Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 56 min czytania

W cieniu lasu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Krople siekły po twarzy i wpadały za kołnierz. Patrycja jednak zupełnie się tym nie przejmowała. Miała tego wszystkiego dość. Była przemoknięta, głodna, zmarznięta i zmęczona. Nie wyobrażała sobie nic piękniejszego niż ciepły kąt, kubek gorącej herbaty i chwila snu. Teraz jednak mogła o tym tylko pomarzyć. Przystanęła i zaczęła się zastanawiać, czy nie zaprzestać tej głupiej ucieczki, zawrócić i oddać się w ręce tych typów. Nagle przed oczami stanął jej obraz pobitej dziewczyny, leżącej na zimnej podłodze. Potrząsnęła głową. Nie. Nie mogła tego zrobić. Musi uciekać. Nagle wdało jej się, że słyszy jakieś głosy przebijające się przez szum deszczu. Natychmiast opuściło ją zmęczenie. Zerwała się i zaczęła biec przed siebie. Nie było to jednak takie proste. Była w samym środku lasu, a na jej nieszczęście nad drogą, którą biegła nie było akurat gałęzi. Siłą rzeczy więc droga bardzo szybko zamieniła się w jedno wielkie bagno. Dziewczyna musiała uważać i niezwykle się starać, aby nie stracić równowagi. W pewnej chwili poślizgnęła się i upadła twarzą w błoto. Brązowa maź natychmiast oblepiła jej twarz i ubranie. Przez chwilę leżała tak, choć było jej strasznie zimno. Organizm wyczerpany po prawie całodziennej ucieczce i wcześniejszej kilkudniowej niemalże głodówce był bardzo osłabiony. Ona sama miała dość, chciała się poddać. Jednak jakaś najbardziej uparta cząstka niej nie pozwalała na to i zmuszała do dalszej drogi. Ostatnimi siłami wstała i ruszyła przed siebie. Tym razem powoli. Nie dlatego, że bała się kolejnego już upadku. Była tak wycieńczona, że wszystko stało się obojętne. Przestała przejmować się tym, czy ją złapią i ukarzą za ucieczkę, czy nie. Chciała tylko znaleźć jakiś suchy kąt, aby mogła się zasnąć i się nie obudzić. Zaczynało się już zmierzchać, a ona wciąż szła. Coraz słabsza, czuła tony piasku pod powiekami. Do tego wszystkiego zaczęło do niej docierać, ile niebezpieczeństw może na nią teraz czekać. Co będzie, jeśli natknie się na jakieś dzikie zwierze i na dodatek głodne, albo broniące młodych? Wiedziała, że to oznaczałoby jej koniec, przecież nawet nie próbowałaby uciekać… Nagle usłyszała gdzieś w oddali wycie. Nie wiedziała, czy to pies, czy wilk. Jednak na ten dźwięk odwróciła się przerażona. Ta chwila nieuwagi wystarczyła. Potknęła się o wystający kamyk, którego pewnie by nie zauważyła w panujących ciemnościach. Upadła w kałużę. Było już mocno przemoczona i wyziębiona, a tu kolejne porcje lodowatej niemal wody. Nie wytrzymała i rozpłakała się. Łzy mieszały się z brudną cieczą, kiedy odczołgiwała się w bok, mając nadzieję, że tam znajdzie jakieś schronienie. Najwyraźniej oczekiwała zbyt wiele. Dotarła do rozłożystego dębu rosnącego niedaleko drogi i przytulona do jego konaru zwinęła się w kłębek. Cały czas płacząc z zimna, głodu i przerażenia zaczęła się gorąco modlić. Cóż jej zresztą innego w obecnej sytuacji pozostało? „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” szeptała zdrętwiałymi wargami. W pewnym momencie zmęczenie zagłuszyło wszystkie inne uczucia. Zasnęła. Deszcz padał nieustannie.

