akcja · 26 min czytania
W dziczy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W Dziczy
- Za głośno, cholera – zaklął cicho, nerwowo zaciskając zęby. Zatrzymał się, nasłuchując uważnie. Jedyną odpowiedzią była przewlekła cisza, którą od czasu do czasu zakłócał delikatny podmuch jesiennego wiatru. Pomimo panującego spokoju, nie czuł się bezpiecznie. Zatrzymawszy się w półkroku, stał teraz na jednej nodze. Druga, jakby wsparta o niewidzialny stopień, drżała w powietrzu. Jego jasna, przypominająca marmur, blada cera, odcinała się widocznie od ciemnego tła. Ani słuch, ani wzrok nie były w stanie przemóc siły jego wyobraźni, która nieustannie podsuwała mu kolejne wizje czyhających niebezpieczeństw. Gdzieś w głębi jego umysłu kryły się stwory, których ciężki oddech niczym niewidzialna mgła unosił się znad spowitych mrokiem zarośli. Rozglądając się uważnie dookoła, postawił w końcu drętwiejącą nogę na ziemi. Kilka kropel zalegających na przemoczonej ściółce opryskało nogawki jego spodni. Wilgotny, kolorowy dywan, utworzony ze świeżo opadniętego listowia, pokrywał całą drogę. „Być może i droga do piekła ma piękny dywan” – pomyślał mężczyzna otulając się szczelniej płaszczem. Stąpał powoli i ostrożnie, jakby w obawie, że ktoś może go usłyszeć. Liście, które miały tłumić dźwięk jego kroków kryły pod sobą liczne drobiazgi obumarłej natury, które pod ciężarem jego ciała wydawały ostatnie głośne westchnienia. Ze wszystkich sił starał się zachować naturalny rytm kroków, przy jednoczesnym zachowaniu jak największej ostrożności. Nie chciał by ktoś wziął go za szaleńca, lub co gorsza, za złodzieja, który wśród cieni ucieka z miejsca przestępstwa. Nie, nie! Kurczowo zaciskał pięści i błagał los, by nie spotkać nikogo na swej drodze. - Jeszcze trochę – dodawał sobie otuchy. – Jeszcze kawałek. Nieustanne, głuche dudnienie nie dawało mu chwili spokoju, bolesnym echem odbijając się wśród jego myśli. I choć początkowo przekonany był, że to jego ciężkie buty wydają ten dobijający dźwięk, to z każdym krokiem wzrastała jego wątpliwość. Co chwilę rzucał nerwowe, krótkie spojrzenia od ziemi na stopy i z nich na szczelnie zaciśnięty płaszcz w okolicach serca. Organ, który przez całe jego życie milczał, jakby niepewny swojego jestestwa, teraz dawał o sobie znać, głośno i wyraźnie manifestując swoje istnienie. Gdyby nie samotność i konieczność zachowania ciszy z pewnością klął by najgłośniej jak potrafi, obrażając boga, świat i ludzi – zwłaszcza tych, którzy zmusili go do opuszczenia domu. Ci neofici młodości zdecydowali celebrować każdą wolną chwilę pijaństwem i wyuzdaniem, które raziły go tak bardzo, że czasem doprowadzały do łez. To przez nich i swoją uległość zmagał się teraz z mrokiem nocy. Pomimo wczesnej jesieni było nadzwyczajnie zimno. Dął przejmujący wiatr, który jakby skryty za drzewami czekał tylko na zagubionego wędrowca by rzucić mu swój śmiech prosto w twarz i patrzeć jak tamten się krzywi. I choć przejmujący chłód zdawał się przenikać do szpiku kości, to delikatne dreszcze jakie wstrząsały wędrowcem nie były jego efektem. Reagował tak na zimne krople potu, który wąską stróżką nieustannie toczył się wzdłuż jego pleców czyniąc