fantastyka · 14 min czytania
W 885 lat po końcu świata.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kiedy upadł, rozbijając nerwowo falującą powierzchnię kałuży, echo strzału dopiero rozpoczynało swój taniec między ścianami budynków. W normalnych warunkach lodowata woda wzbudziłaby w nim nieprzyjemny dreszcz, strzałą lodowatego zimna przebijając koszulę. W tamtej chwili tego nie czuł. Widział ostrzej – niezwykle wyraźne cienie, kształty kropel deszczu, szeroko otwarte oczy szalonej kobiety. Słyszał dźwięk żwiru, drażnionego podeszwą buta. Słyszał swój krzyk, który skojarzył mu się bardziej ze zwierzęcym wyciem, kaszlnięciem. Tafli wody, którą wzburzył upadając, zupełnie jednak nie poczuł. Przymknął powieki i walczył z zalewającą oczy czerwienią, soczystą, wyraźną, dojrzałą jak zachodzące jesienią słońce. Jednocześnie łapał myśli. Surrealistyczne, dziwne. Rozlewająca się po plecach i piersiach krew ogrzewała zmęczone ciało. Była (przyjemnie) gorąca. Pomyślał, że czule tuli go na pożegnanie. Przez zamknięte powieki wyobrażał sobie opętańczą mimikę kobiety, która zamierzała całą noc tańczyć nad jego zwłokami. Jednocześnie czuł, że odpływa, że jego krzyk pomieszany ze śmiechem zabójczyni odsyła go w głąb czerwieni, dając niezliczone, nieopisane możliwości. Wiedział, że zyskuje wiele czasu, nieprzeliczalnego i płynącego zgodnie z własnymi zasadami. Wydyszane przez kobietę, dawne, nic nie warte zaklęcia zepchnęły go wtedy w głąb… czegoś.
Tym samym zostawił moknący na deszczu rewolwer, rozsypujące się kontenery, wyjące smutną pustką okiennice sąsiadujących budynków samym sobie. Zostawił starą kobietę, śmiejącą się w małej, bocznej uliczne dawnej Alei Dwudziestej Drugiej. Oddalił się od przysypanego ostrym jak szkło, mokrym żwirem miasta, które otaczało jego ciało. Pozostawił rok 894 Kolejnej Ery niedobitkom ludzi i zwierząt. Ciągnącej się kilometrami pustyni. Sam zaś wybrał się w swoją ostatnią podróż. Podróż, której oczekiwał od jakiegoś już czasu. Gwiazdy świeciły nad jego ciałem, kiedy umierał.
Wtedy jakiś głos wewnątrz… (Howard…- Moje imię, Howard K. Hatecraft) …zmusił go do otrzeźwienia. („Głosy brzmiące jak własny głos, gdy odzywają się w głowie najczęściej należą do tych najbardziej obcych, najstraszniej niepożądanych”) Widok był wyraźny, tak wyraźny, że kolory raziły go w oczy. Chciało mu się wymiotować, gdy patrzył na pulsujące życiem, niemal poruszające się przedmioty. Zniknęła mgła, towarzysząca mu przez wszystkie wcześniejsze lata, mleczna mgła zasłaniająca widok, rozmazująca kontury przedmiotów. Bolała go klatka piersiowa. Znacznie jednak mniej niż kruszony tępymi uderzeniami tył głowy. Kruszony na tyle sumiennie, że skłonny był uwierzyć, że właśnie przebudził się z długiego, nieprzyjemnego snu.
