z niej poczucie kompletnej bezradności. – uzupełnił po chwili. – Ten cały system, na podstawie którego funkcjonuje świat, jest zaiste przerażający. – rzekł major. – Tak. Lecz co możemy na to poradzić? – spytał Durant retorycznie – Jeden człowiek okazuje się być niczym... Można najwyżej starać się dbać wyłącznie o siebie. To jedyne sensowne rozwiązanie. Nikt nie musi odpowiadać za coś, na co nie posiada wpływu. – Nie brzmi to zbyt romantycznie. – zauważył dowódca batalionu, uśmiechając się sardonicznie. – Cóż. Życie bywa prozaiczne. Za samochodem sztabowym na pięknym, czarnym koniu jechał dostojnie kapitan Layal, trzydziestoletni, wysoki na przeszło metr osiemdziesiąt zaprawiony w bojach żołnierz. Jego oblicze miało bardzo surowy, męski wyraz. Twarz oficera pokrywały kilkudniowe nitki jasnego zarostu. Pomimo kilku godzin marszu mężczyzna trzymał się prosto w siodle i tylko od czasu do czasu odwracał się, by rzucić okiem na żołnierzy swej kompanii, kroczących w chmurach kurzu. Layal doświadczenie bojowe zdobywał rok temu pod Ypres, gdzie zaczynał jako sierżant, lecz spisał się tam tak dobrze, że powołano go na stopień oficerski z pominięciem całej masy najróżniejszych formalności. Żołnierze świeżo sformowanego batalionu mogli go nie bez podstaw uważać za człowieka, który wyrósł spośród nich aczkolwiek kapitan zaczynał już zdradzać pierwsze oznaki zmanierowania, czego najbardziej dobitnym dowodem był ów czarny koń. W każdym razie im dłużej Layal przebywał wśród wyższych szarż, tym mniej przystępny stawał się dla zwykłych szeregowców, lecz wciąż jeszcze cieszył się ogromną popularnością i chyba słusznie uważano go za najlepszego oficera liniowego w batalionie, a może i całym pułku. – Patrz tylko na niego. – Juin ruchem głowy wskazał kapitana swych kolegom z trzeciego szeregu; w głosie szeregowca brzmiała autentyczna duma – Wydaje się wielki jak byk. Niemcy nie będą mieli z nim żadnych szans. O nas na nich poprowadzi. – Czy jest wielki nie mnie osądzać. – mruknął cyniczny Foch z niejaką ironią – W każdym razie nie da się ukryć, iż wzniósł się ponad perspektywę zwykłego żołnierza piechoty. Teraz z pewnością widzi wszystko lepiej i dalej niźli my w tym kurzu. – uśmiechnął się sardonicznie do maszerującego po jego lewej kolegi. – Czepiasz się z zazdrości. – zagasił go młodziutki Marat z drugiego końca szeregu – Założę się, że ty nigdy byś nie dokonał tego wszystkiego, co on. Ten człowiek to legenda. – Z pewnością masz rację odnośnie mych niecnych motywów, lecz trudno również zaprzeczyć, iż w każdej legendzie zawiera się odpowiednio dużo kłamstwa. Taki już jest mechanizm. – odrzekł Foch przymilnie – Bardzo chciałbym zobaczyć ową legendę w działaniu. Wtedy uwierzę. – Bluźnisz. – rzekł idący po prawicy przedmówcy Dawot, patrząc na kolegę z dezaprobatą – Powinieneś dziękować Bogu, że służysz pod takim wspaniałym oficerem. Weźmy na przykłada kompanię Soula: tam każdy sam musi się o wszystko troszczyć i ludzie ogólnie zawsze mają przerąbane. – Spadaj świętoszku. – burknął zagadnięty, bardziej zniecierpliwiony niż zagniewany – To, iż ktoś jest dobrym organizatorem nie znaczy wcale, że automatycznie będzie dobrym żołnierzem... Zwłaszcza, iż dobra organizacja