Wojna · 34 min czytania
W Imię Dobra
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
– Jesteś tego pewny? – zapytał cicho generał von Fritsch, gasząc papierosa w srebrnej popielniczce. Spojrzał badawczo w błękitne oczy niskiego bruneta. Facet miał nieźle gadane, ale czy to wystarczy, aby zagrzać do boju oziębłych żołnierzy potrzebujących potężnej motywacji? – Jakże mógłbym kwestionować Boży rozkaz? – twarz Retliha wyraziła zdziwienie. – Nie poprowadzę armii do łatwego sukcesu przez rozstąpione mury wrogów, ale z pewnością oświecę ich dusze świętą mocą zbawiciela. – Brzmi trochę, jak schizofreniczny bełkot, lecz przyznam szczerze pułkowniku, że wierzę w każde z tych słów – odrzekł obojętnie generał i drżącą dłonią wyciągnął z paczki następnego papierosa. – Potrzebujemy kogoś, kto tchnie w naród nową nadzieję. Trudno walczyć, gdy wizja zwycięstwa jest tak odległa. Potrzebujemy cię. Zaraź ludzi tą wzniosłą gadką i wznieś ich na wyżyny możliwości – po tych słowach uśmiechnął się szeroko, pstrykając zapalniczką. – Mam już iść? – Reltih spojrzał na zegarek, który wskazywał czternastą pięćdziesiąt trzy. Przemówienie miało rozpocząć się za siedem minut. Generał wydał rozkaz kiwnięciem głowy.
*
Kilka tysięcy niemieckich mundurowych czekało niecierpliwie na Placu Mariackim w Monachium. Pragnęli usłyszeć magiczne zaklęcie, które wyrzuci z ich pamięci przegraną wojnę i napełni dusze wiarą w przyszły sukces. Nie wiedzieli, kto przemówi zaraz z niewielkiego balkonu na pierwszym piętrze nowego ratusza. Prezydent Karl Dönitz załatwiał właśnie ważne sprawy w Berlinie, a generał von Fritsch był chyba zbyt mało charyzmatyczny na tego typu wystąpienia i pojawi się jedynie na końcu, aby wszystko podsumować. – Świętej pamięci Adolf zrobiłby to najlepiej – westchnął jeden z żołnierzy stojących w tylnych rzędach. – Ta – smuto przytaknął jego sąsiad. – Powinni do dziś torturować tę bandę psycholi – słowa przepełniała potężna nienawiść, choć od zamachu minęło już prawie pół roku. Hitlera zastrzelono dokładnie 30 Stycznia 1939 roku. Morderstwa dokonała świetnie zorganizowana grupa, w której skład wchodzili wyłącznie rdzenni mieszkańcy Niemiec, co niezwykle zdziwiło opinię publiczną. Wszyscy zamachowcy zgodnie twierdzili, że pochodzą z przyszłości i uratowali świat przed straszliwą wojną. Nie mieli dowodów, a ich przeszłość jasno temu przeczyła, więc wylądowali w zakładzie psychiatrycznym, gdzie tydzień później zginęli podczas domniemanej próby ucieczki. – Skupcie się lepiej na przyszłości, bo mówca właśnie wychodzi – rzucił stojący przed nimi żołnierz i zasalutował wraz z paroma tysiącami kolegów. Niewiele było widać, lecz wiele dobrze rozstawionych głośników sprawiło, że przynajmniej słowa dochodziły idealnie do wszystkich zainteresowanych: – Witam wszystkich. Nazywam się Bernard Reltih, lecz nie występuję w imieniu swoim, lecz najwyższego Boga. Zebraliśmy się właśnie tutaj, bo jak wiecie Bawaria jest największym krajem związkowym w Niemczech! – głośno wykrzyczane słowa skomentowano burzą oklasków. – Jestem tutaj, żeby przekazać wam, że niedługo wszystko się zmieni – zrobił przerwę i uśmiechnął się szeroko do zdziwionych słuchaczy. – Zmieni się, bo w przeciągu najbliższych lat zajmiemy Europę, tworząc ogromne oraz przede wszystkim idealne społeczeństwo! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to zadanie proste, ani nawet trudne. Będzie to wyczyn iście cudowny, wspaniały wręcz nieprawdopodobny. Widząc jednak tylu wspaniałych żołnierzy myślę sobie: któż mógłby ich pokonać? Kto może was pokonać?! – Nikt! – odkrzyknęli nierówno, lecz z ogromnym zapałem. – Podporządkujemy sobie wszystkich przedstawicieli niższych ras, wypełniając świat szczęściem oraz miłością! Właśnie po to zostaliśmy stworzeni! Wyplewimy szatańskie korzenie nieudolnych i zasadzimy w ich miejsce wspaniałe kwiaty glorii! Walczmy o lepszą rzeczywistość dla nas i przede wszystkim naszych dzieci, abyśmy za kilka lat mogli im z dumą oznajmić, że własnymi rękoma zbudowaliśmy raj! Nie muszę wam niczego pokazywać ani zapewniać o potencjale, czy potędze. Od urodzenia posiadamy najcudowniejsze dusze zdolne pokierować ciała do czynów największych! Każdy ze stojących tu wojowników mógłby przemawiać z mojego miejsca, bo każdy ma do tego wrodzone predyspozycje. Jesteśmy narodem wybranym, więc nie marnujmy tego daru…
