Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 14 min czytania

"Veronica" - Epizod 3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Żartujecie sobie ze mnie? - Nieee… - mama patrzyła na mnie uważnie. W jej oczach gościł strach i smutek – Nie cieszysz się, prawda? - Jasne, że się cieszę! – rzuciłam się jej na szyję i uściskałam – Jak mogłabym się nie cieszyć?! - Tak się cieszę, że nie masz nic przeciwko… - mama odwzajemniła uścisk. Wyswobodziłam się z objęć rodzicielki i odwróciłam do Nicolasa. - Przynajmniej wiem już, dlaczego moja mama nie chciała się umawiać na żadne randki – uśmiechnęłam się do niego i uścisnęłam rękę, którą wyciągnął w moją stronę – Veronica Burge, miło mi. Dla niektórych znana jako Eleanor. - Eleanor? – zapytał, gdy oboje siadaliśmy na kanapie. - Mała obsesja na punkcie samochodów… - Mamo! - To ja pójdę zrobić coś ziemnego do picia… - mama uśmiechnęła się do nas i wyszła. - Naprawdę tak lubisz samochody? - Tak, ale niech pan sobie nie myśli, że jestem jakąś typową pindzią-blacharą – zastrzegłam z góry. - Nawet tak o tobie nie myślałem – uśmiechnął się. Zauważyłam, że gdy to robił wyglądał na młodszego – I mów mi po prostu Nicolas. Lub Nico, jeśli chcesz. - Postaram się. Ale jeśli zapomnę niech mnie pan… Poprawiaj mnie, dobrze? – roześmiałam się. - Jasne. Czyli nie masz nic przeciwko mnie i twojej mamie… Wiesz… Razem…? - Jasne, że nie. Szkoda tylko, że dopiero teraz się o was dowiaduję. Ile już jesteście razem? - Dwa lata – odpowiedział nie patrząc na mnie. - Ech… No dobra, wybaczam. Ale pamiętaj – wbiłam w niego swój mrożący krew w żyłach wzrok – Jak ją skrzywdzisz nie będę patrzyć na nic. Zabiję cię. - Nie skrzywdzę jej. Kocham ją. - No mam nadzieję – uśmiechnęłam się, łagodząc atmosferę – Masz zamiar zamieszkać z nami? - No właśnie tu jest problem… - mama wróciła do pokoju i postawiła przed nami tacę z trzema wysokimi szklankami napełnionymi sokiem pomarańczowym – Nicolas ma piękny dom w Miami. - No tak… Wycieczki do Hiszpanii… - uśmiechnęłam się na wspomnienie masy weekendów, które mama spędziła w „Hiszpanii” – Chcecie tam zamieszkać, prawda? - No właśnie tak… - Mam dwadzieścia lat, umiem sobie sama poradzić w tym mieście – wzięłam do ręki szklankę i upiłam trochę napoju – Byle się wam tylko jakoś ułożyło. - No bo właśnie jest taki pomysł…