Ciepło było takie przyjemne. Pomyślała, że jeśli to sen, to nie chce się obudzić. Chce tak spać w nieskończoność i nie wracać do smutnej rzeczywistości. Obróciła się na bok. Pod dłonią poczuła coś miękkiego, jakby… Nie, to niemożliwe. Otworzyła oczy, żeby się przekonać, czy to jawa, czy tylko jakieś urojenia. Leżała na najprawdziwszym łóżku, pod ciepłą puchową kołdrą, do tego suchą. Zewsząd docierało ciepło. Rozejrzała się wokół. Znajdowała się w niewielkim skromnie umeblowanym pokoju z drewnianymi ścianami. Chciała wstać, ale spostrzegła, że jest w samej bieliźnie. Ktokolwiek ją tu przyniósł zabrał jej ubrania, ponieważ nigdzie ich nie widziała. Tylko gruby granatowy szlafrok leżał na oparciu łóżka. Ubrała go pospiesznie i stanęła na ziemi. Jej stopy trafiły na niewielki dywanik. Przeszła boso przez pokój i chwyciła za klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Zdziwiła się. W takim razie nie tamci ją odnaleźli. Ale jeżeli nie oni, to komu zawdzięcza ratunek i być może życie? Podciągnęła nosem. Miała katar. Nic dziwnego. Tyle godzin w lesie, do tego w przemoczonym ubraniu. Cicho przeszła przez niewielki korytarzyk i znalazła się w dużym jasnym pokoju. Nie był przesadnie zagracony. Na jego umeblowanie składało się tylko kilka mebli. Jasna sofa, takie same dwa fotele, fotel bujany stojący przy kominku, na którym płonął wesoło ogień i kilka obrazków na ścianach. Do tego gitara oparta o regalik z książkami. Wszystko sprawiało skromne ale bardzo sielskie wrażenie. Czworo drzwi było udokumentowaniem faktu, że w domu znajdowały się jeszcze przynajmniej trzy pomieszczenia. Jedne prowadziły zapewne na zewnątrz, co zdawał się potwierdzać widok za oknem. Niemal na palcach podeszła do kominka i przykucnęła wycięgając dłonie, aby ogrzać je w cieple płomieni. To było takie przyjemne uczucie. Przymknęła oczy. Mogłaby tak trwać w nieskończoność. - Widzę, że się już obudziłaś – usłyszała męski głos. Stadko mrówek urządziło sobie maraton wzdłuż jej kręgosłupa. Lekko wystraszona odwróciła się powoli w stronę, skąd dobiegał. W jednych z drzwi stał słusznej postury mężczyzna w grubym swetrze, wojskowych spodniach i desantach z parujący kubkiem w dłoni. Strach ponownie dał o sobie znać. Kim jest ten człowiek? Czy jej nie skrzywdzi? – pytała samą siebie. Kiedy jednak spojrzała mu w twarz wszelkie obawy minęły. Ta miła, zarośnięta twarz o ciemnych oczach nie mogła należeć do złego człowieka. Patrycja miała przeczucie, że się nie myli. Mimo wszystko jednak wolała być ostrożnie. - Przestraszyłem cię? – zapytał przerywając ciszę i podchodząc bliżej. - Nnie – powiedziała niepewnie. Mężczyzna roześmiał się. - Cieszę się. Mimo wszystko jednak muszę cię ochrzanić. Powinnaś leżeć. Jeszcze przed godziną miałaś gorączkę – poinformował ją odstawiając kubek na niewielki stolik niedaleko kominka. Patrycja poczuła przyjemną woń świeżo zaparzonej kawy. Powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. – O, nie panienko. Na razie mogę ci zaoferować tylko gorącą herbatę i to najlepiej malinową. - Będę wdzięczna – uśmiechnęła się lekko. - Wracaj do łóżka, za chwilę ci przyniosę. Pomógł jej wstać. Kiedy zniknęła w drugim pokoju wszedł do kuchni. Kiedy woda na herbatę się gotowała, myślał o oczach tej dziewczyny i tym, co w nich zobaczył. Strach, okropny strach. Dawno czegoś takiego już nie widział… bardzo dawno. Nagle całą falą wróciły wspomnienia sprzed lat. Przed oczami przesuwały się obrazy wydarzeń, które spowodowały, że wtedy odszedł… Potrząsnął głową spychając je gdzieś na dno świadomości. To już przeszłość. Zabrał obydwa kubki i opuścił kuchnię.