wilgotnym coraz większą część jego ubrań. By choć na chwilę oderwać myśli od cichego pomruku strachu, który narastał w nim nieustannie, co jakiś czas wyciągał spocone i skostniałe ręce z kieszeni by spojrzeć na zegarek. Pilnowanie upływającego czasu stanowiło, swego rodzaju, ucieczkę od rzeczywistości. Te chwilowe, krótkie spojrzenie było zwieńczeniem całej zabawy, po której z rezygnacją opuszczał ręce i nerwowymi ruchami próbował osuszyć je o wilgotne już spodnie. „Cholerna noc – zaczął myśleć – pełna wątpliwości i niedomówień.” Cienie pobliskich drzew, które nieustannie mijał w trakcie swojego miarowego marszu, kładły się w równych odstępach wzdłuż całej drogi. Stanowiły jakby punkty kontrolne, których przekroczenie zbliżało go do celu. O! Żałował w owej chwili, że nie dowiedział się nigdy ile dokładnie rośnie ich w tym miejscu, mógłby wtedy odliczać je by w ten sposób uwolnić się od myśli. Smutno zwiesił głowę, która podskakiwała delikatnie przy każdym kroku. Zrezygnowany i zaskoczony własnym lękiem, wpatrywał się zamglonym wzrokiem w brudne od błota buty, do których przyczepił się jeden zgniły liść. Dziwił się, że jego nogi, jakby niezależne od niego, przepełnione własną siłą, niosą go do upragnionego i bezpiecznego domu. Świat miniaturyzacji i odtwarzania. Tak, tak! Ten przeklęty świat, który wyklinał teraz w myślach, stworzył własne gwiazdy. Umieścił je blisko nad ziemią, niemal na wyciągnięcie ręki. W pierwszych dniach swego istnienia iskrzyły dzikim blaskiem, niczym drobne słońca rozsiane nad ziemią. Nadzieja ulatywała z nich równie szybko jak ich siła. Zaledwie po kilku dniach przygasały, jakby zmęczone. Światło, które rzucały oświetlało jedynie gęste opary, które nieustannie wokół nich krążyły. Zdarzało się, że gasły po tygodniu lub dwóch, jakby zmęczone i zrezygnowane. I choć nie błyszczały zbyt jasno, i choć niewiele było w nich piękna, to skutecznie przesłaniały te wszystkie prawdziwe niebiańskie iglice, pramatki tych sztucznych, odcinając tym sposobem ludzi bytujących w tej dziczy od źródła piękna. Ci słabi, pozbawieni nadziei, skuszeni ich blaskiem nieraz wyciągali umorusane błotem ręce po tą odrobinę światła. Zdawało im się, że wystarczy jedynie wspiąć się na palce, wyciągnąć plecy i mocno chwycić jedną z gasnących gwiazd, po czym przyciskając ja do serca opaść na ziemię. Jednakże, czujne oko samego boga czuwało nad bezpieczeństwem sztucznych tworów. O! Istota ta sięgała nawet dalej… Bezustannie lustrując każdy skrawek, każdy fragment gęstej dziczy, sprawdzając czy każdy i wszędzie przestrzega jego praw. Jeden błąd wystarczył by zostać skreślonym na resztę życia. Takie było boskie prawo na tej brudnej i rozmiękłej ziemi. Mężczyzna nerwowo pokręcił głową, jakby odganiając od siebie wszystkie te myśli. „Ani miejsce, ani czas na to” – pomyślał zapatrzony na jedną z pobliskich gwiazd. Czuł, że przydałoby mu się, nawet tak nędzne, światło, które mógłby ściskać przy sercu. Panująca cisza oraz równy i bezmyślny krok zdawały się uspokajać mężczyznę. Przez chwilę jego napięta twarz rozluźniła się, a na ustach zagrało widmo delikatnego uśmiechu. Kolejne cienie mijane po drodze przeciągały się ciemnym pasem na jego