nie może istnieć bez kombinowania, a to trochę kłóci się z etosem oficera idealnego, który próbujecie mi wcisnąć. – Nie gadać głupot. – uciął sierżant Garnier, który jako szef drużyny kroczył obok pierwszego szeregu – Bo zaraz ja wam pokażę etos podoficerski jak się nie przymkniecie. – O... I za to właśnie uwielbiam naszego dowódcę drużyny. – Foch protekcjonalnie poklepał podoficera po ramieniu – To jest żołnierz z krwi i kości. Nawet nie musi wczuwać się w absurdalność wojskowego drylu. On sam jest jednym wielkim absurdem. – Nie zaczynaj ze mną. – Garnier odwrócił się na moment i odepchnął dłoń szeregowca z lekką niechęcią – Wiesz, że cię toleruję, ale bez przesady. – Szorstka ta nasza przyjaźń, ale gdy styka się ze sobą dwóch prawdziwych mężczyzn, to nie może inaczej być. – Nie pochlebiaj sobie. Nie zrobiłeś jeszcze nic godnego mężczyzny. – zaśmiał się Juin. – Trzeba ci było wysłuchać świadectwa wszystkich tych kobiet jakie w życiu miałem. Żadna z nich nigdy nie została tak dobrze obsłużona. – pochwalił się Foch, mrugając jednym okiem porozumiewawczo i uśmiechając się szeroko. – No zdarza się jak człowiek ma do czynienia z dziewicami. – ocenił sierżant Garnier. – Zresztą czy męskość można mierzyć wyłącznie kutasem? – spytał Marat z trwogą w głosie. – W moim mniemaniu systematykę taką kwestionować mogą tylko ludzie, który nic na tym polu nie osiągnęli. – ocenił Foch dobitnie. – A ty jesteś mistrzem? – mruknął zgorszony Dawot, żegnając się jednocześnie. – Powiedzmy, że znam się na rzeczy. – Na ale co oprócz tego należy brać pod uwagę? Może męstwo w boju? – kontynuował Marat, desperacko próbując znaleźć coś, w czym byłby dobry. – Wobec tego obawiam się, że również tu będziecie na straconej pozycji. – Jakże to? – warknął Juin ze złością. – Obrażasz nas?! – Dawot spojrzał na kolegę nienawistnie. – Otóż bynajmniej. Jam apostoł pokoju. – Foch wzniósł dłonie w lekko komicznym geście pojednania – Niezbitym faktem jest wszakże, że każdy normalny człowiek boi się śmierci tedy nie rozumiem czemu śmierci w bitwie miałby się bać mniej lub zgoła wcale. – na moment przerwał dla lepszego efektu swych słów – Czy może zaś istnieć męstwo skażone w jakikolwiek sposób pierwiastkiem tchórzostwa? Nie... To jest tylko adrenalina i strach, które to każą nam zabić drugiego człowieka nim on zabije nas. Mieszanina impulsów w głowie. Tylko tyle... No więc męstwo w boju okazuje się czymś absurdalnym, a więc w gruncie rzeczy pochwalam was za to, iż jesteście normalni ponieważ się boicie. – Cholerny Sokrates. – szepnął Garnier z pewnym uznaniem w głosie. – Jeśli ogłaszacie mnie Sokratesem, to z miłą chęcią uczynię was Platonem. – roześmiał się Foch – Mam tylko nadzieję, że zachowując jego wstrzemięźliwość w stosunku do mężczyzn nie będziecie potem wkładać w me usta nic własnego poza poglądami. – Mogę ci wsadzić bagnet w dupę jak się zaraz nie uspokoisz. – Proszę wybaczyć mą ignorancję. Niemniej chociaż propozycja jest nad wyraz interesująca i zawiera zapewne ukryte przesłanie, to jednak wolę zamilknąć, by nie narażać się na wasz słuszny gniew. Dalej żołnierze maszerowali już w ciszy dopóki Layal nie zaintonował jakieś popularnej pieśni, którą w lot podchwyciła cała kolumna.