Patrycja leżała otulona kołdrą. Znów było jej okropnie zimno. Do tego zaczęła ją boleć głowa. Kiedy Marek wszedł do pokoju nawet tego nie zauważyła. - Dobrze się czujesz? – przykucnął obok niej i położył dłoń na jej policzku. Była rozpalona. - Niezbyt – wyszeptała. – Zimno mi i głowa mnie boli… - Nic dziwnego. Masz gorączkę. Wypij trochę herbaty, zaraz ci coś na to przyniosę. Skinęła w odpowiedzi głową. Pomógł jej usiąść i wyszedł ,by po chwili wrócić z tabletkami i termometrem. - Zjedz to i zmierz gorączkę. – powiedział siadając na skraju łóżka. Poczekał, aż wykona polecenie. – A teraz leż spokojnie. Zaraz wrócę i zobaczę, czy nie trzeba będzie wezwać lekarza. - Nie… ja nie chcę robić kłopotu… - zaprzeczyła. - To nie kłopot. Jak wyzdrowiejesz to porozmawiamy. A teraz leż. Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Marek pościł do niej oczko i wyszedł.

Patrycja leżała i patrzyła przed siebie. Stwierdziła, że miała szczęście. Być może ten człowiek jej pomoże, a kiedy tylko wyzdrowieje, postara się wrócić do domu i jakoś mu się odwdzięczyć. Na razie musi się postarać nie być zbytnim ciężarem i szybko przyjść do zdrowia.

Deszcz nie padał już tak mocno jak przez ostatnią dobę. Teraz przypominał raczej zwykłą mżawkę. Marek siedział na schodkach ganku i uśmiechając się pod nosem popijał kawę. Był pewny, że Oskar wróci uświniony jak nieboskie stworzenie. Zresztą jak zwykle. Jemu to nie przeszkadzało. Lubił tego psiaka, ale teraz nie byli sami. Miał tylko nadzieję, że jego podopieczna nie jest uczulona na psią sierść i lubi zwierzęta. Z krzaków wybiegł nieduży czarny pies i machając wesoło ogonem przybiegł prosto do swego pana. - Gdzieś ty był stary łobuzie – zapytał Marek drapiąc psa za uszami. Jak się spodziewał, Oskar był cały nie dość, że mokry to do tego na jego futrze widniało coś, co przypominało świeżutkie błotko. No, tak… cały on. Kiedyś, na początku przygarnięcie szczeniaka wydawało się Markowi głupim pomysłem. Teraz jednak nie wyobrażał sobie domu, ani swego życia bez Oskara. Dotrzymywał mu towarzystwa przez te wszystkie lata w środku lasu. Ale każda praca wymaga wyrzeczeń, a decydując się na etat w leśnictwie trzeba się liczyć, że być może konieczna będzie przeprowadzka do lasu. Żaden z nich bynajmniej nie narzekał. Ciche, spokojne życie to coś, o czym wiele osób marzy. A oni to akurat posiadali… Marek spojrzał na zegarek. Czas sprawdzić temperaturę pacjentki. Wrócił do domu, a Oskar deptał mu po piętach. Spała, kiedy wszedł do pokoju. Przez chwilę stał w drzwiach i patrzył na nią. Wyglądała tak słodko… Przebiegło mu przez głowę, że skoro ma bezpieczną robotę mógłby w końcu założyć rodzinę. Uśmiechnął się do własnych myśli. Nie, nie potrafiłby być dobrym mężem i ojcem, chociaż byłoby to pewnie fajne doświadczenie. Pogłaskał psa i zabronił podchodzenia do łóżka. Znając życie mógłby jeszcze wskoczyć na nie i zacząć się wycierać do pościeli. Sam zbliżył się do dziewczyny i delikatnie pogłaskał ją po policzku. Musiała mieć lekki sen, bo po chwili podniosła powieki. - Pokaż termometr. – powiedział cicho. Podała mu go nawet nie patrząc na Marka. Odczytał temperaturę. Trzydzieści dziewięć stopni. Nie dziwił się, że była słaba. Ponownie pogładził ją po twarzy. – Śpij spokojnie. Poczekał, aż ponownie zaśnie. Zdecydował na razie obserwować jej stan, a dopiero w ostateczności wezwać lekarza. Zerknął w stronę drzwi. Oskar spokojnie siedział i patrzył na niego z ciekawością.

W ciągu następnych dwóch godzin stan Patrycji się pogorszył. Marek mierzył jej temperaturę dokładnie co godzinę. Przez ten czas słupek rtęci podskoczył o cztery kreski. Dziewczyna była bardzo osłabiona, zaczęła kaszleć, dostała kataru. Postanowił dłużej nie czekać. Poczekał, aż wypije herbatę, następnie otulił ją kołdrą i wyszedł cicho zamykając drzwi.