bladej twarzy. Bardzo powoli i ostrożnie rodziła się w jego sercu nadzieja, że uda mu się dotrzeć do domu bezpiecznie. Snuł, wciąż ostrożnie, pierwsze wizje czekającego go wkrótce wypoczynku, gdy w jednym momencie, jego ciało zamarło w bezruchu. Bez udziału świadomości, instynktownie mięśnie całego ciała ściągnęły się w żelaznym uścisku, jak tryby wielkiej maszyny zatrzymanej nagle w pełnym biegu. Już drugi raz tej nocy zatrzymał się w półkroku, z jedną nogą wysuniętą przed siebie. Nasłuchiwał. Zdawało mu się, że usłyszał jakiś niepokojący dźwięk, ale nie mógł znaleźć potwierdzenia dla swoich domysłów. Rozglądał się uważnie nie kryjąc już drżenia, które momentalnie wstrząsnęło jego ciałem. Uparcie wpatrują się w ciemność, próbował gotować się na najgorsze. Spojrzał na zegarek. Minuty biegły nieubłaganie, coraz szybciej tocząc kręgi wokół starej, pordzewiałej tarczy. Nic się nie działo i jedynie wiatr zmęczony czekaniem, co jakiś czas wyskakiwał zza kolejnego drzewa. Wędrowiec odetchnął z ulgą. „Znowu mi się zdawało” – pomyślał . Stąpając wolno i ostrożnie próbował wrócić do przerwanego marszu. Pochylając głowę starał się przywołać ową beztroską bezmyślność, która przez krótką chwilę umilała mu drogę. Zdawało się, że udaje mu się wrócić do zatraconego tempa, gdy zalegającą ciszę przerwał głośny, donośny śmiech, którego echo, jak potężny grzmot, przetoczyło się po milczącej okolicy. Po krótkiej chwili zawtórowały mu kolejne, jakby wilcze śmiechy, radujące się ze zdobytej zwierzyny. Po drugiej stronie ciemnej linii drzew i krzewów dało się słyszeć krzyki i śpiewy uzupełniające ten złowróżbny chichot . „Co za przeklęte stworzenia radują się o tak późnej porze?” – z przerażeniem zastanawiał się mężczyzna, który ze zdziwieniem przystanął w miejscu. Przed oczami przetoczyła mu się wizja roznegliżowanych, starych i zgrzybiałych wiedź, które zatracone w swej chuci tańczą przy wielkim ognisku. Wokół nich głupiutcy, półnadzy mężczyźni zwabieni ich śmiechem z pianą na ustach i wywalonymi jęzorami czekają na swoją kolej by zaspokoić swe żądze. Ślepi na brzydotę, nie zważając na dotychczasowe przekonania, jak wierne psy czekają na kości. Ci głupcy, narzędzia w rękach okrutnych wiedź, nie wiedzą jeszcze, że poranek przywita ich w płomieniach. Truchło tych nędzników zawiśnie na najwyższym drzewie jako przestroga dla przyszłych pokoleń. Przytoczona wizja niczym kubeł zimnej wody podziałała na przerażonego mężczyznę. Ciężkie krople, które do tej pory zbierały się u szczytu jego czoła teraz powoli spływały po jego twarzy pozostawiając za sobą piekący ślad. Delikatne drżenie, które od czasu do czasu wstrząsało jego ciałem teraz przemieniło się w konwulsyjne drgawki, przez które ciężko było mu utrzymać równowagę. Przecierając dłonią mokre od potu czoło zdał sobie sprawę, że nic nie czuje. Zmarznięte, skostniałe ręce zdawały się już pozbawione życia. Szeroko otwarte oczy, których białka nabiegły krwią drgały nerwowo utkwione w jednym punkcie. Obawiał się, że jeżeli odwróci się chociaż na moment, jeżeli poruszy się w ogóle, to los jego zostanie przekreślony na wieki. Krótki, płytki i urywany oddech targał jego wątłą piersią, którą od środka, niczym