Niezbyt starannie zasłonili mu oczy białą chustą więc wciąż mógł widzieć świetlisty blask słonecznego poranka. Zawiązali mu ręce na plecach, brutalnie zmuszając do uklęknięcia. Potem usłyszał jak odchodzą na bok i nie czuł już na swym wychudzonym ciele ich silnych dłoni. Obolałe kończyny zaczęły mężczyźnie drętwieć, a w głowie łomotała mu pustka. Zdawał sobie sprawę co się zaraz wydarzy, lecz był nieprawdopodobnie spokojny jakby wierzył, że wszystko to da się jeszcze po fakcie odwrócić. Zapadł się w sobie, osiągając kompletną obojętność. Znalazł się wręcz na progu nieistnienia. W jego uszy uderzył czyjś głos, czytający sentencję wyroku, lecz poszczególne słowa ulatywały mu z głowy tak szybko, iż nie był w stanie złożyć z nich całych zdań. Zresztą niewiele go to obchodziło: przeszłość wydawała się niczym. Podobnie niczym jawiła się przyszłość w zetknięciu ze śmiercią, która go za kilka chwil czekała. Nie bał się jej – był z tym faktem pogodzony od dni przynajmniej trzech. Zresztą i tak musiał umrzeć czy była wobec tego wielka różnica: dzisiaj lub za dwadzieścia lat? Efekt ten sam. Naraz rozległy się komendy wojskowe i skazaniec odrobinę oprzytomniał. W jednej sekundzie przypomniało mu się absolutnie wszystko i wówczas zaczął dygotać z przejęcia. Spod opaski na brudne policzki pociekły łzy. Miał nadzieję, że nie umiera nadaremno, a wielka, jaśniejąca plama przed oczyma zdawała się mu obiecywać szybkie przejście do innej, zapewne lepszej rzeczywistości. Uczepił się fanatycznie tej ostatniej myśli, a wtedy w jego serce wlała się otucha. „Moi kochani chłopcy!” – chciał krzyknąć do żołnierzy plutonu egzekucyjnego, lecz słowa nie przeszły mu przez zaciśnięte gardło – „To wszystko dla was! Ja umieram, byście wy mogli żyć choćby o kilka dni dłużej! Nie zmarnujcie tego daru!” Wtem huknęła salwa i mężczyzna zdążył jeszcze tylko poczuć serię potężnych uderzeń w pierś nim momentalnie przeszedł ze świadomości w nieświadomość. Jego ciało, ubrane w jakiś podobny do munduru łachman obdarty z oznak stopnia, pochyliło się mocno do tyłu i tak zastygło w dziwacznej pozie z kolanami wciąż klęczącymi na ziemi. Krew skazańca obficie spływała z ran na piersi, wsiąkając we francuską ziemię.

Pułkownik Ney krzątał się od rana w swym sztabie, pracowicie doglądając przygotowań do przyjazdu samego Napoleona – dowódcy dywizji. Wszystko go dzisiaj irytowało... Nie dość, że oddziały ledwie zdążyły przejąć pozycje po zluzowanych jednostkach, to jeszcze batalion Julesa dostał się wczoraj pod ogień ciężkich dział niemieckich i poniósł straty. Pociski oczywiście poprzecinały linie telefoniczne i pułk bardzo długo nie miał połączenia z wojskami, obsadzającymi najbardziej wysunięte posterunki. Jakby tego było mało poprzednicy pozostawili po sobie – nie bójmy się użyć tego słowa – burdel więc należało poświęcić znacznie więcej czasu niż trzy dni, by doprowadzić wszystko do porządku. – Jeszcze tylko jego nam tu brakowało. Merde! – żalił się Ney Junotowi, szefowi sztabu – Od początku wojny nie pamiętam, by tak wysoki oficer pętał się po wysuniętych jednostkach tyle, co Napoleon. Może oni go tam we dworku źle karmią i przyjeżdża tylko po to, żeby nas