Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 46 min czytania

W domu Dzieci Zmierzchu (Smocze dziedzictwo VI)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słońce zachodziło nie tylko ponad strzelistym białym pałacem ukrytym pośród szczytów Dhai-kun, który zaparł Raice dech w piersiach. W Ylitorn, dumnej stolicy zamieszkałej przez ludzi części Aldery, królewska siedziba również pogrążała się w mroku, tak dosłownie, jak i w przenośni. Pośrodku wielkiej sali tronowej siedział na dywanie chłopiec. Piękne witraże w oknach rzucały kolorowe rozbłyski na jego eleganckie ubranie i, dziwnie jakoś nie pasującą do całości wrażenia, zapłakaną twarz. Szereg błyszczących stalą i brązem zbroi, rozstawiony wzdłuż przejścia ku wysokiemu tronowi, kamienne kolumny z wyrytymi na nich scenami walk i polowań, pełne powagi postacie na drogich portretach, oprawionych w najbardziej wyszukane drewno i najmisterniej rzeźbione srebro, legendarni bohaterowie wyobrażeni na tkanych złotymi nićmi arrasach, pokrywających ściany, wszyscy oni zdawali się w bezdusznym milczeniu obserwować i oceniać zachowanie zrozpaczonego dziecka. W przestronnej komnacie szloch rozbrzmiewał wielokrotnym echem, odbijając się od elegancko zdobionych ścian i wysokich okien. Chłopiec odziany w błękitne aksamity i jedwabie nie liczył sobie więcej niż jedenaście lat. Drobną twarzyczkę o pulchnych policzkach okalała zadbana fryzurka z kasztanowych loków, a niebieskie oczy wylewały z siebie strumienie łez, brzydko się czerwieniąc. W tym momencie żadnego znaczenia nie miało, kim było zapłakane dziecko. Nawet, jeśli malec nosił imię Cedrik i właśnie został kolejnym królem Aldery, przynajmniej dla zamieszkujących kontynent ludzi. Kimkolwiek by nie był, przypominał w tej chwili tylko zabeczanego, zasmarkanego chłopca, by nie rzec: gówniarza. Gdy usłyszał zgrzyt ciężkich drzwi do komnaty, ze wszystkich sił starał się opanować niegodne łkania, oznakę słabości. Wepchnął też pięści do oczu, trąc intensywnie powieki, czym, oczywiście, tylko pogorszył swój stan. Nie podniósł nawet głowy, uparcie wpatrując się w miękki dywan w kolorze burgundu, gdy ktoś o miękkim, cichym kroku zbliżył się do niego powoli. Pociągnął raz jeszcze nosem, czując się ostatecznie upokorzonym. Przybyły nie strofował go jednak i nie wygłosił mowy o godności jego nowego stanowiska, nie próbował też w żaden sposób go pocieszać. Przyklęknął jedynie obok zapłakanego chłopca i objął go mocno ramionami. Cedrik poczuł na twarzy miękkie, ciepłe futro kaftana i w jednej chwili zrozumiał, z kim ma do czynienia. - Jak dobrze, że przyszedłeś, Wilku! - choć głos trząsł się i łamał, dziecko na chwilę powstrzymało się od szlochu. Zroszona łzami buzia wtuliła się w kudły bezrękawnika, ręce spazmatycznie zacisnęły się na ramieniu klęczącego młodzieńca. Ten jasnowłosy strażnik różnił się od pozostałych na dworze. Uśmiechał się często, miał ciepło w oczach i nie próbował nigdy pouczać Cedrika o jego obowiązkach. Wręcz przeciwnie, pomagał mu czasem wykradać się z królewskich komnat i zabierał na wyprawy do lasu, gdzie chłopiec przeżył swoje najpiękniejsze dziecięce przygody. Tak, bohater nawet ubierał się inaczej niż wszyscy - dworzanie nosili drogie atłasy i ciężkie brokatowe tkaniny, a strażnicy zazwyczaj