Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 10 min czytania

W barwie kałuży

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

…w barwie kałuży… PROLOG

Nie była to żadna, wyszukana, drewniana chata na granicy cywilizacji…nie chciała takiej! Ustąpił. Zawsze ustępował. Może tego żałował… Nie, przecież nauczył się nie żałować niczego. Niedaleko centrum, 3piętro, mieszkanko w stylu skandynawskim- to jedyny kompromis, na jaki mogła sobie pozwolić. Czasem brakowało tu dzieci… ciągle mówiła, ze najważniejsza jest teraz jej posada w kancelarii…, że mają jeszcze czas! Krepująca cisza i późno jesienne światło wdzierające się przez niedbale odsłonięte drewniane żaluzje, głaszczące sosnową podłogę i duży, pusty stół, sprawiały, ze…w pokoju zrobiło się magicznie! Może te stare kamienice, maja w sobie taki właśnie specyficzny urok… Patrzył w to okno już wystarczająco długo, aby zapomnieć, czym jest ten czas, gdzie się zaczyna, gdzie kończy…dziwił się ile piękna i kolorów odnaleźć można w widoku szarego, bezludnego parku…przecież samotność tez ma swój kolor,…ale czy to TEN kolor? Kolor szarości? Jeśli nawet tak, to przedziwnym zbiegiem okoliczności, jakaś nieznana mu siła, w którą i tak nie byłby w stanie uwierzyć…, sprawiła, ze ta niesamowita szarość, nie jest jednoznacznie określona. „Tysiące odcieni”- pomyślał- „Na tym świecie jest tylko szarość. Każda barwa jest jedynie pobrudzona szarością… mieszając wiec wszystkie szarości, otrzymamy biel, która też jest po części szara. Ja jestem szary… i ona…” -Kończysz się tam, gdzie ja się zaczynam…zaczynam się tam, gdzie Ty się kończysz.-Pisała (próbowała pisać) coś palcem po jasnej połkościance, znajdującej się nieopodal kominka, który już dawno zapomniał, czym jest ciepło w tym mieszkaniu… -…to znaczy, że się dopełniamy… Sam nie wiedział, czemu to powiedział, może to sen…tyment? -NIE!!! Jasna cholera, nie ułatwiasz mi tego!!! Nie wiem jak Ci to po… -nie kończ…-szepnął błagalnie, po czym obrócił się nieznacznie i patrząc jej w oczy dokończył-… nie mów niczego, czego potem mogłabyś żałować…, czego ja będę żałował… Wiedział, że to nie prawda…może specjalnie jakaś cześć podłości, którą tak trudno było w nim odnaleźć, dala wyraz swojej obecności, na przekór wszystkim poglądom, na przekór temu, co jeszcze nie dawno myślał…nie było mu łatwo tego słuchać i być może, dlatego właśnie zapragnął, aby nie było łatwo jej to powiedzieć… Nagle, chociaż nie z zaskoczenia, wszystko straciło sens…wszystko, co wymarzył sobie z taką pasją…z takim sercem…Znowu zabrakło nadziei. Wiedział, ze stanie się to niebawem, ale nie potrafił usprawiedliwić tego, ze stało się to dzisiaj,…dlaczego akurat dziś? Nigdy nie potrafił pojąć, dlaczego dane rzeczy dzieją się w takim czasie, a nie innym. Przecież mogła stanąć przy tym kominku wczoraj, kiedy pewne myśli ogarniała beznadzieja, gdzie szarość stała się tak gęsta, że bez wahania mógłby wskoczyć w jej tajemniczą odchłań, powiesić swoje JA na parapecie jej granicy. Czuł taki cichy strach od dawna, każda szczypta zgubnych myśli nasilała go, każde swoje westchnięcie czuł za plecami, jak echo gasnącego piękna, echo wspomnień, echo czegoś…, ale dzisiaj to coś się zmieniło, pomimo wciąż obecnego przy nim bezsensu, zobaczył w tym parku jakiś cel…przecież samotność ma swój kolor, i może nie przypadkiem jest to jego ulubiony kolor… Obiecywał sobie, że nigdy więcej, ale przecież to nie boli…przestało boleć kilka miesięcy temu, teraz nawet odetchnął, że nie mają dzieci, a może byłoby wtedy inaczej. Już od dawna nie czuł żalu, no może ten brak nadziei, że miłość istnieje, że wcale nie jest przekleństwem naiwnych…już od dawna zamienił zazdrość widoku zakochanych na szczere współczucie. Najgorzej było się chyba pogodzić z faktem, ze szczęście omija go, robiąc to w wyjątkowo bezczelny sposób- dając się posmakować! Dokończyła…Zrobiła to prawie tak, jak potrafi to robić na sali sądowej: pełne opanowanie, pewność siebie, bez zbędnych ozdobników, dodatkowych wątków, praktyczne minimum emocji, może jedyne-, na jakie ją stać.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wsiadawszy do taksówki z niedużą torbą podróżną, spojrzała na niego wyjątkowo ciepło. Miał wrażenie, ze nawet nieznacznie się uśmiechnęła. „To dobrze”- myślał mimo woli- „to tak jakby nic się nie stało, jakbyśmy dzisiaj w ogóle nie istnieli, jakby wyjeżdżała do matki na weekend… „ Chciałby poszczycić się tym, jaki jest dobroduszny,…że pozwolił jej odejść w spokoju, nie miał kogo okłamać, nie potrafił… nie miał na nic wpływu… przecież nie było o co walczyć- już nie! Wrócił do mieszkanie z dziwnym spokojem ducha. Napalił w kominku. Na zakurzonej półeczce zobaczył jakiś znajomy numer…mmm… Zanim usiadł w fotelu i zatopił stopy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
W barwie kałuży — czytnik · opowiadania