Akcja · 48 min czytania
Vorschman parala - bom (Forszman lapara - bom)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Vorschman parala – bom (Forszman lapara – bom)
A połyskliwe i cudne rzeczy były – ojojoj! Wszystkie wypadki zaczęły się dziać (a to raz wartko, raz leniwie i rozwlekle) w dzień, kiedy gazety napisały, że woda nie wyleje. Bo było tak: listopad się skończył i przyszedł grudzień. Święta były i wszystko w ogóle w dobrej kolejce (Sylwester, kac, etc.), tylko śniegu brakowało do spójności. Takeśmy sobie o to w brody pluli, że ostatecznie sypnął szczodrze w środku stycznia. A tośmy wtedy dopiero zaczęli psioczyć! Gdyby śnieg miał w sobie przynajmniej trochę pokory, mógłby się wytłumaczyć z lekkim zakłopotaniem: „miałem sypać – nie sypałem, nie miałem sypać – sypałem”, ale gdzie tam – phi! Śnieg? – Ani mu to postało w głowie. Nie uwierzycie: jak zaczął w środku stycznia, tak rąbał do połowy marca! Aż dziw, że nas za to z Unii nie wyrzucili, choć jej to może i na rękę, bo taki śnieg, to przysłania wiele nieprzepisowych obiektów, jak choćby psie kupki na skwerkach czy schodki kramików zachodzące na chodnik. No, ale tak: gazety napisały – nie wyleje. My wszyscy uradowani – jak nie wyleje to Jezus, Maria, Jezus, Maria – festyn, festyn, wielkie świętowanie! Tylko mi coś śmierdziało (i nawet to już nie te kupki, choć się ich pojawiło od groma przy roztopie), bo tak sobie ja myślę: „Po jakiemu to, że bywały mniejsze śniegi i wylewało, a teraz taki śnieg dupny, a nie wyleje?” Ale w gazecie mam czarne na białym, więc festyn, festyn!
Nie będzie powodzi Rolniku, spokojnie Woda nie wyleje W tym roku spokój Nie bój żaby, piwniczniku Unia obniża stopy potopowe Nasi w Iraku zabili turbanistę – separatystę, nie wziąwszy ani dolara, w podzięce dla prezydenta Busha za lobbowanie w sprawie polskiej suchości Górale podhalańscy: - Godoliśmy, panocku! Powódź – nie!
Tak w gazetach mniej więcej pisali. Ja sobie drzemkę popołudniową uciąłem, bo cały dzień ledwie na oczy widziałem i ostatecznie mnie zmorzyło. To zaś mi budzik dzwoni, co sobie go sam nastawiłem, bo rybki potrzeba mi było nakarmić. Wstaję tedy. Prawa noga – plusk. Lewa noga –plusk. Mieszkanie zalane. I tak zaczęła się niepowódź. Woda po kostki – bo na parterze mieszkam. Idę po te gazety, chcę się pocieszyć, że przecież nie wyleje (bo to, co to narobiło mokrego w mieszkaniu moim, to tylko niepowódź była). Patrzę – a tu gazety rozmoczone pływają, to podtapiają się, a piruety na wodzie i pod wodą kręcą, mówiąc jakby: „pimpi – rimpi, gówno!” Jakie szczęście, że to nie powódź, a tylko niepowódź, pomyślałem. Oj, gdybyż to powódź była, to musiałbym przecie manatki już pakować i na wyższe piętra wchodzić! Jakie szczęście, że to nie powódź. Gdyby to (jednak) była powódź, już mógłbym straty szacować i zaczynać szukanie ekipy remontowej. Ale, Maiestas Domini, szczęście, radość, bo nie powódź, a niepowódź. Ha, ha – woda już po pas – mokro! Zabawne, mówię, czuję się jakby powódź – hi, hi, ale heca! Tak mnie to już pod kark zaczęło z wolna podchodzić, że mi się zachciało sprawdzić, co słychać na pierwszym piętrze. Wszedłem zatem na pierwsze piętro, a tam Grocholscy na walizach przycupnięci, ale jak tylko zmiarkowali, że idę, zaczęli udawać, że to niby biwakują. No, dobrze – przyznam się – ja