Oskar leżący na dywaniku koło kominka podniósł głowę i popatrzył na swojego pana dużymi ciemnymi oczami. - Widzisz malutki, nie jest najlepiej. Trzeba wezwać pomoc. – powiedział. Pies podszedł do niego i usiadł podając łapę. Wydawało się, że chciał w ten sposób powiedzieć, aby się nie martwił. W tej samej chwili po drugiej stronie ktoś się odezwał. - Doktor Majewski? Tak, tu Marek, mógłby pan teraz przyjechać do leśniczówki? Tak, to pilne. Mam dla pana pacjenta.

Doktor wyszedł z pokoju, w którym leżała dziewczyna. Na jego widok Marek przestał głaskać Oskara i podniósł się z fotela. Zaniepokoił się, widząc minę lekarza. - Co za nią? – zapytał. - To bardzo silne przeziębienie. Mały włos i leczylibyśmy zapalenie płuc. Ale już jest lepiej, śpi. – dodał doktor widząc wyczekiwanie na twarzy młodego mężczyzny. Wskazał fotele. – Porozmawiajmy chwilę. - Powiedz mi, kim ona jest i skąd się tu wzięła? – zapytał, kiedy usiedli. Marek zapatrzył się w ogień. Jego dłoń powędrowała w stronę leżącego przy fotelu psa. Bezwiednie zaczął drapać go a uszami. - Nie wiem, kim jest. Nie mam pojęcia nawet jak się nazywa. Wczoraj późnym wieczorem znaleźliśmy ją z Oskarem w lesie, podczas obchodu. Brudna i przemoczona leżała pod dębem. Nawet się nie poruszyła, kiedy przeniosłem ją do domu. Trochę kaszlała, ale jakieś trzy, do czterech godzin temu się obudziła i najwyraźniej czuła się lepiej. Dopiero potem dostała gorączki. Doktor obserwował go uważnie, gdy opowiadał. - Więc jej nie znasz? - Nie. - O imię też jej nie zapytałeś? Ani skąd jest i jak trafiła do lasu? Lekko zaskoczona mina była najlepszą odpowiedzią na te pytania. Młodemu leśniczemu najwyraźniej nawet nie przyszło to do głowy. - Widzisz Marek, pytam cię nie bez przyczyny. Ta dziewczyna ma na ciele wiele sińców. - Wiem, widziałem, kiedy zdejmowałem jej mokre ubranie. Zapadło milczenie. Marek przypomniał sobie siniaki na ciele dziewczyny. Już kiedyś takie widział. Kiedyś dawno temu, nim zmienił pracę… - Takie ślady widziałem nieraz – powiedział przerywając ciszę. – Jeszcze w starej robocie. Przeważnie na osobach, które były maltretowane, ale też na ofiarach porwań. Zazwyczaj to były młode dziewczyny, które bito, po czym wywożono z kraju i zmuszano do prostytucji. W pierwszej chwili pomyślałem, że może ona też coś takiego przeszła, jednak zdołała uciec. - Bardzo możliwe – zgodził się lekarz. – Ale w takim razie musisz uważać. Jeśli będą jej szukać, możecie oboje mieć kłopoty. A na pewno o niej nie zapomną. - Zdaję sobie z tego sprawę. – Marek pokiwał głową. - Cieszę się. No, ale będę już leciał. – doktor wstał. – Uratowałeś jej życie, gdybyś jej w porę nie znalazł, pewnie wyziębiłaby się na śmierć do rana. Mężczyzna uśmiechnął się i odprowadził lekarza do jego samochodu. Zatrzymał go jednak nim wsiadł do środka. - Dziękuję za pomoc i mam jeszcze jedną prośbę. – powiedział. - Słucham. - Proszę nikomu o niej nie mówić. Postaram się sam rozwiązać tą sprawę. Doktor przyjrzał mu się uważnie. Zastanowił go wyraz oczu leśniczego, jednak przyrzekł dyskrecję. Uścisnęli sobie dłonie i odpalił silnik. Marek nie czekał, aż samochód lekarza zniknie mu z zasięgu wzroku. Wrócił do domu i po cichu wszedł po pokoju zajmowanego przez dziewczynę. Spała tak spokojnie. Patrzył na nią przez chwilę zastanawiając się, kim była i co musiała przejść, nim trafiła pod jego opiekę…

Tą noc Marek spędził przy łóżku dziewczyny. Przez cały czas rzucała się niespokojnie. Najwyraźniej miała koszmary. Wiedział, że mogła je wywołać, ale bardziej skłaniał się ku odżywiającym wspomnieniom ostatnich dni. Mimo zmęczenia nie opuszczał jej. Miał wrażenie, że ona pomimo braku przytomności wyczuwa jego obecność i to ją uspokaja. Przez cały ten czas Oskar leżał koło niego, a właściwie spał, od czasu do czasu zmieniając pozycję. Marek zazdrościł mu tego spokojnego snu. On by nie potrafił zmrużyć oczu, wiedząc, że dziewczyna będąca obecnie pod jego opieką leży w wysokiej gorączce. Dopiero nad ranem, gdy temperatura wyraźnie spadła wyszedł, żeby nieco się zdrzemnąć, zostawiając śpiącego mocno psa w spokoju.