drobnymi kawałkami lodu, przeszywał strach. Och! Gdyby tylko był dzieckiem. Mógłby rozpłakać się teraz, tak po prostu. Ciężkie, ciepłe łzy zamiast zimnego potu spływałyby po jego twarzy i czułby się, może, lepiej. Nikt nie winiłby go za ten brak odwagi. Był jednak dojrzałym, dorosłym mężczyzną, tym który bał się tego hałasu gnieżdżącego się w mroku. - Kurwa! – zaklął drżącym głosem, by wynagrodzić sobie brak łez. Śmiechy i krzyki nadal dobiegałby z oddali. W końcu bezczynność zaczęła ciążyć mu bardziej niż strach. Pierwsza, nieudana próba postąpienia naprzód uświadomiła mu jak słaba jest jego wola zamknięta w równie słabym ciele. Drżące nogi odmówiły posłuszeństwa. Uginały się coraz bardziej przy każdym głośniejszym dźwięku. W pewnym momencie zdało mu się, że nocna biesiada osiągnęła apogeum, bo towarzyszący jej przeklęty śmiech sięgnął nieba i w końcu zaczął się do niego zbliżać. Zmotywowany narastającym strachem powziął kolejną desperacką próbę ucieczki. Ledwo powłócząc nogami ruszył przed siebie, rozgarniając na boki liście zalegające na jego drodze. „Czasem pewna porażka jest lepsza od niepewnej wygranej” – kołatało mu w głowie usprawiedliwienie do zaprzestania walki. Przesuwał się teraz bardzo powoli, skryty w cieniu jak kot, nasłuchiwał uważnie narastającego hałasu. Sine wargi rozchylały się i zamykały w bezdźwięcznej modlitwie do boga, w którego nigdy nie wierzył. Droga szczelnie zasłana liśćmi stawała się coraz bardziej nierówna i wyboista. Listowie pokrywające wszelkie nierówności utrudniało dalszy marsz. W ogólnym roztargnieniu potknął się raz i przewrócił bezgłośnie. Nie czekając na pierwszy ból, podniósł się prędko i próbując strzepnąć przyległą ściółkę, ruszył dalej. Mokra trawa i błoto, jakby spragnione ludzkiego ciepła przylgnęły do niego i nie chciały opuścić. Upadek tylko pogłębił jego strach. Zdawało mu się bowiem, że to nie ukryta dziura sprawiła, że się przewrócił, ale sina i zimna ręka jednej z wiedźm. Przyśpieszył kroku i co chwilę rzucał nerwowe spojrzenia przez ramię. Oddychał coraz ciężej, coraz boleśniej. Widmo krzyku zagościło na jego ustach. Nozdrza poruszały się coraz szybciej, a jedna z powiek opadła ciężko przymykając mu oko. Czuł jak strach wypełnia każdą cząstkę jego ciała, każdy atom. Nie było w nim już nic poza strachem. Wszystkie myśli ulotniły się z jego zwietrzałego mózgu i jedynie żelazny uścisk przerażenia na gardle przypominał mu, że nadal żyje. Ta cholerna pięść zaciskała się coraz szczelniej, coraz mocniej, ignorując wszelki opór, tylko po to by wydusić z niego ostatni krzyk. Hołd dla siebie samej. Jego krok stawał się coraz bardziej chwiejny, niepewny i od jakiegoś już czasu musiał wspierać się o mokre, brunatne pnie pobliskich drzew by nie upaść. Resztki pozostałych mu sił włożył w kilka ostatnich kroków, a ostatni oddech rzucił go na kolana. Na klęczkach, wsparty rękami o ziemię, znajdował się na głównym skrzyżowaniu zalanym światłem pobliskich latarni. Wciąż pozbawiony sił uśmiechał się ironicznie. Dookoła znowu panowała cisza i zdawało się, że całe miasto pogrążone jest w głębokim śnie. Gdy jego oddech wyrównał się trochę, dźwignął się z kolan, a westchnienie ulgi…