z kolei udawałem, że dla zdrowia się przechadzam tam i sam po schodach. Takeśmy czas jakiś spędzili – oni wyciągnąwszy kanapki, zajadali, a ja drałowałem w tę i nazat, dopóki schodów nie zalało. Już nie miałem jak chodzić, a w nurkowaniu nie byłem wprawiony. -Ech, mokro, mokro, ale dobrze, że to aby nie powódź – odezwałem się do Grocholskich. -Ano, prawda, myśmy też się bali, że jak to stopnieje, to się narobi wielkiej wody, ale jak my w gazecie przeczytali, że jednak nie, to od razu nam się weselej zrobiło, żeśmy tak od razu na piknik się wybrali – wyjaśnili Grocholscy. -Ha, ha – to faktycznie miło. A mógłbym się do zabawy przyłączyć, bo, widzą państwo, tam u mnie już mi się mierznie?... -Oczywiście, prosimy – zgodzili się. Bawiliśmy tedy na pierwszym piętrze do czasu, aż nam mokro nie zaczęło się robić. Wtedy Grocholscy zaproponowali: -Może by my zobaczyli, co tam Kraniuki na drugim piętrze robią, bośmy z nimi dłużej już nie gadali? -No można by się przejść... – odparłem, że niby tak od niechcenia, ale w rzeczywistości z dużą ulgą. Pozbierali swoje manatki, nieco już ociekające i poszliśmy na górę. Tam zaś Kraniuki drabinę przystawiali do właziku, przez który wychodziło się na dach. Spostrzegli nas i natychmiast pośpieszyli się tłumaczyć: -Ooo, witamy miłą sąsiaderię! My właśnie kupiliśmy nową drabinę i tak patrzymy, czy aby sięgnie, jakby kiedyś na dach potrzeba było wyjść, antenę szturchnąć, co by dobrze odbierała, albo co... -A tak, to racja, bo to czasem jak wiatr zawieje, to w rzeczy samej obraz skacze! – odpowiedzieliśmy z Grocholskimi. I zaległa cisza. I tylko szum – szum, a szum – szum, a plusk słychać było – to woda wzbierała i już na półpiętrze między piętrem pierwszym a drugim była. Tak ja stoję, na tę drabinę patrzę i oni stoją, i na tę samą drabinę również patrzą, i tak po sobie raz po raz spozieramy, a się niezręczność taka jakaś wywiązała, bośmy stali i patrzeli jak dwa lata wstecz, a wiedzieć trzeba, że dwa lata wstecz, to powódź była! Tak bardzo powodziowe stało się to stanie, że przy nerwach moich słabych nie stać mnie było, aby tak stać i stało się to, co stać się musiało – wykrętnej poszukałem formy. Mówię do nich: -Połysk ładny ma ta farba na drabinie, no! – I wtem własną gafę przyuważyłem, bo drabina nie dość, że stara, to jeszcze drewniana i niczym nie kryta. Myślę sobie – za wariata mnie już mają, zaraz wyśmiać gotowi, ale odpowiedzieli mi Kraniuki z Grocholskimi: -Ano, pięknie się szkli! Skoro pięknie się szkli, to niechże i tak będzie, pomyślałem i dalej staliśmy, tylko jeszcze brody rękami wsparłszy, poczęliśmy głowami kiwać z ukontentowaniem, niczym wyborowi koneserzy – drabinierzy. Tymczasem woda, schodek po schodku, przybierała, aż już wnet miała i podłogę na drugim zalać piętrze. Diabli, pomyślałem. „Diabli”, wyszeptałem do siebie. -Hoh, paczta, jaka miła wodziczka podeszła! – przemówili Kraniuki i buty zdjąwszy, poczęli nogi w niej moczyć. Hi, hi, ładny koncept, przyznać muszę. I ja pośpieszyłem moje nogi zamoczyć w tej wodzie, a Grocholscy nie pozostali z tyłu. Tak siedzieliśmy wtedy na ostatnim stopniu, przebierając nogami w lurowatej toni i nawet figle i figielki pewne poczęły kiełkować, jak to zawsze przy okazji zabaw z wodą i w wodzie bywa – bo to raz po raz Kraniuki Grocholskim prysznic