Czuła coś mokrego na dłoni, chwilę późnie to coś przeniosło się na jej policzek. Obudziła się i zobaczyła czarny psi pysk przy swojej twarzy. W pierwszej chwili myślała, że śpi nadal, ale zwierzę oparło się dwoma łapami na łóżku i zaczęło lizać ją po uszach. Najwyraźniej próbował ją obudzić. Usiadła, a pies od razu wskoczył na łóżko, po czym ułożył się wygodnie i podsunął łeb. Patrycja roześmiała się i podrapała go za uszami. Zwierzę zmrużyło oczy. Najwyraźniej sprawiało mu to przyjemność. Położył się na plecach a ona zaczęła głaskać go po brzuchu. Z głębi domu dały się słyszeć kroki. Po chwili mężczyzna którego poznała wczoraj wszedł do pokoju. - O, nie! Oskar, złaź z łóżka! Pies popatrzył się na niego ciemnymi ślepiami, ale ani drgnął. Mężczyzna podszedł więc, żeby go spędzić, ale Patrycja go powstrzymała. - Nie, niech leży. Jest taki miły. – powiedziała, po czym kichnęła. Marek podszedł do komody i wyjął pudełko chusteczek higienicznych. Następnie podaj jej. Uśmiechnęła się w podziękowaniu. - Jesteś uczulona na sierść? – zapytał. - Nie, ale chyba się przeziębiłam. – wyjaśniła. Wyciągnęła do niego rękę – Patrycja. - Marek. Powiedz mi – przysiadł na krześle obok łóżka. – Jak się tu znalazłaś. Dziewczyna odwróciła wzrok. Wiedziała, że w końcu o to zapyta. Wprawdzie uratował ją i sprowadził lekarza, ale nadal nie była pewna, czy może mu zaufać. Przez chwilę biła się z myślami, a on cierpliwie czekał. W końcu postanowiła na razie zatrzymać to dla siebie. - Jeżeli nie chcesz, to nie mów. – powiedział Marek widząc jej wahanie. - Dzięki za wyrozumienie. Skinął z uśmiechem głową. - Jesteś godna? Właśnie robię śniadanie. Już na sam dźwięk tego słowa, Patrycja poczuła jak żołądek skręca się jej z głodu. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz cokolwiek jadła. Marek patrzyła na nią uważnie. Była pewna, że wyczytał to wszystko z jej twarzy. Skinęła lekko głową. - W takim razie zaraz ci przyniosę. – mężczyzna wstał. - Może pomóc? – zaproponowała. - Nie, dzięki. Ty masz leżeć i zdrowieć. Aha, nie wpuszczaj Oskara na łóżko, bo w końcu zgoni cię z poduszki i sam się na niej położy. A ma swój koszyk, niech tam się wyleguje. Roześmiała się. To dobry znak – pomyślał Marek wychodząc. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że ten śmiech mu się podobał i bardzo chętnie znów by go zobaczył. Coś jednak podpowiadało mu, że jeszcze nie raz go zobaczy.

