Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 14 min czytania

Vivalt

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- ROZDZIAŁ I-

Nathan nadal biegł wzdłuż ścieżki, przyśpieszając i zwalniając co chwilę jakby chciał odzyskać choć trochę energii. Droga, którą biegł była niezwykle wąska, gdzieniegdzie w ostatniej chwili dostrzegał kamienie i kępy zielonej trawy. Liście drzew szeleściły coraz mocniej, gałęzie jakby w złości poruszały się pod wpływem wiatru, zaś niebo stawało się ciemniejsze, czasami tylko można było dostrzec jasny i niewyraźny błysk księżyca. Chłopiec tracił siły, po jego skroni intensywnie spływały krople potu, a nogi odmawiały posłuszeństwa. - Zostaw mnie, zostaw! - krzyczał głośno, ale z wyraźnym przemęczeniem. Nathan widząc duży konar drzewa, zboczył z wąskiej ścieżki i biegł przez wysoką trawę, chcąc jak najszybciej dotrzeć do starego drzewa. Schował się za konar, nadsłuchując kroków mężczyzny. Próbował wyciszyć swój szybki i głośny oddech, wdychając odrobinę powietrza jak ryba dusząca się bez wody. Kroki były coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Nathan schylił głowę, chowając ją pomiędzy nogami z nadzieją, że go nie zauważy. Mężczyzna musiał być tuż za konarem, gdyż chłopiec słyszał spadającą korę z drzewa. Nagle poczuł chłodny uścisk czyjeś dłoni. Dłoń trzymała go tak mocno, że Nathan cicho jęknął, po czym podniósł głowę i zobaczył jedynie czarne oczy. Usłyszał niski, głęboki głos: - Mam cię, jesteś mój! - potem była już tylko ciemność.