błyszczeli w swoich stalowych pancerzach. Ten, nawet gdy przywdziewał zbroję, nie rozstawał się ze swoim kaftanem z wilczej skóry. Opowiadał kiedyś Cedrikowi, że futro jest pamiątką po jego pierwszej misji, kiedy to jako młodziutki strażnik został zobowiązany do uwolnienia jednej z wiosek w podgrodziu od wściekłego drapieżnika, morderczego samotnego wilka. Szaro-srebrne, miękkie futro stało się od tego wydarzenia atrybutem strażnika, a w kilka lat później zaowocowało także imieniem, jakie nadał mu Cedrik. - Tata nie powinien tak umrzeć, Wilku! - poskarżyło się teraz dziecko, znajdując wreszcie kogoś, kto wysłucha go bez uwag. Matka chłopca zmarła niedługo po jego urodzeniu, a nianie o miękkich dłoniach i ciepłych głosach przestały się nim zajmować, gdy skończył siedem lat. Cedrik miał wyrosnąć na mężczyznę, prawdziwego, twardego mężczyznę, i chowano go z tym zamysłem. W efekcie teraz tylko Wilk, który znał dziecięce marzenia i sny chłopca, pomyślał o jego uczuciach. "Tata nie powinien tak umrzeć"... Cóż, prawda! Królowi przystało ginąć bohatersko na polu walki, gdy własną piersią osłania niewiastę ze swego ludu, lub w pojedynku z bestią, naród nękającą. Może też dożyć sędziwego wieku, wyhodować długą, srebrną brodę i odchodzić po latach dobrze wypełnianych obowiązków, pozostawiając po sobie godnego, słusznie przygotowanego następcę. Co to za śmierć dla króla - spaść z konia podczas przejażdżki? Władca Aldery, Rufus III, nie miał na karku nawet trzydziestu pięciu lat, tymczasem przeżył ledwie dwa dni po upadku ze swego wałacha. Jeszcze wiele czasu powinno mu upłynąć na zarządzaniu ludem z wysokości tronu w Ylitorn. Tymczasem całkiem młody jeszcze monarcha zamknął oczy w królewskiej sypialni nie dalej jak trzy godziny temu, pozostawiając krainie jedenastoletnie dziecko, ledwie znające życie. Rozdzwoniły się dzwony w całej stolicy, a nowy, mały król schował się w sali tronowej, gdzie w spokoju wypłakiwał swój żal i samotność. Tylko jeden przyjaciel pamiętał o nieszczęsnym dziedzicu tytułu. - Zaopiekuję się tobą, Cedriku - obiecał młody strażnik w kaftanie z wilczego futra, sam do końca nie wiedząc, na co się decyduje. Nie miał jeszcze dwudziestu lat, a wziął na siebie odpowiedzialność za czyjeś istnienie, stając się jakby drugim ojcem dla chłopca, który utracił oboje rodziców. Nowy król bez słowa zacisnął wątłe ramionka na szyi swojego przyjaciela, nazywanego Wilkiem. Dłoń strażnika opiekuńczym gestem objęła jego plecy.

Smok usiadł lekko i zgrabnie w wyłożonym kamieniem kręgu przed pałacem. Zahirou pomógł Raice zsunąć się z wysokiego wierzchowca, po czym machnął lekko dłonią i ze słowami "do zobaczenia" na ustach poderwał jaszczura do dalszego lotu. Wkrótce zwierzę zniknęło z pola widzenia, chowając się w jednej z jam u szczytu góry, nachylającej się nad miastem niczym matka nad kołyską z kwilącym dziecięciem. Dziewczyna przypatrywała się okazałej budowli, nie przejmując się już teraz, że wygląda niemądrze z rozszerzonymi podziwem oczami i rozwartymi wargami. Jakże pięknie musiał ten pałac wyglądać o wschodzie słońca, gdy promienie rozświetlały wszystkie białe łuki i misterne zdobienia! Budynek składał się z pięciu strzelistych, smukłych wież, z których środkowa sięgała chyba samego nieba. Półokrągłe ściany