*
Wszystkie niemieckie stacje radiowe transmitowały przemówienie na żywo. Ludzie z lekkim przymrużeniem oka traktowali tego mało znanego krzykacza, czekając na konkretne deklaracje generała von Fritscha, który powinien wystąpić zaraz po nim. Większość Niemców wiedziała, że wojna jest tylko złem, a chęć zdobycia Europy chorą egzaltacją pychy. Wiedza nie zmieniała jednak psychologii ani faktów. Byli po prostu ludźmi, podatnymi czasem na mniej, czasem bardziej szkodliwe wpływy. Rząd zaczął przeznaczać wręcz monstrualne sumy na rozwój militarny. Bajeczka o wysłannikach z przyszłości nie mogła uśpić czujności. Pragnęli odnaleźć w końcu szarlatana, który wydał rozkaz zabicia Adolfa i wyplewić wrogów zanim staną się ofiarami. Duch wspaniałego wodza ciągle czuwał nad niemieckim narodem. Wojna była nieunikniona, a pierwszym celem pozostanie Polska, jak postanowiono jeszcze przed zamachem. – Dlaczego wyłączyłeś radio? – zdziwiona Irmina spojrzała na kamienną twarz męża. – Nie potrafię ich słuchać. Jutro opiszą wszystko w gazetach – odparł obojętnie Frederik. Od dłuższego czasu porównywał swą egzystencję do przesiadywania na opustoszałej plaży w deszczowy wieczór. Pragnął słońca i dobrego towarzystwa. Nieco spokoju dawał alkohol, lecz nadmiar ubocznych skutków nie pozwalał cieszyć się upojeniem dłużej niż kilkanaście godzin. Rzeczywistość rysowała go w podłej roli beznogiego weterana. Posiadał wyłącznie pieniądze. To właśnie one w asyście litości, zatrzymały przy nim żonę, z którą stosunki wyglądały teraz zupełnie inaczej niż przed wojną. Mimo cielesnej obecności zdawała się błądzić wiecznie myślami jak najdalej stąd. Pewnie od dawna go zdradzała. Samo pozostawanie w związku z kaleką było dużym poświęceniem i pewnie nikt by jej zbytnio nie potępił, gdyby na wierzch wyszedł jakiś romans, czy nawet romanse. Tak chore drzewo nie mogło wydać na świat zdrowych owoców i rzeczywiście tego nie zrobiło. Ich syn wyrósł na rozpieszczonego niedojdę. Bał się wstąpić do wojska z wiadomych względów – nie chciał skończyć jak ojciec. Pracy szukał również nie zamierzał szukać. Frederik czuł bezsilną wściekłość, próbując wszelkimi sposobami wpłynąć na oporną zakałę. Skoro miała nadejść wojna, jego potomek musiał w niej uczestniczyć, choćby wbrew swej woli, ku chwale nazwiska! – Nie mogę dłużej pozwalać Florianowi na kompletną beztroskę – syknął pogardliwie po dłuższej chwili ciszy. – Ma już prawie osiemnaście lat. To najwyższy czas na poznanie prawdziwego życia. – Przecież to twój syn! – oburzyła się Irmina. – Nie daj się znowu nabrać na te głupie przemówienia. Powinieneś najlepiej wiedzieć, że wojsko to nie tylko dumne parady i świętowanie zwycięstw. Nie chcę żeby... – opuściła wzrok na wełniany dywan, przysłaniając dłonią usta. – Dokończ – rzucił twardo mężczyzna. Nie doczekał się odpowiedzi. – Chciałaś powiedzieć, że nie chcesz, żeby skończył jak ja. – uśmiechnął się ironicznie. – Poświęciłem zdrowie w walce dla ojczyzny, a ty patrzysz na mnie jak na zwykłego inwalidę, który jeździ na wózku, bo spadł ze schodów przez własną głupotę. Wybacz, że nie zginąłem. Pewnie szybko znalazłabyś sobie nowego sponsora i dostała w dodatku niezłe odszkodowanie. – Przestań – w błękitnych oczach kobiety zalśniły łzy. Najbardziej zabolała ją świadomość prawdziwości tych słów. Rzeczywiście nie kochała już Frederika. Powodem nie było jednak kalectwo, a powojenna zmiana zachowania. Stał się zbyt zgorzkniały. Wytrzymywała wszystko wyłącznie z miłości do syna. Nie chciała stracić jedynego potomka. Zostałaby wtedy sama, wyczerpana i bez celu istnienia. – Urodziłaś syna, a obowiązkiem każdego mężczyzny jest walka dla ojczyzny. Jeśli coś ci nie pasuje, to go wykastruj. – Frederik nadał słowom ostry i zdecydowany ton. Dyskusja nie miała sensu. Irmina musiała zaakceptować decyzję.