zafundowali, to znowuż Grocholscy mnie podtopić próbowali (ale ha! Ha! – niewładni!), a i ja nikomu dłużny w tych psotach nie pozostawałem. Siedzimy, siedzimy na tym ostatnim stopniu, wtem mi się robi pod tyłkiem mokro. Zsikałem się? Ale nie – patrzę – oni też już w wodzie siedzą, a to znak niechybny, że poziom znów się podniósł. Jak przy powodzi wszystko – dosłownie ta sama nuta! Święty Józefie, jakie szczęście, że to tylko niepowódź! Już to brodzenie, pląsanie mniej przyjemne się stało, bo po pas wnet nam tej wody było i zaczęło się zimno robić. Ale siedzimy dalej – żeby nie było! Tylko nam się w myślicielskich grymasach mordy wykrzywiły, bo naprędce poszukać jakiegoś wyjścia z owego zimno – pląsu potrzeba nam było. Palce mi już kostnieją, mówię – strzelę na ślepo, może się coś zrodzi sensownego. -A „Dziennik” państwo wczoraj oglądali? Chwila milczenia – nic. Nic? Krum – bara, krum – bara, krum – bara, z głowy para! Milczenie. Sturba jego suka, jakby to powiedział Witkacy. Krum – bara, krum – bara, krum... I nagle zaskoczyło! -A nie! My nie mogli patrzeć, bo nam obraz się spitrasił! Nic my nie widzieli, nic! – ozwali się Grocholscy i już mieliśmy formę. Zaraz pośpieszyli Kraniuki proponować, abyśmy wyszli na dach coś temu zaradzić, na co z kolei zareagowano wielce ochoczo, jako że już do końca lamperii sięgała woda i – generalnie rzecz biorąc – było niedobrze. Jedynym pocieszeniem pozostawał fakt, że nie wyleje. Nie wyleje, Jezus, Maria, Jezus, Maria, nie wyleje, nie wyleje, nie wyleje, krum – bara – stum! No i byliśmy na dachu. Tam pełno ptasich placków, znaczy tych takich białych plamków, co to nikt im nazwy nie wymyślił, a nie są godne miana gówna. A na inne dachy wokół też już ludzie powylegali i wszyscy anten uczepieni, nimi kręcą, wywijają, zerkają z bliska i z daleka, niby konstatacji jakiej dokonując. I gmerają, poprawek dokonują i coś ciągle niby że nie pasuje, niby że nie gra, a byle dłużej zeszło poprawiają i poprawiają, i – co czas jakiś – odwracają się, by zerknąć, czy przypadkiem inni już nie poniechali anten sztelowania. Ale gdzie tam! Niektóre już połamane, powykręcane, ale oni tylko je w jakieś szpary między dachówkami pozatykali, że niby się trzymają i dalej kręcą. Nasza antena mocna była, tośmy jej nie wyłamali, ale obmierzłość zaczęła nas dopadać, bo – i owszem – niemałą garstką byliśmy, że mogliśmy się przy okręceniu owym zmieniać, ale i tak już było po jakimś czasie dość, dość i za dużo, za dużo. Zmierzchać poczęło i już ludzie na dachach tu i ówdzie padali – głównie jednak tam, gdzie tylko jeden albo dwóch z anteną się mocowało. Myśmy dzielnie Częstochowy bronili, choć już i nas morzyło, a ze szczególnym względem na Kraniuków, którzy – o ile mi dobrze wiadomo – nawet kimnęli parę minut. Ja już myślałem, że oto piekło, gehenna, wieczne potępienie, albo jeszcze jaki grzyb, ale przyszło wybawienie, a to z dachu piątki (znaczy się bloku nr 5 przy ulicy imienia słynnego poety – metafizyka barokowego, Ślizgomira Zdęba). Bo tam anteną kręcił taki Łysy (czyli mesjasz w naszym małym zbawieniu) z rodziną i sąsiaderią całą, i ani na jotę ich to nie ruszało, bo takie ich mrówczę się na dachu roiło, że średnio po pół obrotu na łebka chyba wychodzić musiało, ale wtem – siadają, dychają, dalej pracować ani myślą. Rzecz