pokrywały rzeźbienia, przedstawiające najczęściej rośliny, pnące się w górę, aż do błyszczących jeszcze w ostatnich błyskach słońca, trójkątnych zwieńczeń. Podobne ornamenty zdobiły kute uchwyty latarń, prowadzących szpalerem do wysokich wrót pałacu, w których właśnie rozpalano wesoło trzaskające płomienie. Stinas Teresse, skalny ogród... rzeczywiście, choć nie widziała dotychczas żadnej żywej rośliny, wydawało się, że zewsząd otaczają ją liście, pnącza i kwiaty. - Więc to jest twój dom, Inoshikete-senya - bardziej stwierdziła, niż spytała, gdy obok siebie dostrzegła wysoką, znajomą postać. Nie mogła sobie przy tym odmówić małej złośliwości, dając mu odczuć, że poznała jego tajemnicę. Skulił się w sobie, jakby zabolał go ten oficjalny tytuł. - Wolałbym, gdybyś pozostała przy "Inoshi". Zrozumiała, że Idara Denno naprawdę nie lubi być wynoszony ponad swoich pobratymców, a przynależność do rodu Ametarai jest mu bardziej ciężarem, niż zaszczytem. A przecież tak naprawdę wcale nie chciała sprawić mu przykrości! - Mogłeś mi jednak napomnieć, że miałam czelność skrzyżować oręż z księciem Dzieci Zmierzchu! - roześmiała się, nadając sytuacji zupełnie inny wyraz. Ucieszyła się teraz, gdy dostrzegła uśmiech na jego ciemnej twarzy. Tymczasem wrota rozwarły się i wyszła spomiędzy nich inna znajoma postać. W misternie splecionym warkoczu, z błyszczącym brylantem pośrodku czoła, w olśniewającej sukni i dodatkowo okrywającym ramiona futerku z długim, białym włosem, Kayuu wydawała się dużo bardziej na miejscu, niż jej brat. Jednak w twarzy i w ruchach oboje mieli tę samą godność, tę samą dumę. - Jesteście - kapłanka przywitała ich z łagodnym uśmiechem, potem zwróciła się ku Raice. - Twój przyjaciel odzyskał na chwilę przytomność, jego duch nie ucierpiał przy oddzieleniu od ciała. Kiedy odzyska siły, będzie taki, jakim go pamiętasz. Nie! - wstrzymała ramieniem dziewczynę, która już zrywała się do biegu, pokręciła kształtną głową. - Dziś już go nie zobaczysz. Powinien dużo odpoczywać, niechaj śpi. Śmierć to dość męczące doświadczenie. - Tak, zapewne - zgodziła się wojowniczka, choć przecież ostatnie zdanie powinno być dla niej czystym absurdem. Od dzisiejszego poranka wiele się zmieniło w jej postrzeganiu świata. - Twój towarzysz najprawdopodobniej będzie musiał spędzić trochę czasu w łóżku - odezwał się tymczasem Inoshi, a siostra skinęła głową, potakując. - Bądźcie do czasu jego wydobrzenia naszymi gośćmi w Stinas Teresse. Nikt lepiej niż Kayuu nie zajmie się wskrzeszonym, ty natomiast, jako ogniwo łączące ludzi i Dzieci Zmierzchu, jesteś dla nas bezcenna. Spróbujmy dowiedzieć się więcej o sobie nawzajem, a może też... o twojej przeszłości? - Wiecie coś o mojej matce? Kim była? - rumieniec podekscytowania wystąpił na policzki Raiki. Oto być może zbliżyła się do tajemniczej istoty, która dała jej życie. Wśród ludzi nigdy o niej nie mówiono, może odnajdzie prawdę wśród Idara Denno? - Nic mi nie wiadomo o żadnych krzyżówkach krwi, w których brałyby udział Dzieci Zmierzchu - kapłanka rozwiała jej nadzieje. - Ale możemy spróbować czegoś się dokopać, mamy w pałacu pergaminy, na których spisywano różne historie. - Do tej pracy weźmiemy się jednak jutro - Inoshi położył rękę na ramieniu siostry. - Odpocznijmy po dniu pełnym wrażeń.