obeżreć? – ostatnie zdanie wypowiedział ze złośliwą ironią. Ney był mężczyzną pięćdziesięcioletnim, niskim, tęgim, z sumiastym wąsem i pierwszymi siwymi włosami po bokach bujnej, ciemnej czupryny. Przez wiecznie zaciśnięte brwi oraz przeszywający na wylot wzrok wyglądał na choleryka, którym zresztą był w rzeczywistości. Tylko Junot potrafił zapanować nad swym pułkownikiem, gdy ten zwyczajowo zakładając monokl na lewe oko i ręce za plecy zaczynał śpiesznie chodzić w kółko, rzucając straszliwe inwektywy pod adresem wszystkiego oraz wszystkich. Cały sztab trząsł się ze strachu, gdy Ney wpadał w kiepski nastrój, a zdarzało się to stosunkowo często. Pułkownik – przeciętny żołnierz i jeszcze bardziej przeciętny umysł – był nieprawdopodobnie ambitny oraz dumny. Wszyscy, którzy go znali przeczuwali, że pewnego dnia ta żądza władzy, a bardziej: związane z nią frustracje, położą kres życiu Neya poprzez zawał lub wylew krwi do mózgu. Bo tak się składało, iż powodów do furii oficerowi nie brakowało... Oto szedł trzeci rok wojny, a on zdołał jedynie z trudem zamienić batalion na pułk, gdy niektórzy jego rówieśnicy dowodzili już korpusami! Na dodatek sam Napoleon był od niego młodszy aż o cztery lata!... Ney nie potrafił sobie tych faktów wytłumaczyć inaczej jak tylko poprzez nieprawdopodobny spisek w Naczelnym Dowództwie, zawiązany specjalnie przeciw jego osobie, na którego czele stali wszyscy ci, zazdroszczący mu wrodzonej predyspozycji do czynienia rzeczy wielkich. Pułkownik obsesyjnie nienawidził swego dowódcy dywizji, który prócz wymienionych wyżej przyczyn powszechnie uważany był za masona więc na pewno żarliwy katolicyzm Neya nie mógł mu przypadać do gustu podobnie jak innym członkom loży, zasiadającym w Sztabie Generalnym oraz żydom spod znaku Dreyfussa. A teraz na rozżalonego na cały świat mężczyznę spaść jeszcze miała hańba największa – obowiązek goszczenia odszczepieńca! Skandal! – Napoleon ostatnio znajduje się w bezustannych rozjazdach. – zauważył Junot spokojnym głosem, przeglądając dokumenty o zapotrzebowaniu na amunicję do karabinów maszynowych – Być może jest to czysto służbowa wizyta? – Nonsens! – wykrzyknął starszy mężczyzna z pasją – Ta kreatura przyjeżdża tu tylko po to, by zobaczyć jak bardzo potrafi mnie wkurwić! Mam nadzieję, że od siedzenia w mojej kwaterze porobią mu się czyraki na dupie! Junot wzruszył ramionami z dobrze skrywanym zażenowaniem w duchu wdzięczny opatrzności za to, iż Ney był właśnie golony przez zaufanego adiutanta więc nie mógł swoim zwyczajem wyskoczyć z krzesła i zacząć chodzić w kółko po przyprawiającym o klaustrofobię schronie. Pięćdziesięciolatek gdy się złościł zachowywał się dokładnie jak rozkapryszony bachor, których szef sztabu szczerze nie znosił. Ponieważ większość przygotowań na przybycie generała została wykonana, pułkownik mógł wreszcie zająć się swym wyglądem, a i jego podwładni mieli chwilę na złapanie oddechu. Major Junot, absolwent renomowanej uczelni wojskowej, był niskim, bardzo szczupłym osobnikiem o twarzy łasicy i błogim spojrzeniu onanisty. Miał lat dwadzieścia dziewięć. Na tle swego zwierzchnika prezentował się niezwykle niepozornie, wyglądał wręcz na jego przeciwieństwo. Niemniej