***

Nathan obudził się zalany potem. Otarł czoło, głośno dysząc. Spojrzał po całym pokoju, widząc te same pomieszczenie, w którym mieszka od czternastu lat. Podniósł się z łóżka i jak najszybciej z niego wstał. Najwyraźniej był sam, bowiem łóżko Woltera było zaścielone. Podbiegł do okna i natychmiast je otworzył, wpuszczając świeże, letnie powietrze. Nathan zamknął oczy i głęboko oddychał jak ptak wypuszczony z klatki cieszący się wolnością. Była środa, a miasteczko Rouen we Francji od samego rana tętniło życiem. Ludzie przechadzali się uliczkami, uśmiechając się do siebie serdecznie. Upalny poranek niezwykle dawał się we znaki robotnikom, którzy pracowali, naprawiając dach państwa Sourensów. Wysokie, zielone gałęzie drzew poruszały się powoli jakby obserwowały z góry i pilnowały porządku w miasteczku. Nathan oparł się o parapet i uważnie przyglądał się niezwykłe rodzinnej scenie w pobliżu kawiarenki „Caffe Club”. - Państwo Rainerowie - powiedział chłopiec. Nathan znał większość sąsiadów - ich imiona, nazwiska, wiedział czym się zajmowali, jacy byli. Nic dziwnego skoro w domu dziecka jest już od tylu lat, a obserwowanie ludzi z okna to jedyne ciekawe zajęcie. Chłopak tęsknił za bliskością rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym, gdy on miał zaledwie dwa lata. Pamięta tylko ich twarze z koszmarów, które niezwykle często mu dokuczają. Dzisiejszy sen też nie był najwspanialszy - mężczyzna w kapturze, goniący go po ciemnym, niemal czarnym lesie. Nathan jest chłopcem poukładanym, wrażliwym i niezwykle uzdolnionym muzycznie oraz plastycznie. Nie ma koleżanek i kolegów gdyż jest zamknięty w sobie. Nie ufa nawet opiekunce - pani Margarett, która okazuje mu dużo ciepła. Czasami dziwi się jak to możliwe skoro tyle narozrabiał. Potłuczony nowy komplet porcelany to najgorsza z rzeczy jaka przytrafiła się Nathanowi w ostatnim miesiącu. Zresztą to nic w porównaniu do rozbitych pisuarów w łazience. Chłopiec usłyszał znajome kroki za drzwiami. Są na tyle rozpoznawalne, że Nathan nie ma wątpliwości, że to opiekunka pędząca go obudzić jak co ranek. Otworzył szybko swoją szafkę z ubraniami i wyciągnął pierwszą lepszą parę spodni, niebieską, trochę zbyt krótką koszulkę w paski i brązowy sweter. Ubrał szybko, nie chcąc, by widziała go w piżamie. Miał nadzieję, że ucieszy się jeśli będzie gotowy na śniadanie, rekompensując jej wczorajszą wpadkę. Poprawił jeszcze szybko włosy i zawiązał czarne buty. Wziął głęboki oddech słysząc ciche stukanie do drzwi. „Pewnie myśli, że śpię, jak zwykle o tej porze” - pomyślał ironicznie. - Proszę! - zawołał spokojnie i przyjaźnie. Uśmiechnął się sztucznie, widząc wchodzącą Margarett męczącą się ze starymi, ma-sywnymi drzwiami na których wyrzeźbiona była twarz. Zrobił krok do przodu, przyglądając się jej uważnie. Nathan był w szoku, widząc ją ubraną odświętnie w długą, czerwoną suknię i biały gorset. Spojrzał w górę, podziwiając jej nową awangardową fryzurę, a następnie na samą twarz, która była wyraźnie umalowana. Jej mocno podkreślone oczy spowodowały, że uśmiech na twarzy chłopca pobladł ze strachu. Margarett wchodząc do pokoju, chwyciła lekko suknię i uniosła do góry robiąc kilka kroków do przodu, uważając żeby się nie przewrócić. Nathan co chwilę powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Jej wygląd przypominał mu kukłę Woltera, która wisi tuż nad nią. Spojrzał szybko, potwierdzając zgodność swoich spostrzeżeń. - Już wstałeś? Tak szybko? - spytała przygaszonym głosem opiekunka. - Tak, chciałem wcześniej wstać na śniadanie. - skłamał z premedytacją chłopiec, ści-skając za sobą ręce, by nie chlapnąć coś głupiego. - Dobrze, cieszę się. Dziś jak widzisz mamy ważny dzień. Do naszego domu dziecka przyjeżdża dyrektor z wizytacją. O 10.00 wszyscy muszą być w stołówce, gdzie wspólnie zjemy śniadanie. Wszyscy muszą się ładnie ubrać. - wyrecytowała na jednym wdechu kobieta. Nathan wysłuchawszy spojrzał na siebie, wiedząc, że Margarett ostatnim zdaniem coś zasugerowała. Pognieciona koszulka i postrzępiony sweter najwyraźniej nikomu się nie spodoba. Próbował jeszcze jakoś zakryć dziurę w swoim bucie odpowiadając jej szybko: -Dobrze zaraz się przebiorę i przyjdę. - obrócił się na pięcie, chwytając już za ucho od szafy. - Nie, nie przebieraj się, nie musisz. - spojrzała, mierząc go od dołu w górę - ty nie bę-dziesz na śniadaniu. - Jak to? Przecież mówiła pani, że wszyscy mają się wstawić i że dyrektor… - Nie, ty pójdziesz do biblioteki i poukładasz książki alfabetycznie, a te z podłogi odło-żysz na swoje miejsce - przerwała mu Margarett zanim zdążył dokończyć zdanie. Nathan poczuł się niepotrzebny jak miś, którego nikt nie chce przytulać, którego można odstawić na półkę, zapominając o nim całkowicie. Z wyraźnym zwątpieniem puścił ucho szafy i spojrzał w drewnianą podłogę, przyglądając się głębokiej rysie, którą wyrządził ostatnio, chcąc pozbyć się metalowej pokrywy od szafy. Chłopiec próbował powstrzymać łzy i dać wyraźnie do zrozumienia, że nie robi to na nim żadnego wrażenia. - To w ramach kary za potłuczoną porcelanę. Nawet nie wyobrażasz sobie ile kosztowała. - spojrzała groźnie ze zmarszczonym czołem. Nathan nie widział jej wyrazu twarzy, ale wyobrażał sobie jak z pogardą na niego pa-trzyła. Usłyszał dźwięk rzuconego klucza na stół po czym coraz cichsze kroki odchodzącej Margarett. Drzwi nadal były otwarte, a nasilony wiatr pędzący przez pokój rozdmuchiwał mu włosy. Odwrócił się ze łzami w oczach i spojrzał na mały kluczyk z literą „L” . Chwycił go ści-skając w ręku ze złością i skierował się w stronę wyjścia. Na holu panowało straszne…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Vivalt — czytnik · opowiadania