Przyzwyczajona raczej do spania pod gołym niebem, bez grymasów znosząca wszelkie związane z tym niewygody, kolejnego poranka Raika w pierwszej chwili wręcz zgłupiała. Pod plecami czuła miękkie skóry, przykryte miłą w dotyku tkaniną, ciepło zapewniał okrywający jej nogi wełniany koc i solidne ściany, otaczające łóżko. Pierwsze promyki słońca zaglądały nieśmiało do komnaty, wpadając przez wysokie okno. Dopiero po chwili pamięć, zalewająca jej umysł jak samotna fala, przyniosła wspomnienia poprzedniego dnia i świadomość miejsca, w którym się znajdowała. Przypomniała sobie późny wieczór i momenty przebudzenia w nocy, gdy spoglądała przez okno w bezchmurne niebo i pozdrawiała gwiazdy nad Stinas Teresse, dziwnym trafem te same, które towarzyszyły jej w tak zwyczajnych miejscach jak Nardena i reszta Aldery. Zerwała się teraz z posłania i dłońmi przygładziła koc. I tutaj dosięgnął ją emblemat miasta Idara Denno - ramy łóżka nieznany artysta również przyozdobił motywami roślinnymi. Całe szczęście nie atakowała jej tu aż tak bardzo wszechobecna biel, złagodzona w komnacie barwami beżu, brązu i złota. Słońce stało już na niebie całkiem wysoko, więc dziewczyna wyszła bez wahania, pragnąc przede wszystkim zobaczyć się z Saiem. Przemierzała korytarz, kierując się na pamięć do dużej sali na parterze, w której miała nadzieję spotkać Kayuu lub Inoshi'ego. Mijając ozdobne tkaniny, służące w oknach za zasłony przed jaskrawym światłem poranka i pamiętając o wystroju jej własnego pokoju, nie mogła się nadziwić, ile przydatnych rzeczy łupią Khunowie. Już poprzedniego dnia zastanowiło ją, skąd Dzieci Zmierzchu, nie utrzymując wszak kontaktu z żadną inną rasą i nie prowadząc handlu, biorą wszystkie te bogactwa. Wyszukane te dobra nie mogą być wszak dostępne dla mieszkańców gór! Inoshi wyjaśnił jej wówczas, że cokolwiek znajdzie się w chatach Khunów, prędzej czy później trafi do Stinas Teresse, a że stwory żyją niemal wyłącznie z tego, co złupią, również Idara Denno nie mają powodów do zbytniego narzekania. Może tylko czasem chciałoby się wgryźć w świeży, soczysty owoc, zerwany z obsypanego liśćmi drzewa... Jednak, jako że większość z nich nie znała nawet tego uczucia, nie tęsknili za nim aż tak bardzo. Pogrążona w myślach, niemal wpadła na Kayuu, która nagle wynurzyła się zza zakrętu korytarza. Nagle wstrzymawszy szybki marsz, przeskoczyła z nogi na nogę, by nie stracić równowagi. - Widzę, że humor ci dopisuje i energia rozpiera, miły gościu - kapłanka roześmiała się. Dziś miała na sobie tę samą błyszczącą bielą suknię, a szyję okalał krótki sznur niewielkich perełek. Luźno puszczone srebrne włosy opadały miękko na ramiona, nadając jej ciemnej twarzy prawdziwie nieziemski wygląd. Raika w odpowiedzi machnęła tylko ramieniem, uśmiechając się również. - Chodźmy zatem odwiedzić twojego przyjaciela - podjęła Kayuu. - Z pewnością nie możesz się już tego doczekać. Dziewczyna skinęła głową z trudnym do ukrycia entuzjazmem. Posłuszcnie podążyła za ruchem czarnej, smukłej dłoni. Kapłanka wiodła ją przez korytarze pewnie, choć wojowniczka miała wrażenie, że nigdy nie potrafiłaby się odnaleźć w tym labiryncie, choćby wieki całe spędziła w pałacu. W końcu stanęły obie przed drzwiami zdobnymi w, cóż za niespodzianka, rzeźbione pnącza z rozkwitłym kwieciem. Kayuu położyła