pod maską zniewieściałych ruchów oraz słabego uścisku lepkiej ręki oficera krył się całkiem przyzwoity intelekt, obudowany jeszcze silnym pragmatyzmem. Junot już rok temu zdecydował się związać swą przyszłość z Neyem, gdy przydzielono go do sztabu batalionu, dowodzonego przez pułkownika (wtedy jeszcze majora) i zrozumiał, że ten stary piernik jest za głupi, by samemu czegoś dokonać, lecz potrafi się doskonale rozpychać łokciami, a tej właśnie cechy młodemu oficerowi brakowało ponieważ był raczej typem intelektualisty. Razem mogli zajść naprawdę daleko. Junot zamierzał się wlec coraz wyżej po szczeblach kariery w ślad za swym nierozgarniętym mecenasem. Nie wchodzili sobie nawzajem w drogę – wszystko czym podniecał się Ney na majorze nie robiło większego wrażenia. Junot brał to wręcz za starczą demencję. Wystarczającą podnietę dawało mu rozgrywanie własnych zakulisowych szachrajstw. Od czasu gdy major zrobił z pułkownika coś na kształt dowódcy i walnie przyczynił się do jego sukcesów pod Artois posiadł na Neya wielki wpływ. Uważało się powszechnie, że potrafi go nagiąć do swej woli w bardzo wielu sprawach. Starszy oficer ufał mu oraz zdawał się na jego osąd w zamian trzymając swego pupilka zawsze blisko siebie w bezpiecznym oddaleniu od frontu. Junot przejął też całkowitą kontrolę nad sztabem, czyniąc się jedynym pośrednikiem między nim, a dowódcą pułku. Jednakże sam nie pracował zbyt pilnie. Lwią część obowiązków zwalał na szefów poszczególnych pionów. O ile miotającego się Neya każdy mógł zobaczyć i usłyszeć jego groźby z odległości kilometra, o tyle skryty Junot – szara eminencja regimentu – był znacznie bardziej niebezpieczny oraz nieprzewidywalny. Większość oficerów sztabowych wchodziła z nim w układ, zapewniając sobie święty spokój poprzez ciężką pracę lub... pieniądze z tym, że major był na tyle sprytny, by zawsze utrzymywać odsetek bumelantów na takim poziomie, aby funkcjonowanie jego malutkiego królestwa nie zostało zdezorganizowane. Wszystko musiało chodzić jak w zegarku. Jedną z największych kart przetargowych szefa sztabu była pula urlopowa. Każdy, kto miał odpowiednio dużo pieniędzy, mógł przyjść w czwartek wieczorem do kwatery Junota, przegrać z nim odpowiednio dużą sumę w pokera i być pewnym, że wyjedzie pierwszym transportem urlopowanych jaki opuści front. A że wielu nie dożywało tego momentu, to tym lepiej. Biznes kwitł. Tak więc major robił na wojnie nieprawdopodobny interes, umiejętnie podsuwając Neyowi różne papiery do podpisania... Podobnie rzecz się miała z zatwierdzaniem awansów chociaż w tym przypadku same pieniądze nigdy nie wystarczały. Trzeba się jednak było czymś wyróżnić w polu. Niemniej chodziły słuchy, że podobno nawet sam Layal musiał w pewien czwartek swoje wytracić. Pułkownik i major potrzebowali siebie nawzajem. Ney szukał doradcy, Junot – silnego protektora, który kryłby jego interesy. Ponadto szef sztabu miał pełno wtyk i zawsze doskonale orientował się co w trawie piszczy. Wiedział też z czym przyjeżdża Napoleon dlatego rozumiał, że musi nastawić do swego zwierzchnika bardziej przychylnie do tej wizyty. Dzięki niej miały się przed nimi otworzyć zupełnie nowe możliwości.

