Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 21 min czytania

W Baruckim Lesie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kapitan Flame siedział pod drzewem w otoczeniu kilkudziesięciu żołnierzy. Był zdenerwowany i wprost kipał gniewem. Podniósł z ziemi szyszkę i rzucił ją gdzieś daleko, w krzaki, po czym wstał i zarządził zbiórkę. Żołnierze posłusznie ustawili się w dwuszeregu, a kapitan przyglądał im się z uwagą. Nie był to cały jego oddział, część żołnierzy była na zwiadzie terenu, część udała się do Wisły, a nie było to bezpieczne. Co jeśli wpadną? Wolał o tym nie myśleć. Zarządził w prawo zwrot i marsz. Kolumna żołnierzy szła tak przez las. Po jakimś czasie doszli do miejsca, z którego roztaczał się piękny widok na Wisłę i okolicę. Było tam cudownie. Flame przebywał w tym miejscu wielokrotnie, lecz dalej zachwycał go wspaniały pejzaż. Zarządził przerwę i usiadł pod drzewem, na skraju urwiska. Łza pociekła mu z oka. Później kolejna. Kapitan, choć był twardym żołnierzem, płakał niczym rekrut. Po wojnie, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Wisły, dostał rozkaz objęcia stanowiska komendanta MO w Wiśle, ku niechęci komunistów. Przez jakiś czas zbierał oddziały, obsadził komisariat swoimi ludźmi, lecz był zmuszony uciec do lasu wraz z liczącym ponad 300 żołnierzy oddziałem. Niedawno dostał propozycję przeniesienia oddziału na tereny graniczące z Niemcami. Część jego żołnierzy zgodziła się, lecz on i około 150 jego żołnierzy pozostali w okolicach Wisły. Nie uwierzył w propozycję, uznał że może być ubecką prowokacją. Ale prawie dwustu żołnierzy udało się na zachód. Właśnie dlatego był tak zdenerwowany. Co się mogło z nimi stać? Być może już nie żyją. Panie kapitanie....... - przemówił ktoś za plecami Flamego. - Wrócili zwiadowcy. Kilkudziesięciu komunistów przyjechało do Wisły. Zamierzają nas odnaleźć. Choć jest nas ponad dwukrotnie mniej, niż podczas parady w Wiśle, to mamy nad nimi przewagę liczebną i przewagę terenu, a także zaskoczenia. Może ich być z sześćdziesięciu. Są pewni siebie, jakby myśleli że jest nas mniej niż ich i nas zaskoczą. Co robić? Flame nie odwrócił się. Przetarł czoło i odparł: Uciekać, kryć się głębiej w góry Ależ, kapitanie.... Każ oddziałowi ustawić się w szeregu, za chwilę do ciebie dołączę. Idź, sierżancie! Dobrze, kapitanie..... Sierżant odszedł i zaczął wydawać rozkazy. Flame podrapał się po wąsie i spojrzał na miasto w oddali. Piękna Wisła była jego ukochanym miastem, mimo iż urodził się na Zaolziu, we Frytsztacie. Był twardzielem, podczas wojny mówili na niego "Grot". Teraz jednak przyjął pseudonim "Bartek". Wstał i nakazał oddziałowi marsz. Duży oddział zatrzymał się na polanie. Dowódca stwierdził że przenocują tutaj. Na polanie stała pusta baraniarnia, niektórzy mogli tam się schronić przed burzą, właśnie nadchodzącą. Ściemniało się już. Wojtek, jeden z żołnierzy, dostał rozkaz udania się do pobliskiej wioski, sprawdzenia czy nie ma tam milicji. Szedł więc przez las, rozglądając się dookoła. Nagle drogę przebiegły mu dwie sarny. Nie strzelił. Strzał mógł niepotrzebnie zdradzić obecność żołnierzy. Wojtek był jednym z młodszych szeregowych w oddziale. Miał krótkie, brązowe włosy, wąsy i bródkę. Był jednym z żołnierzy "Bartka", którzy podróżowali na pogranicze z Niemcami. Mimo młodego wieku, był to chłopak niezwykle inteligentny. Miał tylko 20 lat, a już został jednym z faworytów "Bartka". Teraz