Fantasy · 15 min czytania
"Vincere aut mori"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
I
Był późny wieczór, kopyta jego konia zapadały się pod coraz grubszą warstwą błota, krople deszczu spływały po hełmie i zbroi. Zmęczenie i głód dawały się we znaki, powoli zaczął zamykać swoje piwne oczy, po czym bezwładnie zsunął się z siodła i chlupnął do błota. W oddali zobaczył słabe światło odbijające się od zadaszonej ściany jakiegoś budynku. Blask powoli zaczął się przybliżać, po chwili widział już niewyraźną sylwetkę w obszernym płaszczu dzierżącą w lewej dłoni oliwną lampę. Postać zatrzymała się na moment, jakby zawahała się, po czym podeszła bliżej. Przykucnęła i cichym, niepewnym żeńskim głosem powiedziała. -Wstań, wstań, bo się rozchorujesz.
Obudziły go promienie porannego słońca padające wprost na jego twarz. Pomieszczenie, w którym się znajdował było niedużą izdebką z łóżkiem i małą szafeczką. Nagle, z potwornym skrzypieniem otworzyły się drzwi, zza których powoli wysunęła się niska kobieta w prostej sukience koloru pożółkłych liści, i kruczo czarnych włosach opadających na drobniutkie ramiona. - Wreszcie się obudziłeś.- Powiedziała troskliwie-jak się czujesz. - Dobrze, dziękuje za pomoc. Gdzie jestem? - W przydrożnej karczmie, wczoraj znalazłam cię w błocie koło budynku. Odpowiedziała. -Mam na imię Sarah, a ty? -Elrand Starliing, gdzie jest moja zbroja i broń? Spytał z zatroskaniem. -Nie martw się Elrandzie, twój oręż jest bezpieczny, zaraz każę go przynieść. Zapadła chwilowa cisza -Całą noc majaczyłeś. Zaczęła-Coś o tym, że Norrish upadło, i że musisz się dostać do Esgharoth. -Na Kelembriona. Wykrzyknął-Muszę ruszać. -Czemusz ci się tak śpieszy. Spytała z zaciekawieniem -Bo Norrish naprawdę padło. Ryknął, po czym zerwał się na równe nogi i zaczął w pośpiechu ubierać koszulę, tak, że jego rude loki zaplątały się kilkukrotnie w rzemienie. -Jestem rycerzem korony, jedynym, który zdołał wydostać się z pod oblężenia, moim obowiązkiem jest powiadomić Lorda Elronda o stracie Norrish. Spojrzał na nią z powagą.-Uciekaj stąd jak najszybciej, za parę dni dotrze tu horda. A wtedy będzie już za późno. Przytaknęła, po czym wybiegła za drzwi krzycząc coś. Nie minęła minuta, jak przybiegło dwóch chłopców w prostych tunikach niosących w rękach oręż rycerza. Elrand założył napierśnik i hełm z zasłoną, do pasa przypiął miecz a w rękę chwycił tarcze. Wybiegł z karczmy dopinając czerwony płaszcz, z siedmioma białymi gwiazdami. Przed budynkiem czekał już czysty i syty koń, Kiedy na niego wskoczył zauważył, że do siodła przytroczona jest sakwa z jedzeniem. Ale gdzie jest kobieta o kruczo czarnych włosach? -Nie mam na to czasu. Pomyślał. Ostatni raz spojrzał na karczmę w nadziei, że Sarah jednak przyjdzie go pożegnać, nie przyszła. Odwrócił zwierze, spiął je ostrogami po hebanowych bokach, po czym popędził w stronę Esgharod.