– Dzień dobry kochany domku. – rzekł Foch, roześmiany od ucha do ucha, rozglądając się po schronie, który wyznaczono jego drużynie – Jestem przekonany, że będzie się nam tutaj żyć wyśmienicie. Zauważcie wygodę całego rozwiązania: trzymać nas, chodzące trupy, pod ziemią. Wystarczy tylko zasypać wejście i mamy grobowiec jak się patrzy. Szeregowiec ten był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną z wiecznym uśmiechem, błąkającym się po przystojnej, dobrodusznej twarzy. Liczył sobie lat dwadzieścia dwa, czyli tyle samo co sierżant Garnier. Jego ciemne oczy zawsze błyszczały wielką energią pod gęstymi brwiami, a blond włosy, opadające mu niesfornie na czoło, wywoływały pozorne wrażenie chaosu. Pochodził z niezbyt zamożnej dzielnicy Paryża, co kompletnie nie wpłynęło na jego na jego wielką inteligencję i umiejętność pięknego wysławiania się, którą to – jeśli by mu wierzyć – posiadł obcując z najbardziej dystyngowanymi kurwami w stolicy. – Co za syf. – burknął Juin z niechęcią, rozglądając się krytycznie po pomieszczeniach schronu. Dwudziestoletni strzelec podszedł do jednej z prycz i rzucił na nią swój tornister, a wówczas w powietrze uniosła się chmura kurzu tak wielka, że stojący najbliżej Dawot zakasłał kilkakrotnie. Generalnie ich kwatera przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy: wszędzie walały się różne śmieci, prycze były brudne i ledwo trzymały się w jednym kawałku, brakowało światła, a spod grubej warstwy ziemi nie dawało się zobaczyć drewnianych desek podłogi. W jednym z kątów stało opróżnione, cuchnące wiadro, które musiało służyć za nocnik. – Chłopaki ogarnijcie tu trochę. – rozkazał sierżant Garnier, jedną ręką gładząc się po ciemnych, sumiastych wąsach, a drugą wyciągając fajkę – Nic tak nie świadczy o gospodarzu jak jego obejście. Zapamiętajcie sobie. – A jakież to wasze gospodarstwo? – zaśmiał się Foch. – Trzy barany, cztery kozły, trzy wieprze i jeden buchaj. – objaśnił go sierżant, nie bez pewnego przekąsu. – Byłby jeszcze i jeden muł, gdyby nie wpadł po drodze pod ciężarówkę. – uzupełnił Marat, mając na myśli kaprala, poległego śmiercią tragiczną podczas przemarszu kilka dni temu – Nie ma to jak bohatersko umrzeć pod kołami. – prychnął pogardliwie. – Nie śmiej się z tego. – zgasił go Garnier – Każde zejście jest sprawą poważną i należy do niej podchodzić z szacunkiem. Podoficer był mężczyzną raczej średniego wzrostu z odrobinę wysuniętą dolną szczęką, orlim nosem oraz błękitnymi oczyma. Pochodził z południowej Francji, co można było bez trudu rozpoznać po akcencie. Twarz miał na ogół zamyśloną chociaż zdarzało się, że rozjaśniał ją promienisty uśmiech. Nazwać Garniera typowym sierżantem byłoby obrazą dla tego wyważonego, bystrego i spokojnego człowieka, który tylko pozornie wyglądał na mniej błyskotliwego niż Foch. O ile ten ostatni przypominał wesołego cynika, to podoficer miał w sobie dużo ze stoicyzmu, przyprawionego solidnie melancholią i szczyptą zgorzknienia. – Zapalimy? – spytał Focha, wkładając fajkę do ust. – Jasne. – szeregowiec ochoczo wyciągnął papierosa – Pan przodem, sierżancie. Obaj mężczyźni wyszli ze schronu. Żołnierze tymczasem rozpakowali się, dobyli saperek i poczęli oczyszczać pomieszczenia mieszkalne: w każdym z nich było miejsce na pięciu ludzi. Marat podszedł do stojącego w rogu zdewastowanego piecyka, upewniając się, że nie ma tam kompletnie żadnego opału. Dawot zaś na wspomnienie martwego kaprala przeżegnał się nabożnie, po czym zadał pozostałym obecnym następujące pytanie: – Dlaczego Garnier zawsze puszcza między uszami wszystkie wypowiedzi Focha i traktuje go nieomalże jak równego sobie? Rozumiem, że jest on starszy od pozostałych szeregowców, ale to chyba trochę za mało, by tak go faworyzować. – Ależ ty jesteś tępy, świętoszku. – odpowiedział mu Gerard, który należał do drużyny, lecz nie stanowił jej twardego jądra – Głowisz się nad tym, co dla wszystkich wokół jest wiadome już od dawna. – kończąc ostatnie zdanie mężczyzna uśmiechnął się z wyższością. – Nie musisz mnie obrażać. – rzekł Dawot łagodnie – Zamiast tego wytłumacz mi w czym rzecz. – Foch jeszcze niedawno sam był podoficerem. – olśnił kolegę Juin – Jednak z jakiegoś powodu został zdegradowany i przeniesiony na front, bo wcześniej służył w kwatermistrzostwie. Garnier zna go ze służby w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%