precedensowa – a i bezprecedensowa (bo to taki fikuśny jest paradoks, że – zważcie – jeśli coś chce być precedensowe, to jednocześnie musi być bezprecedensowym!) – a już wiemy, jakie konsekwencje pociągają za sobą precedensy – każdy by się tylko na nie powoływał i z precedensu wnet robi się kanon. Tak się też stało na naszym osiedlu i nawet się w czoło podrapać nie zdążyłem, jak już wszyscy siedzieli i dyszeli ciężko a sapali na dachach, od roboty precz się odżegnując. -Kanapki, orzeszki, Insze Zakąski, trunki, Pomniejsze Usługi Erotyczne dla kogoś z państwa? – to podpłynął do nas na tratwie taki Koślawy, co to zawsze pierwszy był przy każdej sposobności kombinować, realizując ideę, aby zarobić, a się nie narobić. -Dziękujemy – odparliśmy. -Może jednak, skoro państwo już na biwak wypełznąć raczyli, znaczy – się wybrać, to wartałoby czas umilić, na innej nucie zagrać, coś... -Ale my pieniędzy nie wzięliśmy. -A, to niestety – rzeczywiście nie mam nic do zaoferowania państwu – powiedział na głos, a potem nachylił się, wspierając ramię o kant naszego dachu i powiada dalej po cichu: - A kij, a grzyb, ja wiem, że wy nie na biwak i wy wiecie, że ja też tak tylko, żeby... no ten... -Pan już lepiej płynie dalej – ponaglili Grocholscy, wyraźnie przelęknieni tym, co mógł był rzec. On zaś skinął, westchnął ciężko, ale ze zrozumieniem i odepchnąwszy się od dachu, podryfował dalej. Już miesiąc zaszedł i psy się utopiły, a my siedzieliśmy na tym dachu daremnym, daremność smakując i tylko Kraniuki między sobą zamieniali zdawkowe uwagi i przypełzła taka sroga, taka straszliwa żadność (bo zimno było, oddech nieświeży miałem i wody przestało przybywać – że już nawet trwoga za rozrywkę nie mogła mi służyć), w której to żadności człowiek może z całym przekonaniem stwierdzić, że już nic się nigdy nie ruszy ani w przód, ani nawet – diabli – w tył! I odratowało mnie tylko to, żem był padnięty. Zasnąłem. Obudziłem się nad ranem – zdaje się, koło czwartej – i to był jeden, jedyny wśród owych wypadków tamtych dni raz, kiedy obmierzłości i żałosności mnie na moment odstąpiły, a trochę mogłem sobie zafundować wzruszenia (mylnego?), bo oto wszystko spowite było całkowitą ciszą, woda stała spokojnie, powietrze chłodne i rześkie, no i słońce – kolos o cielsku różowym – wspinało się na piedestał, a i rozlewało po świecie nawodnym ślizgiem – trochę jakby krwawiło, ale jednako krew z niego nie schodziła. I wtedy ujrzałem wielką nierozerwalność kuli tej i jej krwi, bo gdy z różu w żółć zaczęła się ona obracać, to i krew tę samą kameleońską sztuczkę wykonała i pomyślałem, że diabli, diabli, Jezu Chryste – mógłbym naraz zejść, mógłbym wyparować, wszystko bym mógł, a nierozerwalność pozostanie, jak i była przede mną i po mnie będzie. To znowu mnie zachwyciło, a zaraz potem trwogą taką zdjęło, żem pobudził Grocholskich i Kraniuków, bo mi straszno się zrobiło samemu (nie – śpiącemu) przy tej wielkości i żadność mnie zaczęła znów płachtą swoją przykrywać, tyle że już wiedziałem, że żadność nie jest wszechmaterią, tylko we mnie samym siedzi i wyleźć nie omieszka przy każdej okazji. -Zdawało mi się – mówię do nich, bo jakoś musiałem im tę pobudkę wyjaśnić – że antenę nam ukradli, ale nie – to tylko taki mój półsenny majak... Możecie dalej spać. I poszli spać, ale to mi wystarczyło – ta chwila ichniego niespania – aby już rozmyły się myśli o żadności wraz z ich przerażającą jasnością i tylko swąd pewien pozostał po nich, albo ucisk na skroniach, jako taki niby – kac. Na innych dachach zaczęli wstawać, Koślawy znów na tratwie krążył po osiedlu, a Łysy ze swoimi kąpieli zażywał. Moi sąsiedzi też się wnet wybudzili, już teraz sami i zaczęli się przeciągać i ziewać (a nad wyraz długo, żeby więcej czasu zeszło, żeby nudę zabić). Czas jakiś później siedzieli Kraniuki na skraju dachu i nogi moczyli. Podszedłem, usiadłem i też nogi zamoczyłem. Milczenie było. A potem się ozwali w te słowy: -Nie ma, panie, lekko. Jedynie, że nie wylało, to się cieszyć można... I prawie jak raz na dachu siódemki zerwał się jakiś mężczyzna wieku średniego; ryknął co sił: - Panie, zmiłuj się! Powódź straszliwa! My – znaczy się: społeczności na dachach – zaraz na kolana wszyscy padliśmy, tylko jęki słychać było różne, jako to np.: -Obłąkaniec, zszedł z rozumu! -Boże Święty, miej litość nad jego duszą! -Wariat, wariat, niechże go spętają. -Spętają, nie spętają – i tak już opętany został przez czorta! Ale mnie w tym naszym świętym klęczeniu, wzburzeniu, przejęciu jakaś niepewność, nieufność naszła i głowę podniosłem – zacząłem po ludziach baczniej zerkać i spostrzegłem, że i inni (co poniektórzy, rzecz jasna) też głowy dźwigają i po innych się patrzą. A wraz – powstawać kolejni zaczęli, podnosząc larmo o powodzi! Ja dalej klęczę, bo – myślę sobie – przecież w gazecie wyraźnie stało (i to nie jednej), że nie będzie żadnej powodzi. Żadnej. Żadnej, żadnej, żadnej, żadność – też wstałem! Ale cóż to? – Wszyscy już wyprostowani wkoło mnie, już nikt nie jest obłąkany, już stanie weszło jako oficjalny kanon normalności... I znów się to rozmywać mi wszystko zaczęło, znów takie niechcenie, nie w tę, nie w tę, nie to, nie tamto, takie nic, takie phi i coś tam i ktoś tam, ale nic... A, mam – bo to (dopiero po chwili do mnie doszło) grzmiał z piętnastki dachu taki jakiś Dziad, po kaznodziejsku zaciągając: -Straszliwa na nas zeszła niepowódź, o, Jahwe, jakaż straszliwa niepowódź! No właśnie! Straszliwa to była niepowódź. I o co tyle krzyku, po co tamten patos i szaleństwo? Niepowódź, tyle że straszliwa – ot co! Przysiadłem na kominie. Tymczasem ciało martwe tego wariata, co pierwszy się miotać począł, dryfowało w siną dal, twarzą w wodzie, lekko czasem się na bok przekipując. Kto ukatrupił? Sam się rzucił w toń? Diabli? Pimpi – rimpi, gówno. Potem przyszła nuda, aż do godziny bodajże szesnastej, bo oto patrzę – płynie ku nam drewniany domek, taki jak na drzewach się dzieciom buduje, co by (jak to dobrze z amerykańskich filmów wiadomo) miały gdzie świerszczyki chować, a i wszystkie dziwności i przedziwności, które spotkają, znajdą, wywołają, wyczarują etc., etc… Nic mnie tam na tym dachu z Kraniukami i Grocholskimi nie trzymało. Pomyślałem, że nie będzie tak całkiem głupim konceptem dokonać abordażu na pokład, co też, nikomu się nie tłumacząc, uczyniłem, kiedy przepływał domek w całkowitej bliskości naszego bloku. A tam w kącie skulony, przyczajony, siedział mężczyzna, w spodniach jak od młodszego brata, koszulce tak samo przymałej, z szelkami zielonymi, chudy, o włosach nieuczesanych, tłustych, krótkich, a bosy był. Nieswojo mi się zrobiło, bo nie