II
Część 22 / 2
Od kilkunastu godzin był w siodle, jadł w siodle. Nie spał, wiedział, że nie może teraz zasnąć, jechał całą noc. Rankiem, kiedy pierwsze promienie słońca zalśniły na jego napierśniku. Znużonym wzrokiem dojrzał pierwszą z trzech wież pałacu wielkiego mistrza. Popędził swego wierzchowca, jechał najszybszą drogą wiodącą do bram koszar, którą ku niezadowoleniu wieśniaków były świeżo zaorane pola. Kiedy dotarł do potężnej, metalowej bramy zwieńczonej dwoma wieżyczkami. Na których zawsze stało przynajmniej czterech kuszników. Ryknął do jednego z nich. -Otwierać. Strażnik leniwie wychylił się za blankę muru. -Czego tam?. Wrzasnął. -Jestem Elrand Starliing, i przynoszę wieści z Norrish. Mężczyzna w kolczudze wybałuszył oczy, po czym polecił dwóm innym strażnikom otworzenie bramy. Chłopak nie czekał długo, kiedy tylko brama rozwarła się na tyle żeby zmieścić konia z jeźdźcem, Wcisnął się pośpiesznie wjeżdżając na brukowany dziedziniec otoczony murem i różnorakimi budynkami. Z jednego z nich wyszedł pośpiesznie wysoki i barczysty rycerz ubrany podobnie jak on sam. Nieznajomy rozejrzał się po placu zatrzymując wzrok na świeżo upieczonym wojowniku. Przez chwilę patrzyli na siebie. Elrand wzdrygnął się na widok zimnych błękitnych oczu i równie zimnego wyrazu twarzy-Co człowiek musi przejść żeby tak wyglądać. Pomyślał. Mężczyzna powoli podszedł do niego. -Witam nazywam się Rothan, ty jesteś tym posłańcem z Norrish. Elrand przytaknął. -Wielki mistrz czeka sir...? -Elrand, Elrand Starliing. Chłopak zeskoczył z konia i podążył za Rothanem. Weszli do budynku. Szli długim i szerokim korytarzem, wzdłuż którego ciągnęły się ozdobne zbroje. Na ścianach wisiały tuziny gobelinów, podłoga usłana była miękkimi dywanami a korytarz zwięczony był dużymi drewnianymi drzwiami, których okucia zrobione były ze srebra. Rycerze zatrzymali się, Rothan zdjął hełm gestem dłoni nakazując Elrandowi to samo. Mężczyzna miał króciutko przystrzyżone czarne włosy, co zdziwiło go niezmiernie, ponieważ wśród rycerzy korony panowała moda na noszenie długich włosów. Starszy rycerz, bo takim Rothan na pewno był, zignorował spojrzenie chłopaka otwierając srebrno okute drzwi. Weszli do dużej okrągłej sali, której marmurowa podłoga lśniła czyściutką bielą, a na ścianach widniały obrazy wszystkich mistrzów zakonu korony. Sufit zwieńczony był kopułą na szczycie, której wisiał złoty żyrandol z setkami świec. W pomieszczeniu stało kilkunastu rycerzy, ich oczy zwrócone były ku pięknie zdobionemu tronowi, na którym siedział wysoki mężczyzna z długimi blond włosami i krzaczastymi brwiami. Odziany był w srebrny napierśnik z herbem korony, po którym spływał krwisto czerwony płaszcz obszyty złotem, przy pasie rycerza widniał miecz inkrustowany drogimi metalami, ostrze broni obijało się o wysokie żołnierskie buty z cholewami. -Witaj bracie, jakie wieści przynosisz ze wschodu. Erland skłonił się nisko, tak, że jego rude włosy zasłoniły mu twarz i zamiotły marmurową posadzkę. -Norrish…Norrish upadło. Na sali rozległy się szepty. Nawet kamienna twarz Rothana, choć nie zmieniła wyrazu to pobladła znacznie.Wielki mistrz zakonu korony zerwał się na nogi. -Nie może być. Wykrzyknął. Młody rycerz postąpił krok do przodu. -To prawda. Zaczął-Jestem jedynym, który przeżył. Blond włosy mężczyzna zeszedł powoli ze stopni tronu. -Jak? Ryknął -Jak na demony przegraliśmy? -Panie, Horda pojawiła się z nikąd były ich setki tyśęcy i… zawahał się na chwilę-Były z nimi postacie w czarnych szatach, dosiadające błoniasto skrzydłych bestii, które swą wielkośczią przewyższały wszystkie znane nam stworzenia, a z ich paszcz buchały słupy ognia. Zapadła chwilowa czisza, po której padły słowa mistrza. -Powiadomić króla, sprowadzić wojsko z całego kraju. I wysłać gońców do Feanaoru I Khammar Naar.
III
-Nadchodzą rozległ się krzyk. -Nadchodzą. Elrand Starling pośpiesznie wspiął się na mury, na których czekał już na niego Rothan. -Spójrz. Powiedział wskazując palcem na horyzont, zza którego widać było nadchodzące armie zjednoczonych królestw. Na przedzie elfich wojsk szli khorriańscy łucznicy, w złotych zbrojach, których hełmy stylizowane były na orle głowy. Za nimi niczym wąż wiło się po drogach setki lektyk niesionych przez niewolników, w których siedzieli najznakomitsi magowie Feanaoru. Po chwili można było dostrzec również krasnoludzkie wojska nadchodzące ze wschodu. Na czele armii, na potężnej okrągłej…