z przykrością opuścił dowódcę, aby prowadzić walkę z milicją w okolicach Zgorzelca. Po chwili dotarł do małej wioski. Nazywała się Barut, była zamieszkiwana przez najwyżej 100 osób. Obszedł całą, nie było w niej milicji. Już miał wrócić do towarzyszy, kiedy podszedł do niego wieśniak. Dzień dobry – zagadnął. - Czego pan tu szuka? Dobry – przyznał Wojtek. - Szukam posterunku milicji To tutaj pan nie znajdzie! - odparł chłop. - Najbliższy jest w Jemielnicy, kilka kilometrów stąd. Urząd Bezpieczeństwa też tam jest, a po co panu milicja? Pan z pewnością nietutejszy. Chciałbym złożyć donos..... - skłamał Wojtek Na kogo? Prywatna Sprawa A, zaraz. Widzę, że ma pan karabin....... Strzelbę Po co panu? Poluję A, to pan kłusownik! Nie, nie. Mam pozwolenie Pokaż mi pan A po licho? Co ja pana interesuję? Nie pojedzie pan chyba na milicję, że jakiś mężczyzna ma strzelbę Nie To żegnam Mówiąc to, Wojtek odwrócił się i zaczął iść w stronę lasu. Wściekła go ciekawość chłopa, nie mógł sobie pozwolić na to, aby ten wieśniak kpił sobie z niego w żywe oczy. Był człowiekiem dobrotliwym. Gdyby dowódca kazał iść na zwiad komuś innemu to z pewnością jakiś szeregowiec wściekłby się i zagroziłby chłopu. A to by się źle skończyło. Wiedział już, że w Barucie nie ma milicji, więc był przekonany, iż dowódca ucieszy się na rezultat jego zwiadu. Teraz zagłębił się w ciemną połać lasu, uradowany. Rozejrzał się, czy nikt go nie śledzi, lecz nikogo nie zobaczył. Zaczął nucić "Różę Czerwoną", jego ulubioną piosenkę, którą lubiał śpiewać z rodzicami. Ale jego rodzice nie żyli. Zginęli w 1945, z rąk Sowietów. Mieszkał w Wiśle, chciał pomścić rodziców, więc dołączył do oddziału Flamego. Dowódca od razu go polubił i pocieszył po stracie ojca i matki. Wojtek wiedział, iż jego rodzice są już szczęśliwi w Niebie. Pogodził się więc z myślą o ich śmierci i z radością służył "Bartkowi". Nagle coś przebiegło mu drogę. Wojtek szybko złapał za karabin i popatrzył przed siebie. Stały tam dwa młode warchlaki. Przestraszone zamierzały uciec. Postąpił w ich kierunku. I to był jeden z największych błędów jego życia Zza drzew wybiegła olbrzymia locha, skoczyła na niego i jednym kopnięciem w pierś przewróciła na trawę. Warchlaki pierzchły, pojawił się drugi dzik – odyniec. Wojtek próbował wstać, lecz locha znów kopnęła go w pierś, pociekła krew. Wojtek odbezpieczył karabin. Ale tym razem zaatakował odyniec. Kiedy Wojtek wstał, zaszarżował na niego i przewrócił twarzą do ziemi, zanim zdołał wystrzelić. Żołnierz poczuł ogromny ból. Został ugryziony w plecy, krwawił. Odwrócił się i spojrzał dzikowi w twarz. Ten kopnął go w brzuch. Kolejne krwawienie. Wojtek cierpiał. Ostatkiem sił strzelił w odyńca. Zwierzę chwilę stało nad nim, a później padło. Do akcji wkroczyła locha. Kopniakiem wytrąciła mu karabin z dłoni i otrzymał kolejny cios, tym razem w głowę. Ból, cierpienia były nieznośne, wiedział że prawdopodobnie zaraz zginie, modlił się w myślach. Locha ugryzła go w nogę. Zaczął wrzeszczeć z bólu. Tracił powoli przytomność, mnóstwo krwi, słabł. Czym sobie zasłużył na taki los? Zawsze służył pomocą, był uczciwy, uprzejmy, sumienny, potrafił wybaczać. Nawet tak dobrego człowieka może spotkać nieszczęście. Najpierw stracił rodziców, później wujka, teraz musiał opuścić "Bartka", którego kochał jak ojca. A teraz prawdopodobnie zginie. Zacisnął zęby. Locha znów go ugryzła. Za chwilę odgryzie mu nogę. Płakał, modlił