Dni płynęły. Stan Patrycji znacznie się poprawił. Chciała wstać z łóżka, ale Marek zabronił jej tego, dopóki nie pozwoli na to lekarz. Nieszczęśliwa dziewczyna musiała więc leniuchować przez następne dwa dni, jakie zostały do wizyty dr Majewskiego. Podczas, gdy Marek wychodził, aby dopilnować swoich obowiązków towarzystwa dotrzymywał jej Oskar. Stał się cichym powiernikiem jej tajemnic, które szeptała mu do ucha, kiedy miała zbyt wielki natłok myśli w głowie. Zresztą wiedziała, że nie opowie Markowi o tym, jak nieraz wstawała, aby zobaczyć, jak on krząta się wokół leśniczówki. Wolny czas spędzał przy jej łóżku na rozmowach. Jednak żadno z nich nie wspominało o swojej przeszłości. Obojgu zresztą odpowiadał brak dociekliwości drugiej strony. W końcu jednak ku jej wielkiej uldze pojawił się doktor i pozwolił jej wstać. Poczekała, aż wyjdzie, po czym wyskoczyła z łóżka i ubrała się w swoje ciuchy. Wyprane i wysuszone przez Marka od kilku dni już leżały poskładane na krześle, czekając, aż ich właścicielka będzie mogła opuścić ciepłe wyrko. Kiedy była gotowa wyszła na dwór. W końcu mogła zobaczyć jak od zewnątrz wyglądała chatka, w której niemal od tygodnia mieszkała. Już miała wyjść na dwór, kiedy uprzytomniła sobie, że Marek wstał dzisiaj wcześniej, bo miał dużo pracy. Postanowiła sprawić mu choć małą przyjemność. Zaparzyła kawy i z dymiącym jeszcze kubkiem wyszła na ganek. W nocy padał deszcz, więc teraz wszystko tchnęło świeżością. Chwilę wdychała przyjemny zapach lasu mieszający się z wonią kawy. Właśnie, kawy! Zza rogu budynku dochodziły głuche uderzenia. Poszła w ich kierunku. Marek z podwiniętymi rękawami koszuli rąbał drewno. Pewnie na opał do kominka – pomyślała. Stała tak przez chwilę przyglądając mu się. Najwyraźniej ja zauważył, ponieważ przerwał pracę. - Wykorzystałaś okazję wyjścia na wolność? – zapytał śmiejąc się. - I przyniosłam kawę – uniosła kubek. - Dzięki – upił łyk. – Pyszna, wiesz, czego potrzeba facetowi z rana. Roześmiali się oboje. Marek wypił kawę i oddał jej puste naczynie, aby wrócić do pracy. Patrycja przysiadła na znalezionym nieopodal pieńku i przyglądała mu się. - Wiesz, pierwszy raz widzę mężczyznę rąbiącego drewno. – przyznała po chwili. - Naprawdę? Pokiwała głową. Marek odłożył siekierę i przyjrzał się jej uważnie. To zaciekawione spojrzenie – przebiegło mu przez głowę. – Jest wtedy taka śliczna… Patrycja rzeczywiście patrzyła na niego z nieco przekrzywioną w śmieszny sposób główką, a w jej oczach płonęła ciekawość. - Chodź, spróbuj, jeśli chcesz – powiedział podając jej siekierę. - Naprawdę mogę? - A nie zrobisz sobie krzywdy? - Hej! Mężczyzna zaśmiał się na widok jej obrażonej minki. - Już dobrze, tylko żartowałem. – powiedział pojednawczo. – No, chodź. Chyba, że nie chcesz. Patrycja wstała i śmiało podeszła do pnia, na którym Marek postawił nowy klocek. Następnie podał jej siekierę i odsunął się parę kroków. Dziewczyna chwyciła ja i stwierdziła za zdumieniem, że należy do lekkich przedmiotów. - Pamiętaj: musisz trafić w ten klocek. Skinęła w skupieniu głową i lekko przygryzła koniuszka języka. Podniosła siekierę i … Ciach! Ostrze opadło dokładnie obok celu. Westchnęła. Marek obserwował to z lekkim rozbawieniem. - Nie martw się. To wymaga wprawy. Nic się od razu nie udaje – pocieszył ją podchodząc i wyciągając narzędzie. Dziewczyna ze zdumieniem stwierdziła, że zrobił to z łatwością. Zupełnie, jakby podnosił zwykły tasak. - Pewnie tak… a gdzie Oskar? –zmieniła nagle temat. - Nie wiem. Pewnie gdzieś się włóczy. – Marek wzruszył ramionami. Zapadło milczenie. Słuchać było tylko szelest liści drzew i śpiew ptaków w koronach. Leśniczy przyglądał się dziewczynie ukradkiem. Ciemne pofalowane naturalnie włosy, szmaragdowe oczy, lekko zadarty nosek. Była całkiem ładna. - Co powiesz na to, żebym zrobiła obiad? – zaproponowała po chwili. - A potrafisz gotować? - Potrafię – Patrycja uniosła dumnie głowę. - To będzie mi bardzo miło. – Marek miał wrażenie, że się dogadają.

