fantastyka · 12 min czytania
Vincent
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Są godziny, które nie są dniami i godziny, które są jak sen".
****
Chodnikiem ulicy Paulus Potterstraat w Amsterdamie pełznie długa kolejka. Pełznie mozolnie, krok za krokiem, zmęczona obezwładniającym upałem. Kolorowy tłum faluje, poci się, tęskni za deszczem, gęstnieje jak lawa. Cierpliwie czeka by dotknąć wartych miliony dolarów obrazów wielkiego malarza, zobaczyć sposób w jaki prowadził pędzel i nakładał farby na płótno. Nieopodal, na brzegu chodnika stoi mężczyzna, o wychudłej twarzy, skrytej w cieniu ronda słomkowego kapelusza, patrzy przed siebie pełnym melancholii spojrzeniem, z jego ust wydobywa się ledwo słyszalny, nieskładny szept. " - Łatwiej było mi zbudować sobie nieśmiertelność malując, niż porozumieć się z drugim człowiekiem. Nie wierzę, że w moim piekle jest jakaś furtka". Dziwne słowa przyciągają moją uwagę. Mrużąc oczy od słońca, staram się śledzić ruchy jego warg, ale trudno zrozumieć mi sens wypowiadanych przez niego zdań. Wciskam machinalnie ręce w kieszenie spodni, robiąc dziurę w cienkiej podszewce. - Nie stój pan na środku.- odzywa się kobieta w białej chustce. Człowiek słysząc to milknie, garbi się starając rozetrzeć wzrokiem w pył płytę chodnika. Obojętny tłum milczy, jest zajęty sobą. Kolejka przesuwa się ospale, o metr, może o dwa. Chłopiec z prawej strony przysiada ze śmiechem i wciska w otwór kratki ściekowej utytłany w piachu wafel. Mężczyzna gwałtownym ruchem zrywa z głowy kapelusz. Na jego czole, wśród kosmyków wyrudziałej czupryny i kropli potu tańczą jak oszalałe promienie słońca. Wpatruję się w jego profil. - On chyba nie ma ucha.- mówię nie dowierzając sama sobie. Przed oczami nagle przemykają mi dziesiątki obrazów, jak klatki zapomnianego filmu. Przypominam sobie publikacje, albumy, notatki, wszystko powraca ze zdwojoną siłą, przyglądam się uważnie mężczyźnie. - To Vincent Van Gogh.- szepczę zaskoczona. Ta sama, smutna twarz patrzyła na mnie z reprodukcji zapamiętanych autoportretów malarza. Robi mi się z wrażenia jeszcze bardziej gorąco. Van Gogh wolnym krokiem zmierza w stronę budynku muzeum.
Podążam za nim, przyklejona do jego cienia. Mój instynkt podpowiada, że za chwilę mogę stracić go z oczu, przyspieszam. Nikt nas nie zatrzymuje, nie sprawdza biletów. Wchodzimy przez szerokie, szklane drzwi do środka budynku muzeum. Nie słychać szczęku migawek aparatów fotograficznych, ani szelestu kamer, nie słychać odgłosu kroków innego, niż nasze stąpanie. Oprócz nas prawdopodobnie nikogo nie ma. Czuję każdą drobinką ciała przenikliwy chłód i surowość pochłaniającej nas nieznanej, monumentalnej konstrukcji. Ze skąpo oświetlonych ścian korytarzy i sal parteru wyziera martwa cisza. Zaczynamy wspinać się po stromych schodach, szybko wchłania nas głębia wąskiego korytarza najwyższego piętra, wydaje mi się drogą bez końca. Pod naszymi nogami cicho skrzypią deski. Stajemy przed wysokimi, masywnymi drzwiami, są lekko uchylone. Mężczyzna rozdygotanym ruchem łapie za mosiężną klamkę, nie zwraca na mnie uwagi. Drzwi przestronnej sali cicho za nami trzaskają. Zalewa nas jaskrawe, żółte światło licznych lamp ; sala jest przestronna i ciepła. Czuję dławiącą woń, w oka mgnieniu otula moje nozdrza, oddycham głęboko, jak pozbawiona wody ryba. To zapach olejnych farb, terpentyny i dymu tytoniowego odczytuję bez namysłu. Klimatyzacja nie działa, powietrze jest duszne. Toczę szybko, rozbieganym wzrokiem po wielkiej sali, uderza mnie panujący w niej nieład, robi wrażenie rupieciarni. W kącie stoi rozklekotany fortepian. Zadzieram odruchowo w górę głowę i nieruchomieję, mam wrażenie, że za chwilę jedno z wielkich świateł, porażające ostrym blaskiem moje oczy oderwie się z sufitu i spadnie zamieniając mnie w kupkę gorącego popiołu. - Czy wiesz gdzie jesteś? - rozlega się chrapliwy głos tuż przy moim uchu. Nie mogę zaskoczona wydobyć z siebie głosu. Van Gogh wbija palce w moje przedramię i lekko mną potrząsa. " - Popatrz, popatrz to mój świat". - bełkocze dalej, przez zęby. Obrzuca mnie posępnym spojrzeniem. Po chwili rozgorączkowany klęka i wyciąga spod łóżka stos obrazów, ustawia je jeden po drugim, używając jako podpórki butelki z absyntem. Pokazuje mi niedokończone studia, szkice węglem scen ulicznych, martwą naturę malowaną akwarelą, potem ciemny rysunek z zarysem siedzących nad miską kartofli postaci, rzuconych na karton grubym stolarskim ołówkiem. Jeden ze szkiców jest tak realistyczny, że czuję na twarzy chłód ciemnej nocy i słyszę szum wody. "- Moje rysunki nie są w porządku." - odzywa się znienacka. Podnoszę wzrok na Van Gogha, okoloną rudą brodą twarz wykrzywia grymas, w szeroko rozwartych oczach migoczą łzy. "- Chcę malować olejami, muszę malować, ale te wydatki! Te przeklęte tuby z farbami olejnymi są na wagę złota. Co mam uczynić, nieszczęsny?" Serce bije mi jak młotem, nie wiem co mu odpowiedzieć. Patrzę w jego oczy, zdają się mnie przenikać na wylot. Jest roztrzęsiony, mam wrażenie, że chce mi coś wytłumaczyć, szuka, ale nie może znaleźć właściwych wyrazów. W końcu milknie zrezygnowany, oczy jego nikną w głębokich, mrocznych oczodołach. Cała jego osobowość, całe jego "ja" w chwilę potem zdaje się kurczyć, zastyga, staje się jak gdyby martwe. Po chwili zrywa się jak oparzony, poprawia ciasną kurtkę i chwiejnym krokiem odpływa w głębię pracowni. Porusza się niepewnie, jakby ukradkiem, niesie się za nim dyskretna woń kurzu i starej szafy. Jest coś w nim niepokojącego, a zarazem ujmującego. W mijaną, wiszącą na chropowatej ścianie, taflę lustra spogląda z wyraźną pogardą, szybko odwraca od niej wzrok. Oblicze mężczyzny oprawione w proste ramy dobrze…