się, jęczał. Cierpienia były potworne...... Aż nagle usłyszał strzał i zobaczył padającą lochę. Wśród drzew dostrzegł załzawionymi oczami trzech kompanów, w mundurach: Józka, Tadzia i Franka. Podbiegli do niego, pochylili się nad nim. A Tadzio wyszeptał: Wojtek, wszystko będzie dobrze, zabierzemy cię do oddziału, do sanitariuszek. Dadzą ci nawet całusa... Zostaw go, nie widzisz jak cierpi? - przerwał mu Franek. - Może umrzeć. Szybko, zabieramy go. Szybko mówię! Chcecie, żeby przeżył to ruchy, ruchy! Masz rację! - przyznał Józek Żołnierze zaczęli podnosić półżywego Wojtka, który stracił już przytomność. Jęczał coś i majaczył, nie rozumieli go. Zaczęli iść wśród drzew, po kilku minutach zatrzymali się na chwilę, odsapnęli. Franek komenderował: Nie obijać się, nieść! Tak, tak – odparł Józek. - Już. Już, już – mówił Tadzio. - Dawać, chłopaki Dajemy – powiedział Józek Nie gadać – przerwał Franek Nieśli go, aż donieśli do obozu. Od razu zrobiło się zbiegowisko Z drogi! - krzyczał Franek. - Może umrzeć Zanieśli go do sanitariuszki i położyli na trawie Sanitariuszka stwierdziła, iż jest bardzo ciężko ranny. Ma złamaną nogę, krwawiącą przez ugryzienia lochy. Brzuch jest w okropnym stanie, prawdopodobnie ma uszkodzoną wątrobę....Ale najbardziej niepokojąca jest głowa. Może mieć wstrząs mózgu. W każdej chwili może umrzeć. Franek, Józek i Tadzio zostawili nieszczęsnego Wojtka, po czym poszli zdać raport dowódcy. Byli zestresowani, przejmowali się stanem przyjaciela, lecz skoro sanitariuszka uważa, że najlepiej zostawić go w spokoju, to lepiej odejść. Zdali raport i po chwili rozporządzono zbiórkę na kolację. Żołnierze ustawiali się kolejką po jedzenie. Po chwili wszyscy już zajadali ze smakiem. Przemówił dowódca. Nie wszyscy wiecie, że szeregowy Wojtek Piekara jest w bardzo ciężkim stanie. Wracał ze zwiadu i został zaatakowany przez dwa dziki. Zastrzelił odyńca, a strzał usłyszeli trzej szeregowi: Franciszek Marczak, Józek Koniński i Tadeusz Naparzewski. Poszpieszyli w tamtym kierunku i zastrzelili lochę, atakującą Wojtka. Przenieśli go na skraju śmierci, do pielęgniarki. Teraz walczy tam o życie. Pomódlmy się za niego Oddział modlił się głośno na polanie, a w tym samym czasie kilometr dalej, kilkunastu Ubowców czatowało z lornetkami, nad jeziorem. W oddali widzieli ognisko. Czekali na kilku szpiegów. Po chwili pojawiło się pięciu mężczyzn w mundurach żołnierzy "Bartka". Ubecy przywitali ich słowami: I jak, podaliście im już środki nasenne w jedzeniu? Wszystkim. Dowódcy, sanitariuszkom... Świetna robota. Za ile powinny zadziałać? za kwadrans dopadnie ich senność, położą się, wyznaczą wartę, ale to nie problem. Po środkach będą się ledwo trzymali na nogach. Dobra. Za godzinę działamy. Mirek, idź do tej chaty, tam za drzewami. Poproś o telefon. Gruby komunista z brodą pospieszył w stronę chaty oddalonej z kilometr od miejsca, w któyrm przebywali. Po kilkunastu minutach wrócił. Mieszkańców nie było w domu, więc wywarzyłem drzwi, zadzwoniłem i zwiałem. Chłopaki będą tu za pół godziny. I rzeczywiście. Po jakimś czasie kilkunastu ubowców pojawiło się nad jeziorem. Ich dowódca podał rękę szpiegom, po czym zaczął rozpytywać ich o stan oddziału. Poszli już pewnie spać, wyznaczyli wartę. Ale to nie problem. Przywitamy ich seriami z karabinu. Dobrze, zaczynamy akcję. Kierujemy się do obozu. Ja z dwudziestką osób

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%