Z kuchni dochodził wspaniały zapach, który zwabił i mężczyznę i psa. Patrycja jednak szybko ich wygoniła mówiąc, że mają się obaj doprowadzić do porządku. Rzeczywiście. Nie wiadomo było, kto wyglądał gorzej: pan, czy zwierzę. Marek spocony i umazany czymś co bardzo przypominało olej silnikowy, a pies? No, cóż, na pewno żadna szanująca się gospodyni nie wpuściłaby go tak mokrego i ubłoconego do mieszkania. Po stanowczej odprawie obaj podkulili grzecznie ogonki i zniknęli najprawdopodobniej w łazience, ponieważ gdy wrócili wyglądali już znacznie przyzwoiciej. Tymczasem dziewczyna przygotowała już talerze i gdy przyszli podała obiad. Psu dostało się pyszne nieco przysmażone mięso, a panu… - Pierogi! – nie mógł uwierzyć własnym oczom Marek, siadając do stołu. - Nie lubisz? – zmartwiła się, siadając przy stole naprzeciwko. - Żartujesz? Uwielbiam, ale od dawna ich nie jadłem. Jakoś nigdy nie miałem czasu na ich zrobienie, a kupowanych nie lubię. – podszedł i pocałował ją w policzek. – Dziękuję. Patrycja nieco się zmieszała, ale najwyraźniej była zadowolona.

Dochodząc do zdrowia, dziewczyna pomagała w leśniczówce, wykonując proste czynności. Marek pilnował, aby się zbytnio nie przemęczała. Wiedział, że jego życie wydaje się nudne dla osoby z zewnątrz, dlatego, gdy co dwa, trzy dni jechał do miasteczka na zakupy, zabierał ją ze sobą. Jakoś przestał myśleć o tym, że osoby, przed którymi uciekała mogą ją w końcu odnaleźć. Wręcz przeciwnie. Był pewien, że nie pozwoli jej ani skrzywdzić, ani sobie odebrać. Gdzieś tam w głębi serca zapragnął, aby z nim została, choć sam się do tego nie przyznawał. Wszystkie jego plany na najbliższą przyszłość legły w gruzach, gdy w poniedziałek przyszedł lekarz, aby zbadać Patrycję. Jak się okazało, była już zdrowa i nadszedł czas, aby wrócić do domu. Wiedziała, że trudno będzie jej powiedzieć o tym Markowi, ale jakoś musiała stawić temu czoła. Postanowiła porozmawiać z nim zaraz po wyjściu doktora.

Młody leśniczy wracał właśnie z lasu, niosąc na rękach malutką sarenkę. - Kłusownicy – powiedział uprzedzając jej pytanie. –Zabili matkę. Trzeba będzie ją podchować i dopiero potem wypuścić na wolność. - Biedactwo… - pogłaskała zwierzątko po główce. - A co powiedział lekarz? Zapadło nieco kłopotliwe milczenie. Marek miał wrażenie, że zaraz dowie się czegoś, o czym wolałby nie myśleć. - Jestem już zdrowa. - To wspaniale – miło było słyszeć niekłamaną radość w jego głosie. – Ale jak widzę, Ty się z tego nie cieszysz? Patrycja zajęła się głaskaniem sarenki. - Widzisz, ja… ja muszę… powinnam wrócić do domu – niemal wyszeptała nie patrząc mu w oczy. Marek położył sarenkę na ziemi i przetarł dłonią oczy. - Wiedziałem, że kiedyś tak powiesz. Odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Źle ci u mnie? Nie odezwała się. Klęczała przy sarence, nada ją głaskając. Na jego pytanie pokręciła tylko przecząco głową. Kucnął przy niej i lekko uniósł jej głowę. - Nie kiwaj głową, tylko popatrz mi prosto w oczy i powiedz to – poprosił. W oczach dziewczyny zalśniły łzy. Przytuliła się do niego. - Nie chcę wyjeżdżać, ale nie mogę ci dłużej robić kłopotu. Muszę wrócić do domu. Jeżeli oni mnie tu znajdą, będziesz mieć kłopoty, a ja tego nie chcę. Nie udawała, płakała naprawdę. Przytulił ją do siebie. - Kto cię szuka? Pokręciła głową. - Nie mogę ci powiedzieć… nie mogę… - Już dobrze. Nie płacz – zaczął ją uspokajać.