*
Część 22 / 2
– Zdrowie feldmarszałka Bernarda Reltiha! – krzyknęło sześciu zebranych przy stole oficerów. Stuknęli się sporymi kieliszkami i wypili duszkiem ich zawartość. – Kocham polską wódkę – uśmiechnął się Anke, sięgając po kiszonego ogórka, jedną z wielu przygotowanych na dziś przekąsek. Organizacja urodzin wielkiego zdobywcy w stolicy świeżo podbitego państwa dodawała nieoficjalnej uroczystości wyrazistego smaczku. – To już nie jest polska wódka – pokręcił głową rozbawiony Lothar. – Wyprodukowano ją na naszej niemieckiej ziemi, więc to wódka niemiecka! – wrzasnął i trzasnął dłonią w stół. – Uspokój się. Takie zachowanie nie przystoi oficerowi. – Werner skarcił młodszego kolegę. – Coś taki smutny Bernard? – zapytał zdziwiony Anke, zauważając dziwnie zamyśloną twarz solenizanta. – Przecież plan zadziałał perfekcyjnie. Może brakuje ci baby i wysłać zaraz po jedną z tutejszych laluni? Pewnie znajdzie się jakaś mało używana, choć trzeba przyznać mają polki tu z nami sporo zabawy – zaśmiał się sprośnie i wyszczerzył niezbyt zadbane zęby. – Nie będę gwałcił kobiet – syknął Reltih. – Wiem, że robicie to także ¬¬¬ mężatkom, które przysięgły przed bogiem wierność innemu. Siejecie rozpustę, zamiast budować lepszy świat – dodał wzburzony. Wszyscy spojrzeli na niego niepewnie. Żartuje, czy mówi poważnie? Nie wiedzieli, więc nie zaśmiali się, ale nie próbowali też odeprzeć zarzutów, czy ciągnąć tematu. – Poleję następną kolejkę – zaproponował w końcu Werner, przerywając niezręczną ciszę. – Tak – rzucił błyskawicznie Bernard. – Najlepiej będzie upić sumienie. Cienka jest linia między wychowawcą, a stręczycielem. Władza nad innymi ukazuje prawdziwą naturę, przepełnioną często chorymi żądzami. – Sugerujesz coś? – spytał zaczepnie Anke i wstał. Buzująca w głowie wódka całkowicie go rozluźniła. – Niczego nie sugeruję. Po prostu wiem, że prawdziwy mężczyzna nie wykorzystuje niewiast w taki sposób. Jesteś zwykłym bydlęciem. Żadna kobieta nie chce cię z własnej woli, więc podejmujesz się tych ohydnych praktyk – ostre słowa wstrząsnęły całym pokojem, przynosząc przerywaną tykaniem zegara, ciszę. – Odszczekasz to skurwielu! – ryknął Anke i zamachnął się prawą ręką, lecz nagle znieruchomiał na widok zręcznie wyjętego Lugera. Nic już nie zdążył pomyśleć. Strzał trafił idealnie w lewe oko, a ciało ze sporym hukiem upadło na ziemię. Wszyscy spojrzeli przestraszonym wzrokiem na niedawnego towarzysza. Nikt nie odważył się odezwać, ani nawet spojrzeć na zabójcę. Czekali na jego ruch, wsłuchując się w cholerne wskazówki, które zdawały się głośno koncertować, zamiast spokojnie odliczać czas. – Grożenie oraz obraza przełożonego jest niedopuszczalne nawet w takich luźnych warunkach, więc wymierzyłem stosowną karę. Mam nadzieję, że ten drobny incydent nie wpłynie negatywnie na dalszą część spotkania – rzekł obojętnie Reltih i schował pistolet za pas. Nikt nie odważył się skomentować. Zerkali na siebie zdezorientowani. Nie wiedzieli, co robić. Nie mieli przy sobie broni, ani pomysłu na działanie. Postanowili ze spokojem przyjąć sytuację do wiadomości i przejść do porządku dziennego. Osiągnięcie szczytu zawsze wiąże się z podjęciem pewnego ryzyka. Niełatwo utrzymać najlepszą pozycję. Wymaga to mocnej osobowości i zdecydowanego działania. Bernard z pewnością posiadał te zalety, więc najlepiej było mu zaufać. Bardzo szybko wchodził po stromych szczeblach kariery. Nikt by się nie zdziwił, gdyby niedługo objął funkcję głowy państwa. – Pójdę po kogoś, żeby zabrał stąd tego cuchnącego grubasa – przerwał ciszę Lothar i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił z jakimś przestraszonym polakiem, który wyniósł zwłoki. – Czas na następną kolejkę – uśmiechnął się sztucznie Werner i podniósł butelkę wódki.