palec na ustach, gdy wślizgnęły się do środka utrzymanej w pastelowo zielonych barwach komnaty. Nie czyniąc hałasu, podeszły do łoża, w którym nieduży pół-Avreg zdawał się niemal niemowlęciem. Raika, zawstydzona wzruszeniem, jakie ogarnęło ją na widok rytmicznie i spokojnie wznoszącej się klatki piersiowej przyjaciela, wierzchem dłoni otarła zdradliwą wilgoć z powiek. Spojrzała na kapłankę, niemo wyrażając wdzięczność za życie towarzysza i pytając o pozwolenie na obudzenie go. To działanie okazało się jednak zbędne. Czujny Sai przez sen uświadomił sobie czyjąś obecność i w tej samej chwili otworzył brązowe oczy. - Raika - uśmiechnął się, a orzechowe tęczówki rozbłysły wesołym płomieniem, jak zawsze. Jak zawsze. - Dobrze cię widzieć. - Sai, ty ośle bezmózgi, głupku szczytowy! - dziewczyna pokryła szorstkimi słowami nachodzącą ją znowu falę wzruszenia i czułości. - Jeśli ośmielisz się umrzeć jeszcze raz, będziesz miał ze mną do czynienia! - Groźba twa napełnia me serce prawdziwą trwogą - odpowiedział z kpiną, by w chwilę potem spojrzeć na stojącą przy łóżku kapłankę. - Kayuu! - wykrzyknął uradowany, przypominając sobie wczorajszy wieczór, wypełniony rozmową z ciemnoskórą pięknością. - Bądź pozdrowiona, o pani! Twa uroda jest wzniosła niczym niebiosa, mądrość głęboka niczym ocean, a łaska rozległa jak pustynia w mej rodzinnej krainie! Raika zdumiała się tym potokiem kwiecistej mowy, bo choć jej towarzysz nigdy nie należał do milczków, niedawny zgon chyba jednak zobowiązywał do zachowania odrobiny powagi! Młoda Akubiiru roześmiała się tylko dźwięcznie, napełniając komnatę niby rozkołysanymi miedzianymi dzwoneczkami. - Zaprawdę wielką byłoby stratą dla świata, gdyby ten maluch zginął. Cieszę się, że przywróciłyśmy go życiu. - Tak, wkrótce stanę na nogi i wówczas dopiero dam wszystkim do wiwatu - odgrażał się Sai. - Nie sądzę, żebyś miał wkrótce wstać z łóżka, wielki, choć niewysoki wojowniku - Kayuu pokręciła głową, dotykając ostrożnie ciemnego ramienia, spoczywającego bez ruchu na kocu. Pół-Avreg syknął. - Tak, jak myślałam - srebrnowłosa kontynuowała badanie. - Poza niegroźnymi, choć bolesnymi siniakami na całym ciele, podczas upadku złamałeś rękę. I to niejednokrotnie, mój przyjacielu! Do tego nie podoba mi się twoje prawe biodro, musiałeś nieźle łupnąć o skałę, spadając. Sai zaczerwienił się aż po swój czarny kucyk u szczytu głowy, gdy pomyślał, że piękna kobieta przyglądała się jego biodrom. Cóż jeszcze z nim wyczyniała, gdy leżał nieprzytomny? - Co to dla nas znaczy, Kayuu? - blondwłosa wojowniczka myślała praktyczniej. - Czy Sai został na długo unieruchomiony? - Minie co najmniej cztery razy po siedem dni, zanim będzie w stanie w miarę sprawnie się poruszać na górskich ścieżkach Dhai-kun. - Cztery razy po siedem...? - powtórzyła Raika. - Toż to cały cykl Ibera i Ubry! Zima zdąży nastać. - To prawda - skinęła głową i podniosła się znad okaleczonego ramienia maga. W tej chwili do komnaty wszedł Inoshi. Wojownik pozdrowił wszystkich i zapytał o zdrowie Saia, wyrażając radość, że poszkodowany przez smoka czuje się już lepiej. Ta chwila dała Raice czas niezbędny do zastanowienia się. - Ale przecież, jeśli śniegi spadną, nie wydostaniemy się już ze Stinas Teresse - uświadomiła sobie. - Wobec tego bądźcie naszymi gośćmi na dłużej - zaproponowała