Zmusił się, by strzepać z powiek resztki hipnotycznego zamyślenia i rozejrzeć się dookoła. By zauważyć zniszczony blat stojącego na środku pomieszczenia stołu, wyścielone w kącie, nadgnite koce i piasek. Niepokojące ilości przesypującego się po całym pomieszczeniu pustynnego żwiru, nieprzyjemnie szorującego ściany, haczącego o podłogę. Pomyślał, że niedługo trzymająca się jeszcze ścian farba zupełnie zejdzie. Odsłoni nagie, pomarańczowe mory. Pomyślał, że wygląda tu jak w hotelowym pokoju w miasteczku Silent Hill. Miasteczku które mieściło się w „niegdyś” zupełnie innym, niż jego dzieciństwo. Skupił się, by zrozumieć, że siedzi na dużym, miękkim, świecącym zielenią fotelu, obejmując podkurczone pod siebie nogi. W pierwszej chwili nie dostrzegł spoglądającej na niego matki. Nie zauważył też, że jego umysł przeżywa bolesne deja vu, po raz drugi miotając się po dniu, w którym umarł jego ojciec. Czuł w sercu coś na kształt stanowczego uścisku, jednak wydawał się on na tyle odległy (jak jego ciało), by nie był bolesny. By był w stanie o nim nie myśleć. Śnił, lecz oczywiście nie mógł o tym wiedzieć. Umierał, chociaż nie zdawał sobie z tego wtedy sprawy. Dlatego po jakimś bliżej nieokreślonym czasie zmusił się, by wyjść na powietrze. Zignorował spoglądającą na niego kobietę - jego matkę, tak jak robił to często. Nie mówiła od wielu lat, a on pozwolił jej kolejny dzień spędzić na obserwacji wędrującego po pomieszczeniu piasku, wypełniającego powietrze pustką.
Miał na powrót trzynaście lat. Moment w którym ciepłe, drżące z gorąca (lub utraty krwi) powietrze uderzył go w twarz, okazał się wystarczająco niesamowity, by powracać co jakiś czas, mącąc wątłą chronologię rozgrywających się jednocześnie wydarzeń. Howard rozglądał się dookoła widząc miasto, jednocześnie wiedząc, że jest gdzie indziej. Nie na szaro-żółtym, ulicznym asfalcie, nie pod płóciennym niebem, a w barze swojego ojca. Patrzał na prawie doszczętnie zasypane chodniki, piaskowe zaspy tulące się do ścian i dachów budynków w sposób, jaki pamiętał z dzieciństwa. Kiedy jeszcze deszcze nie padały tak często. Patrzał, jednak słyszał echo własnych kroków, stukających o drewnianą barową podłogę. Słyszał nieprzyjemny, zniekształcany przez oddechy mężczyzn dźwięk klawiszy. Rozpoznawał „Imagine” Lennona, albo Jamesa Maynarda. Wiedział już, że nigdy nie zapomni tej melodii. Tak przecież przyjemnej, a tak zimnej i ostrej tamtego dnia. Howard zamknął oczy, zmieniając tym samym intensywność czasu, a gdy je otworzył był już we właściwym miejscu. Wciąż czuł na twarzy ciepłe, uliczne powietrze. Nachylał się, przechodząc przez okiennicę – drzwi wejściowe – do zasypanego niemal w połowie, betonowego budynku. Do baru „Koniec świata” (jak wiele potrzeba było dystansu, by pić w barze pod taką nazwą). Dźwięk dopasował się do obrazu.
Chłopiec usiadł na purpurowej pufie, uśmiechając się do zarośniętych mężczyzn w kapeluszach mocno nasuniętych na czoła. Czoła pomarszczone i spłowiałe od suchości powietrza, obijających się o skórę ziaren piasku i oleistej wody czerpanej z prymitywnej studni w środku miasta. Wzrok sam powędrował mu ku twarzy jego ojca, ponownie przygniatając go uczuciem ogromnej odległości między jego umysłem, a ciałem. Patrzał na sztucznie pogodną twarz człowieka nalewającego najgorszej jakości wódkę do porcelanowych kieliszków (jak mogły przetrwać tyle czasu?). Przypatrywał się swojemu ojcu z beznamiętną pustką w oczach, których nawet nie potrafił wtedy kontrolować. Gdyby mógł w nie spojrzeć (wiedział, że w jakiś sposób byłby w stanie), prawdopodobnie pomyślałby o zimnych, błękitnych (jego oczy muszę być teraz czerwone…) oczach rewolwerowca Rolanda z komiksu, który znalazł w jednym z opuszczonym mieszkań w centrum. Słuchając hałasu (tak innego od panującej w domu i na ulicach ciszy) zauważył, że boi się rozmów. Nie panicznie, lecz tym absurdalnym lękiem, jaki małe dzieci odczuwają przed potworem z szafy i który mija, kiedy ktoś zapali nocną…