Tego samego dnia wieczorem zostawił Patrycje karmiącą sarenkę i poszedł samotnie do lasu. Musiał zadzwonić. Czekał cierpliwie, aż ktoś odbierze. - Cześć Daniel, tu Marek. Mam do ciebie sprawę – powiedział, kiedy usłyszał znajomy głos po drugiej stronie. – Słuchaj przesłałem ci na maila zdjęcie pewnej dziewczyny. Nazywa się Patrycja. Nazwiska nie znam. Sprawdź, czy ktoś nie zgłosił przypadkiem zaginięcia. Yhy… Dobra, to czekam na odpowiedź. Dzwoń tylko na komórkę. Nie, nie mam zamiaru wrócić. No, niestety. Pozdrów wszystkich u nas. Cześć. - Teraz będę wiedział, na czym stoję. – mruknął i wrócił do leśniczówki. Patrycja cały czas siedziała na ganku. Sarenka nadal piła mleko z trzymanej przez nią butelki. - Jest ciągle głodna – zaśmiała się dziewczyna, kiedy tylko go zobaczyła. Pokiwał głową. Przez chwilę stał bez słowa patrząc na nią. W starych dżinsach, jego za dużej zresztą na nią koszuli i włosami związanymi w kucyk wyglądała naprawdę ślicznie. Do tego z sarenką u boku… Mężczyzna uśmiechnął się do swoich myśli. Patrycja spojrzała na niego zdziwiona lekko przekrzywiając głowę. Wyglądała przy tym jak nic nierozumiejące dziecko. - Stało się coś? - Musimy porozmawiać – usiadł obok niej. Nie odpowiedziała, więc ciągnął dalej. – Chciałem cię prosić, abyś została. - Mówiłam ci już, że nie mogę. Muszę wracać do domu. - A gdzie on jest? - Daleko. W jej głosie było coś, co pozwalało się domyślić, że nie chciała mówić o przeszłości. Wyraźnie też posmutniała. Postanowił więcej nie poruszać tego tematu. Teraz jednak objął ją i przytulił do siebie. Nie oponowała. - Nie denerwuj się. Chciałbym tylko, żebyś odłożyła swój wyjazd na jakiś czas. - Dlaczego o to prosisz? - Widzisz, ja… Nie dokończył. Przeszkodziło mu wściekłe szczekanie Oskara. Patrycja spojrzała wystraszona na leśniczego. - Kto to? – zapytała bezgłośnie. Nie odpowiedział. Wskazał tylko aby weszła do domu zabrała sarenkę ze sobą. Sam wziął tylko kurtkę, odznakę i przypiął broń do paska. - Nie wychodź stąd – powiedział, wychodząc. Chwyciła go za rękaw. Spojrzał na nią zdenerwowany. - Na wszelki wypadek. Nie wychodź stąd. Nim zdążyła cokolwiek więcej powiedzieć odtrącił jej rękę i wyszedł zostawiając z nią psa. Patrycja przysiadła na oparciu fotela. Bała się. Naprawdę się bała i to nie o siebie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu. Nie, nie mogę go zostawić – pomyślała. Ubrała bluzę i przypięła Oskarowi smycz, po czym oboje wyszli. Noc ogarniała ją ze wszystkich stron. Nie była w stanie nic dostrzec w panujących wokół ciemnościach, a pies gnał przed siebie. Zaciskała mocno dłoń na pasku, jednocześnie starając się zwolnić Oskara. Jednak jej wysiłki spełzły na niczym. Przypomniała się jej noc, kiedy uciekła. Dobrze, że nie pada deszcz – przebiegło jej przez głowę. Pies z nosem przy ziemi ciągle przyspieszał, aż w końcu przystanął, warcząc cicho. Patrycja podbiegła do niego i drapiąc zwierzę za uszami rozchyliła lekko krzaki. - Zostaw go. I tak nam nic już nie zrobi. - A jak go rano znajdą? – odezwał się drugi głos. Obydwa należały do mężczyzn. Patrycja nie musiała się domyślać, kim byli. Najlepiej to wyjaśniał ciemny kształt, który jeden z nich zarzucał sobie na ramiona. - Kto? Grzybiarze? - A nawet jeśli, to co? Myślisz, że poda rysopis twojej buźki? - Skąd wiesz, że nie? - Bo jest ciemno bałwanie! Zwiąż go i zostaw. Przy odrobinie szczęścia może go coś trafi. Patrycja przygryzła wargi. Wiedziała, o kim mówią. Marek… Leżał niedaleko i był nieprzytomny, ponieważ

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
W cieniu lasu — czytnik · opowiadania