kapłanka, niemo pytając o zgodę brata. Ten skinął zachęcająco głową. - Zostańcie z nami przez zimę. Wiosną wyruszycie z Dhai-kun, zresztą wraz ze sporą grupą Idara Denno. Pół-Avreg uniósł się na poduszce, zaciekawiony słowami, jakie padły. Dziewczyna już po raz drugi słyszała o planowanej wyprawie Dzieci Zmierzchu. Teraz jednak zdawała już sobie sprawę z tego, że Inoshi będzie jej przewodzić. - Po co idziecie, ty i twój lud? - spytała, nachylając się w jego stronę. - Czy nie łatwiej jest pozostać tu, gdzie nie napotykacie na ludzki strach i nienawiść, a smocze dziedzictwo nie znajduje tyle pokarmu? Co was pcha? - Tak być musi - odrzekł tylko, tak jak wcześniej ucinając dyskusję zdecydowanym tonem głosu. Wojowniczka w poszukiwaniu wsparcia spojrzała na Kayuu, kapłanka jednak spoglądała w okno nieobecnym wzrokiem, w którym czaił się cień smutku. Raika, z westchnieniem, zrezygnowała. - Co powiesz na to zaproszenie, Sai? - zwróciła się do towarzysza, zamiast daremnie nalegać na odpowiedź. Oboje Idara Denno zostawili ich teraz samych w zielonym pokoju, pozostawiając im decyzję o pozostaniu lub wymarszu ze Stinas Teresse. Czy jednak tak naprawdę mieli jakikolwiek wybór? - Wiem, że spieszy ci się odnaleźć Reino - mruknął pół-Avreg zza miękkiej poduszki. - Ale nie sądzę, bym był gotów do drogi przed zimą. Jeśli chcesz, zostaw mnie wśród Dzieci Zmierzchu i sama zdążaj do Ylitorn, nie zabłądzisz przecież. - Z pewnością nie - uśmiechnęła się swoim łagodnym uśmiechem, który nadawał jej twarzy dziecięcy wygląd. Błyszczące orzechowo oczy przybierały kształt migdałów, a w policzkach pojawiały się urocze dołeczki. - Ale taka możliwość odpada. Nie zostawię cię tutaj samego. Pójdziesz ze mną, lub nie pójdzie żadne z nas. - Wobec tego, jeśli chcesz opuścić miasto, radzę ci przygotować się na targanie mnie na rękach przez całą drogę. - Zapomnij! - uderzyła go lekko w zdrową rękę. - Poza tym, widzę wyraźnie, że oczy ci się śmieją do bliższego poznania Idara Denno. Myślisz, że ja nie jestem ich ciekawa? Ylitorn ciągnie, to prawda... Ale przygoda również! - Tak, to ci jest dopiero wyprawa! - podniósł się, rozgorączkowany, zapominając o urazie ramienia. Syknął i opadł na posłanie, nie stracił jednak entuzjazmu. - Pomyśl, jesteśmy w Stinas Teresse, w sercu Dhai-kun. Być może to miasto nie gościło jeszcze nigdy człowieka ani Avrega! To takie ekscytujące! Dziewczyna stanęła przy otwartym oknie, wystawiając twarz na wiatr. Chłodny powiew poruszył delikatne zasłonki, zafalowały też jej blond włosy. Daleko, ponad szczytami gór, ścigały się dwa sokoły, podejmując ni to walkę, ni to taniec, w świeżym powietrzu późnego poranka. - To prawda - skinęła jasną głową. - Pójdę im zatem obwieścić naszą decyzję. Ty tymczasem odpoczywaj, nie trzeba żebyś chorował dodatkowo. Sai nachmurzył się na perspektywę leżenia w łóżku, kiedy okolica była tak zajmująca, nie miał jednak innego wyboru. Raika lekkim klepnięciem w policzek dodała mu otuchy, po czym wstała z posłania i zeszła do dużej komnaty na parterze, gdzie na kamiennej ławie, przykrytej ozdobnymi poduchami, zastała Dzieci Zmierzchu. Inoshi i Kayuu, choć nie spodziewali się niczego innego, z radością przyjęli ich decyzję. Kapłanka nawet objęła dziewczynę serdecznie, witając oficjalnie w pałacu. - A tymczasem, Raika, mamy dla