- Gośka, mam problem – znów siedziałam przed obiektywem małej kamerki wbudowanej w mojego rozpadającego się już powoli laptopa. - Jaki? – wiedziałam, że na nią zawsze będę mogła liczyć. - Punkt pierwszy – moja mama wychodzi za mąż – wypaliłam. - CO?! Jak to? Za kogo? Kiedy? Żarty sobie ze mnie robisz?! - Nie, nie mam zamiaru – westchnęłam – Pamiętasz, jak często jeździła do tej swojej koleżanki w Hiszpanii? - No tak… - Koleżanka ma na imię Nicolas, jeździ bajeranckim cabrio i ma willę w Miami… - CO?! – jej wielkie oczy patrzyły na mnie z ekranu laptopa – Myślałam, że to tam kogoś poznała. - Jak widać nie – uśmiechnęłam się na samą myśl, jak bardzo mama musiała kombinować, żeby się nie zdradzić. - I co z tym zrobisz? - Nic- spojrzałam w obiektyw kamerki – Po tym co narobił ojciec niech w końcu będzie szczęśliwa. Na samą myśl o ojcu krew się we mnie burzyła. To, co zrobił było niewybaczalne i nieodwracalne. Ja już po prostu nie miałam ojca. A może właśnie Nicolas nim teraz zostanie? - Vera, uśmiechnij się – Gośka wyczuła, a o czym teraz myślę. Jak na komendę wyszczerzyłam się pokazując cały szereg białych zębów – Tak lepiej. Nie myśl o nim, bo się znów zacznie. - Jasne – potrząsnęłam głową, jakbym chciała wybić sobie z głowy resztki myśli o ojcu – Mam teraz inny problem… Dostałam od mamy i Nicolasa propozycję… W sumie taką nie do odrzucenia… - MÓW! - Mama chce zamieszkać ze swoim przyszłym mężem. To nic nienaturalnego… - zaczęłam. - Masz dwadzieścia lat. Możesz przecież zamieszkać tu sama. A jak nie, to zapraszam do nas. Mamy wolny pokój, wiesz o tym… - Propozycja owszem polega na zamieszkaniu samej, ale… W Los Angeles… - w końcu to z siebie wyrzuciłam – Nie tutaj… - Propozycja zamieszkania w LA byłaby dla ciebie niemal spełnieniem marzeń. No właśnie… Niemal. Miasto Aniołów było niepodważalnie moim miastem. To tam się urodziłam i wychowałam i prawdopodobnie gdyby nie ten cały wypadek nigdy nie trafiłabym do Polski. Nie poznałabym moich przyjaciół, nie zaczęłabym Liceum Ogólnokształcącego numer jeden i nie zdałabym matury z polskiego na sto procent. A wtedy Marek niemiałby powodu, żeby do mnie zagadać i nie przekonałabym się, że od nienawiści do miłości jest tylko jeden, mały krok… Tam jednak zostawiłam masę swoich marzeń. Plany na przyszłość, o których myślałam już, że się nigdy nie zrealizują. Moje ambicje, które w polskich realiach zdecydowanie mnie przerastały. Stałam na moście, który miał się zaraz zawalić i w kilka chwil musiałam podjąc decyzję, którą drogą pójść. Potem pewnie nie będę już miała odwrotu. Nie znajdę w sobie tyle sił, żeby przeskoczył na drugą stronę. Stany albo Polska. Za duża odległość, żeby zdecydować się na obie możliwości. Cokolwiek bym nie zrobiła będą i sukcesy i porażki. Przegrani i wygrani. Spełnione i stracone marzenia… - I co zrobisz? Westchnęłam. - Nie mam pojęcia… Muszę się gdzieś przejść. Jeszcze zadzwonię. - Jasne. Pamiętaj, że to tylko twoja decyzja. Nie kieruj się opinią innych, dobrze? - Jasne… Zamknęłam laptopa i przejrzałam się w lakierowanej powierzchni stolika, na którym stał. Tak… czeka mnie ciężka decyzja…

Masa myśli kotłowała mi się w głowie. To miały być najdłuższe i najfajniejsze wakacje mojego życia. Miałam iść na żywioł, nie przejmować się niczym i nie podejmować żadnych ważnych decyzji. Taaa… Jasne… Na pewno… Od jakie godziny na dworze było zupełnie ciemno. Siedziałam na krawężniku jednego z chodników jedynego miejskiego parku. Miejskiego… Szumna nazwa. Naprzeciw mnie jakiś czas temu ktoś mądry wykopał niewielki dołek, wyłożył go kamieniami i zalał go wodą. Przynajmniej miałam teraz na co patrzyć. Woda przyjemnie szumiała i lśniła w świetle księżycowego światła. - Witaj – szepnęłam, gdy o moje nogi zaczął ocierać się młody kociak – Co ty tu robisz o tej porze? Kot nie odpowiedział. Zaczął łasić się do mnie licząc najwyraźniej na jakiś smakołyk. Wyciągnęłam rękę i zaczęłam drapać go za uchem. Jego mruczenie zagłuszyło nawet szum wody. - Niestety nie mam nic dla ciebie – kociak wgramolił mi się na kolana i ułożył wygodnie – A może ty wiesz, co powinnam zrobić? Pojechać, czy zostać? - Słuchać głosu serca – aż podskoczyłam, gdy kątem oka zauważyłam, że nade mną ktoś stoi – Tu jesteś, Tassara. Kotka podniosła głowę i spojrzała w stronę nieznajomej. Zrobiłam dokładnie to samo. Kobieta stojąca tuż obok mnie w świetle księżyca wyglądała wręcz magicznie. Długa, granatowa spódnica mieniła się złotą nitką, a zwykła, czarna bluzka opleciona była delikatnym, błyszczącym szalem. Ciemne oczy patrzyły na mnie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%