mogłem się spodziewać, że domek jest zajęty i poczułem, że dokonałem wtargnięcia, że jestem niepożądany w tym miejscu. Zanim jednak to sobie wszystko dobrze uświadomiłem, wypłynęliśmy niesieni nurtem z osiedla, a tam już tylko rozległe połacie pól, wszystko na kilka metrów nie zalane wodami niepowodzi i za późno było na odwrót. Musiałem się zaznajomić, a choć jeszcze nie zamieniłem z jegomościem ani słowa, już żałowałem, żem na tę barkę osobliwą wskoczył. Cóż jednak było robić: -Dzień dobry, mi wielce głupio i ja bardzo przepraszam za to najście, ale nie przypuszczałem, że ktoś tutaj może być – gdybym wiedział, to zostałbym tam na swoim dachu. Tj. nie żeby pan mi wadził, tylko raczej ja panu... Aj, zresztą to pański domek, ja przepraszam, że w ogóle dokonuję zestawienia pańskiej osoby z wadzeniem, toż niedorzeczność, ja upraszam o niebaczenie na te moje tam one te... – ale on siedział, nie zmieniając pozycji ani wyrazu twarzy i zdawał się mnie w ogóle nie słuchać. Doprawdy zacząłem sobie własną głupotę wytykać. Potrzeba mi to było się na te dechy ledwie sklepane pchać? A mógłbym tam teraz spokojnie i wygodnie, chociaż i może nudno, z Kraniukami i Grocholskimi siedzieć, anteną czasem pokręcić, słowo wymienić, albo i nie. Mnie się żeglugi zachciało! No to miałem – domek, szajbus i ja. A on ani słowa. Ja wpierw pomyślałem, że on może taki srogi, nieubłagany i zimny, że na moje gęste tłumaczenia niby nie zważa, ale wreszcie zrozumiałem, że tylko wariat. A on siedzi. Ja dalej nie przestawałem się tłumaczyć, ale jak grochem o ścianę. Po jakimś czasie poniechałem zabiegów i usiadłem po przekątnej do niego, bo nie bardzo mi się uśmiechał sposób, w jaki przechylona była barka. Chwilę siedzimy tak, milczymy, a tu nagle on przemówił! -Wasal twojego wasala nie jest twoim wasalem! -Słucham? – bardzo zależało mi, aby podtrzymać rozmowę, jakkolwiek absurdalna miałaby ona nie być. -Wasal twojego wasala nie jest twoim wasalem. -Tak, to wiem, znaczy: to już słyszałem, ale co to ma wspólnego z tą sytuacją i w ogóle?… -Wasal twojego wasala nie jest twoim wasalem. Pięknie! Już wolałem, jak się nie odzywał. Do diabła z tym, że nie było cienia szansy się dogadać – dało się pogodzić z takim stanem rzeczy w miarę prędko – ale ten drań, skurwiel, zagwazdraniec jeden skurczysyński nie miał bynajmniej ochoty przestać. I tak już od tej pory klarował mi uporczywie – bez wytchnienia – że wasal mojego wasala nie jest moim wasalem. Nauka wcale światła i dobra (pożyteczna!), ale dość, dość! Nie płynęliśmy długo, ale nerwy moje były na wyczerpaniu. To było gorsze niż jakby mi kto puścił dwie melodie w innych tonacjach i innym rytmie – jedną do lewego, drugą do prawego ucha. Znalazłem wszystko, co trzeba było – świerszczyki, papierosy, żarcie, gadżety ze sklepu z głupimi rzeczami, nawet trochę wódki, ale nie mogłem oddać się żadnej rozrywce, bo ten mi tam brzęczał i brzęczał. Wziąłem piłkę, chciałem mu zasadzić, rzuciłem – pudło. Odbiła się od ściany i wyleciała przez drzwiczki. To też podsunęło mi myśl prostą, acz genialną, z której realizacją nie myślałem ani chwili zwlekać. Podniosłem się, uchwyciłem natręta za fraki i wywaliłem za burtę. Zaraz mi ulżyło, weselej zrobiło się na duszy, począłem sobie jakieś szanty nucić:
Żeglujże, żeglarzu, całą nockę po morzu...