ciebie niespodziankę! - wykrzyknęła, puszczając w końcu jej szyję. - Usiądź, proszę. Dziewczyna spoczęła na jedenj z poduszek, a kapłanka przyniosła im po kubku doprawionego jakimś słodkawym zielem mleka. Jak wojowniczka zdążyła się dowiedzieć, Dzieci Zmierzchu w Stinas Teresse żywiły się głównie mięsem i mlekiem oswojonych górskichh kóz, czasem tylko miały okazję zakosztować ludzkich specjałów, zagrabionych Khunom. Mleko przyjemnym ciepłem spłynęło w gardło, zostawiając na języku słodki posmak. Dziewczyna niemal mlasnęla z zadowoleniem, potem spojrzała wyczekująco na Inoshi'ego. - Przeszukałem dostępne źródła z naszej biblioteki w poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji o Idara Denno na terenach ludzi - nie kazał jej niecierpliwić się dłużej. - Tak, jak myślałem, przedstawiciele naszej rasy nie zapuszczali się w rejony zamieszkałe przez inne ludy. Nigdy dotychczas też Stinas Teresse nie gościło człowieka, Avrega ani Khuna. Teoretycznie, nie masz prawa istnieć. Raika spuściła głowę, ogarnięta nagłym smutkiem. Ona wiedziała, czuła, że jest w połowie Dzieckiem Zmierzchu! Czyżby odnalezieni pobratymcy mieli jej teraz nie uwierzyć i odrzucić ją? - A jednak - kontynuował, uśmiechając się. - w praktyce istniejesz ponad wszelką wątpliwość. Choćbym chciał zaprzeczyć, przekonuje mnie o tym ból mięśni po wczorajszej walce z tobą. Szukałem zatem dalej, drążąc uparcie każdy dokument. W końcu znalazłem maleńką wzmiankę o kobiecie Idara Denno, która wierzyła, że może żyć pomiędzy ludźmi. Okolona złotymi pasmami głowa uniosła się, brązowe oczy wpatrzyły z nadzieją w ciemną twarz mówiącego. Czyżby Inoshikete odnalazł ślad jej matki? Czy teraz, w końcu, pozna imię i dzieje tej, o której społeczność kupców na wozach zaprzężonych w humale wolała milczeć? - Notatka jest krótka - zaczął Inoshi ostrożnie. - i właściwie nie musi oznaczać, że wspomniana w niej osoba była twoją matką. W ogóle nie mówi ona o żadnych dzieciach. Jedyne, co znalazłem, to informacja, że jakieś dwadzieścia lat temu żyła wśród nas kobieta naszego rodu, która wierzyła, że panuje nad smoczym dziedzictwem. Ponoć rzeczywiście uzdolniona w tym kierunku, wielokrotnie dawała dowody na potwierdzenie swoich słów. Ja i Kayuu byliśmy wtedy jeszcze dziećmi, ledwie odrosłymi od ziemi, więc żadne z nas jej nie pamięta. Kobieta ta, chcąc udowodnić, że smocze dziedzictwo nie ma nad nią kontroli, podjęła się pójść i nawiązać kontakty z ludźmi. Opuściła Stinas Teresse... i nigdy nie wróciła. Przypuszczano wówczas, że zginęła gdzieś w ludzkim świecie i nikt nie próbował pójść za nią. - A tymczasem najprawdopodobniej przeżyła jeszcze całkiem niekrótką chwilę - Raika zapatrzyła się w miodowo-brązową mozaikę, pokrywającą sufit. Jej orzechowe oczy śledziły przebieg cienkich, posplatanych ze sobą linii. Łatwiej było rozwiązywać zagadkę tego labiryntu, niż próbować zrozumieć koleje własnego życia. - Czy wspomniano imię tej kobiety? - spytała teraz Kayuu, zapomniawszy zupełnie o swoim słodzonym mleku, które dawno już pokryło się kożuchem. - Tak, i to jeszcze bardziej skłania mnie ku myśli, że odnalazłem właściwą osobę - wojownik rzucił siostrze szybkie spojrzenie. Raika,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
W domu Dzieci Zmierzchu (Smocze dziedzictwo VI) — czytnik · opowiadania