Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 11 min czytania

W Bagażniku

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział IV W BAGAŻNIKU

Leonard ocknął się z ciężkim bólem głowy, a dokładniej twarzy. Ostatnim, o czym pamiętał był widok podeszwy markowego buta zmierzający ze zdumiewającą prędkością w kierunku jego twarzy. Ninja otworzył oczy i z przerażeniem odkrył, że jest zamknięty w jakimś ciasnym pomieszczonku. W dodatku dzięki obserwacji odkrył, że zarówno ręce jak i nogi ma dokładnie skrępowane liną. „Cholera!” – pomyślał. W około było okrutnie ciemno. Nie padał nigdzie żaden promyk słońca, czy innego sztucznego oświetlenia. Nagle podskoczył. Lecz nie on, a całe pudełko, w którym przebywał. Odkrył, że wszystko zaczęło się trząść. Powoli po stanie uśpienia wracał mu rozsądek i daleko zasięgowe wspomnienia. „Brodaty Czopku Mistrzu Ludów Lewazyjskich!” – krzyknął w myślach gdy doszedł do pewnego wniosku. Na sto procent znajdował się teraz w bagażniku pędzącej karety. „Przeklęte dziady! Co oni mają za metody?!”. Poruszał lekko rękoma i z potężną zgrozą odkrył, że odebrano mu jego modną, ekskluzywną, skórzaną torbę, oba piękne miecze, pierścień, który przywłaszczył sobie od podziurkowanego kupca oraz całą prywatną korespondencję, której treść tak bardzo chciał zgłębić. Ku narastającemu zbulwersowaniu odkrył, że odebrano mu także całą sumę pieniędzy, którą miał przy sobie. „O rzesz ****! Już ja dorwę tych *****, ****, ******* i ***** oraz *******, a wtedy *****, albo ******!” – Leonard był tak zdenerwowany, że walił obelgami, których nawet czarty otchłanne starały się nie używać – „Moja forsa! *****, ***** i *****!” Gorączkowo zaczął się szarpać. Gniew znacznie zwiększył jego siłę fizyczną i udało mu się nawet poluzować krępujące więzy. Kiedy wreszcie dał sobie spokój wyczuł w kieszeni jakiś kanciasty przedmiot. Ostrożnie wyjął go na wierzch. Okazało się, że nadal posiadał ten piękny korsarski sztylet od Czarnobrodego. „Oszuści! Złodzieje! Darmozjady! Nie chciało wam się mnie przeszukiwać… Ale i tak was pozałatwiam!”. Szybko zabrał się za cięcie więżących go sznurów. Uwinął się znakomicie. Zaczął już podważać klapę bagażnika, gdy ostre hamowanie przerzuciło go na drugi koniec bagażnika. Uderzył głową w awaryjną gaśnicę i lekko go zamroczyło. Gdy odzyskał wreszcie zdolność jasnego myślenia ponownie zabrał się za otwieranie zamka w bagażniku, Szybko zaprzestał czynności, gdy przez klapę przebił się rząd niemałych toporków. I to nie byle, jakich przeznaczonych do wyrębu lasów, lecz wspaniałych, profesjonalnie wykutych i nadających się przede wszystkim do zbrojnych starć, walk, czy strajków. Na zewnątrz słychać było wszelkie odgłosy walki. Częste zderzanie się metalowego pochodzenia broni niosło się echem przez ładny obszar. Do tego dochodziły jeszcze częste głośno wymawiane obelgi walczących oraz ciekawa dyskotekowa muzyka płynąca zapewne z radia w karecie. Leonard postanowił nie czekać. Ostrożnie i nadzwyczaj szybko wyskoczył z bagażnika. Miękko wylądował w kupie liści obok polnej drogi, którą jakiś czas wcześniej sunęła kareta. Szybko ogarnął wzrokiem widok w około. Około dziesięciu najemników Rysijeleniova – jak rozpoznał Leonard po oznaczeniach na tunikach – zmagało się z bandą krasnoludów ubranych w czarne płytówki, przeciwsłoneczne okulary i dzierżących niebezpiecznie wyglądające młoty i topory znacznych rozmiarów. Leonard padł, gdy tuż nad nim poszybował młot miażdżąc dwa małe drzewka i wbijając się w głaz kawałek dalej. Zastanawiał się teraz, co robić. Ucieczka nie wchodziła w grę. Był przecież w środku jakiegoś niebezpiecznego lasu. Lepiej nie ryzykować życia, czy zdrowia błąkając się między tymi drzewami. W końcu zdecydował, że stanie po stronie dziwnej bandy krasnali. Bo przecież to przez Rysijeleniova i jego nędzne plany znalazł się w takiej pozycji, więc nie było sensu pomagać jego ludziom. Nie zwlekając dłużej dobył jedyną broń – korsarski sztylet i skoczył w wir walki. Ostrza starły się ze sobą, aż iskry poszły. Leonard natarł z taką siłą, że przeciwnik o mało nie wyrąbał się na plecy. Skutecznie zwiększał swe umiejętności bojowe żądzą zemsty względem ludzi, którzy śmieli go okraść. Zignorował ból, gdy jakiś mały toporek wbił mu się w dolną część pleców, która już dawno straciła szlachetną nazwę i pchnął jeszcze mocniej. Był na tyle zdenerwowany, by nareszcie wytrącić przeciwnika z równowagi. Wróg zatoczył się w tył i wyrzucił rękę w bok by powstrzymać upadek. Leonard natychmiast wykorzystał przewagę i szybko pozbawił przeciwnika przytomności ciosem w twarz. Nieszczęśnik poleciał prosto do przydrożnego rowu i się tam zatrzymał. Ninja dla pewności skopał jeszcze leżącego i rozejrzał się za następnym celem. Walka trwała na dobre. Krasnoludy zdobywały właśnie przewagę. Rzucił okiem na ludzi. Zdecydowanie byli to najemnicy Rysijeleniova, twardziele prawie tacy jak on. Lecz coś jeszcze przyciągnęło jego uwagę. Parę metrów od karety stał górski wagonik wypełniony po brzegi materiałami wybuchowymi. „Pewnie krasnale to tu przytargały. Ci to mają pociąg do takich rzeczy.” – pomyślał. Powoli podszedł od wagonika chcąc poszperać i zaspokoić ciekawość. Był już o krok, gdy z naprzeciwka nadszedł atak. Leonard w ostatniej chwili sparował cios krótkiego miecza. Trysnął deszcz iskier. Ninja wykopał przeciwnika, który wzbił się w powietrze, by po chwili wylądować w samym środku wagoniku. Okazało się, że któraś z iskier podpaliła lont jednego z ładunków. Minęło jakieś dziesięć sekund, zanim najemnik pojął, że zaraz sobie polata. Patrzył z przerażeniem na palący się lont wiedząc, że nie zdąży już go ugasić.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
W Bagażniku — czytnik · opowiadania