Wyjrzałem też przez okienko, pełną piersią odetchnąłem. Ależ mi było cudnie przez tę chwilę! Ale cudność cudnością by nie była, gdyby w mig się nie rozmyła (szkaradny rym, ale zostawię). Tam – o drzewo jakoś pokracznie zahaczony, zakotwiczony – cumował ten trup, znaczy się: zezwłok po tym wariacie, co mu się roiło, że powódź. No i coś mnie znów podkusiło (widać, taki dzień), bo niewiele myśląc, wyskoczyłem z domku i pieskiem podpłynąłem do drzewa i trupa. Wtedy dopiero ujrzałem siebie w całej niedorzeczności owej sytuacji. No i co? Trup drzewa uchwycony, ja trupa i tyle, cóż tu dalej począć? Po cholerę wyskakiwałem? Mówię sobie – trupa przynajmniej obejrzę dokładniej nieco. Przewróciłem go na plecy, ale przez to puścił się drzewa i podryfowaliśmy parę metrów. Teraz to ja uchwyciłem się konaru jedną ręką, drugą ściskając kurczowo zezwłok, by nie uszedł. Jakoś udało mi się go „zapleść” pomiędzy gałęziami, że już nie potrzeba mi było aż tak baczyć na każdy ruch wody. Oglądam go, podziwiam, obmacuję, patrzę – coś białego mu spomiędzy zaciśniętych szczęk wystaje. Próbuję je rozewrzeć, ale nic – szczękościsk jak jasny gwint. Walę go w kark, bo wydało mi się, że tym sposobem może puści, ale kaszana (żeby już nie tragizować, popadając w Kaszanę). Głupota moja przywiodła mnie do ostateczności – uszczypnąłem go w lędźwie, jak to się podszczypuje ludzi, gdy się chce, aby śmiesznie podskoczyli. I – eureka – roztwarł! Czym prędzej wyjąłem białe, a była to kartka papieru. Pośpieszyłem ją rozwijać, chociaż i to nie było całkiem łatwe, bo tak rozmoczona była jego śliną, że mogła mi się w każdej chwili rozpaść, do czego nie mogłem dopuścić w nadziei, że coś będzie na niej napisane. I nie przeliczyłem się. Atrament był mocno rozmazany, ale literka po literce, słówko do słówka, coś, coś, już migoce, już powstaje... O, to, to – o, tirli, tirli – o, psium, sium – o, kurwa! „Wasal twojego wasala nie jest twoim wasalem”! Pimpi – rimpi, gówno. To mi wszystko intrygą zaczęło zajeżdżać i żałowałem, że tego głupka wywaliłem za burtę. Z drugiej zaś strony, nawet gdybym nie wywalił, to na nic by mi się to nie zdało, bo barka i tak już dawno odpłynęła i właściwie każde rozwiązanie było do niczego. To było jak taka cholerna kostka rubika – zbliżysz się do spójności z jednej strony, z innej wszystko się rozchrzania. Takiemu człowiekowi jak ja nigdy nie przydarza się komfort trzymania za wszystkie sznurki. Trup tymczasem znów zaczął odpływać, ale już na nic nie był mi potrzebny, więc go puściłem wolno. Ja trwałem uczepiony drzewa, ale noc powoli zaczęła zapadać, więc postanowiłem wspiąć się tam, gdzie jeszcze woda nie dotarła, bo nie w smak mi był reumatyzm. Była pełnia, przeto już z oddali dostrzegłem kształt z wolna zbliżający się do mojego drzewa. Mężczyzna – stary, o długich, siwych włosach, chudy, w łachmanach jak nie z tych czasów. Dopłynął, wyraźnie wycieńczony, pomogłem mu wgramolić się na jeden z konarów, o nic nie pytając. Podkurczył wychudłe nogi o pomarszczonej skórze, drżał. Chętnie odstąpiłbym mu część mojego ubioru, ale sam cały byłem przemoczony. Dopiero po jakiejś chyba godzinie spojrzał na mnie przenikliwie, ale nie strofująco i odezwał się w te słowy, by się wytłumaczyć (co też mi wielce do gustu przypadło, bo dość już miałem wariatów): -Ja do wody wpadłapł... – urwał nieco dziwnie, ale pomyślałem, że to w wyniku zmęczenia – siedziałem – uważa pan – na dachu i się trochę kołysmak... – znów takie ucięcie, urwanie dziwaczne, ale nic nie mówię, słucham dalej. – A tam się – pan zważa – takie chłystki, bajtle, kurwy bawili i coś im do łbów strzeliło, mnie od tyłu zaszli i wypchnywaszżż... Słów mi było brak. Dziwaczna zaiste mowa jego była, dziwaczna. Każde zdanie zaczynał zwyczajnie, gadał zwyczajnie, ale na koniec spełzało ono na niczym – na niezręczności jakiejś, niedokończoności, wynaturzeniu, niepoprawności – tak nijak, tak srak, wspak na bakier, ni w dziób... -A pan