Horror · 10 min czytania
W cieniu słońca - PROLOG
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Duży, stary dąb stał samotnie w centrum niewielkiej polany usłanej gęsto makami, drobnymi kaczeńcami i wysoką trawą. Z każdej ze stron otaczał ją gęsty las, który nawet za dnia skąpany był w półmroku. Cisza panująca w pobliżu zdawała się pulsować w skroniach głuchym rytmem, a widok majestatycznie wrośniętego w ziemię króla lasu odbierał mowę nie tylko artystom, którzy będąc w okolicy uwieczniali to niezwykłe zjawisko na swoich obrazach, szkicach, fotografiach i wśród wersów. Polana nazywana przez okolicznych mieszkańców "Świątynią Słońca" zachwycała wszystkich, którzy dostali się do jej środka. Nie bez powodu właśnie tak ją nazwano. Podczas gdy cały las, nawet w samo południe niknął w cieniu, Świątynia oblewana była promieniami słonecznymi z taką intensywnością, że zdawało się, jakby sam Bóg wybrał to miejsce i wyświęcił je, mianując swoim prywatnym skrawkiem raju, tu na Ziemi.
Dąb rozpościerający swe liczne ramiona nad znaczną częścią świątyni także zyskał swą własną nazwę. Trafnie obwołany "Rexem1" górował ponad każdym z drzew rosnących w okolicy, a jego korzenie wplątane głęboko w ziemię i te wystające ponad nią jak pułapki zastawione przez łowców sztuki wszelakiego rodzaju, wyglądały jak sieci macek, złudnie przypominając labirynt utworzony z krwi rządnych ramion bestii. Popękana i pocięta kora dodawała mu poważnego, wręcz przerażającego wyglądu i sprawiała, że wkoło "Rexa" powstała mistyczna woalka stworzona ze wszystkich fantastycznych legend, jakie człowiek przypisywał temu miejscu. Wyobraźnia ludzka nie zna granic. Jak żadne inne stworzenia, ludzkość potrafi korzystać z niej na swą niekorzyść, prowadząc cały swój gatunek do samozagłady. Tworzą bajki, legendy i historię, w które z biegiem czasu sami zaczynają wierzyć. Wcielając się w postacie ze swoich ulubionych książek i komiksów, zatracają poczucie rzeczywistości i gotowi są oddać własne życie za idee i wartości, których nawet do końca nie rozumieją.
Zdolność odróżniania fikcji od rzeczywistości niebezpiecznie zanika, głodzona przez kolejne tomy fantastycznych opowieści, zalewana coraz to nowymi porcjami filmów i legend, topi się w niewiarygodnie dużym tempie sama o tym nie wiedząc.
Jak w każdej legendzie istnieje małe ziarno prawdy, tak i w historii o "Świątyni Światła" jest jakaś jej część. Faktycznie, pośród gęstego lasu, w samym centrum świątyni, stoi w królewskim odzieniu z zielonych liści, jego wysokość, władca drzew - Rex. Zewsząd otaczają go jego wierni wasale, czerwonokrwiste maki, gotowe bronić go każdą częścią swych kruchych ciał. Nie opuszczają go także jego pomniejsi bracia, okuci w żółte hełmy, nieśmiertelne kaczeńce, pod strażą liczącą setki drzew rosnących w okolicy. Dzisiejszego poranka, chłodnego i mglistego, król Rex obudził się w towarzystwie swej ukochanej Damy dworu, która zasypiała u jego boku wieczorami.
Pierwsze promienie słońca oświetliły Świątynię, zalewając ją życiodajnym światłem. Maki powoli budziły się do życia, zaraz po nich powitały nowy dzień wesołożółte kaczeńce. Rosa pokryła całą polanę, orzeźwiając każdy jej centymetr. Rex zbudził się jako ostatni. Ze wschodu zawiał ciepły, ogrzany przez dobroduszne słońce wiatr, zmuszając króla do otrząśnięcia gałęzi. Cała scena wyglądała jakby rodem z baśni, przelana przez Stwórcę z kart prastarych ksiąg na realny wymiar. Malował się w rzeczywistości, używając najwyszukańszej palety barw, prowadzony dłonią samego Boga. Obraz dopracowany był w każdym calu, kolory dobrane idealnie z zachowaniem najmniejszej nawet zasady malarskiej, kompozycja utrzymana w całkowitym ładzie. Wszystko to ograniczone ramą utworzoną z lasu, tkwiło w niedalekiej okolicy potężnego, rozkrzyczanego miasta.
Harmonię psuła tylko jedna, czarna plama zalegająca pod stopami Rexa. Dama, kobieta jego życia, spędzająca przy nim każdą wolną chwilę, poruszyła się niezauważalnie. Leżała pod ogromnym dębem, okryta czarnym, długim płaszczem, w istnie nienaturalnej pozie, zwrócona twarzą ku ziemi. Kasztanowe włosy, poskręcane w gęste loki, opadały na twarz kobiety, osłaniając ją. Pierwsze promienie słońca, które zagościły wraz z jego wschodem w świątyni, pobudziły do życia także damę dworu. Gdy otworzyła swoje blado piwne oczy, blask uderzył o jej źrenicę z taką natarczywością, że zmusił ją do ich ponownego zamknięcia. Gdy po chwili przyzwyczaiła się do niego, szeroko rozchyliła powieki i ujrzała przed sobą czarną ziemię poprzecinaną drobnymi korzeniami, połamane i zwiędnięte maki i plątaninę swoich własnych loków. Z wielką trudnością uniosła głowę i podparła się rękami, miażdżąc pod dłońmi…