*
– Naprawdę mnie kochasz? – zapytała nieśmiało Rachela, gładząc ukochanego po zarośniętym policzku. Eryk odpowiedział czułym pocałunkiem. Słowa wydały mu się zbyt banalne, by określić niezwykłość uczucia. Znacznie różniła się od kobiet, które znał do tej pory. Niemki przepełniała próżność; kochały pieniądze oraz zabawę. W młodości wiele razy łamały jego romantyczne serce, pozostawiając trudne do wyleczenia rany. Szczerze wątpił, że z ich łon miała powstać najwspanialsza na świecie rasa, chociaż nigdy nie odważył się głośno wypowiedzieć swego poglądu. Nie mógł nawet ujawnić swojego związku, ponieważ Rachela była żydówką, a kanclerz Reltih zabronił niedawno utrzymywania intymnych stosunków z przedstawicielkami innych narodowości. Coraz bardziej chore rozporządzenia przerażały Eryka, który pragnął spokoju i stabilizacji. Spotykał ukochaną wyłącznie w jej domu podczas wolnych dni. Mieszkała z siostrą i ciężko chorym ojcem. On pilnował porządku na ulicach, a ona sprzedawała warzywa. Poznali się właśnie w sklepie. Szybko załatwił jej rodzinie pewne przywileje, tłumacząc kolegom, że po prostu polubił uczciwość tych ludzi oraz oddanie ideologii Bernarda. Miasto było duże, a zostawienie paru osób w spokoju nie sprawiło problemu żadnemu ze stacjonujących tu Niemców. Zawsze jednak istniało ryzyko wykrycia. Romans ten przypominał nieco wyjętą spod szekspirowskiego pióra tragedię, lecz na szczęście brakowało epickiej akcji i widowiskowej dramaturgii. Wierzył, że związek przetrwa i nikt się o nim nie dowie.
*
– Po prostu chce ją mieć na wyłączność. Mało to polek rozkracza się na sam widok wojskowych? Facet dobrze myśli. Ma przynajmniej wąską szparkę z zasadami, a my bierzemy głównie rozklekotane lafiryndy, z których większość przespałaby się nawet z hipopotamem, gdyby włożyć na niego niemiecki mundur – skomentował kiedyś sierżant Schweers podczas mocno zakrapianej imprezy. Wiedział, że jeden donos wystarczy, aby zdegradować Eryka, oskarżyć go o rozpustę oraz nieprzestrzeganie nakazów, ale któż z niższych oficerów nie łamał tychże zasad? Przecież nie byli robotami. Wyłącznie najwyżej postawieni musieli uważać na bacznie przyglądające się im oczy Bernarda Reltiha. Gość rzeczywiście zdawał się lekko nawiedzony, choć trzeba przyznać, że świetnie dowodził armią. Po spektakularnym zajęciu Holandii oraz Belgii, postanowił osobiście nadzorować podbój Francji. Aktualnie popijał spokojnie wino w tymczasowej siedzibie nieopodal Strasburga. – Świetny trunek – rzekł generał Werner von Fritsch i dopił szkarłatny płyn z posrebrzanego kielicha. Był najbliższym towarzyszem kanclerza Reltiha od czasów pamiętnego przemówienia w Monachium. To właśnie on oszlifował młodego pułkownika. Wyłowił go z płytkiego stawu, by rzucić z nadzieją w otchłań ogromnego oceanu. Bernard okazał się znakomitym pływakiem. Szybko zrozumiał także, że stojąc na samej górze trudno znaleźć zaufanych ludzi. Powietrze zatruwał rój sceptyków, którzy najchętniej zrzuciliby go na dno i zakopali w ziemi. Oczyszczał ich dusze kolejnymi sukcesami aż w końcu przekonał do siebie niemalże wszystkich rodaków. Nie stracił jednak ostrożności. Pozbawione jadu żmije mogły spróbować kiedyś owinąć się wokół jego szyi. Pomoc von Fritscha okazała się nieoceniona podczas wyboru zaufanych współpracowników. Wyselekcjonował grupę prawdziwych patriotów, dzięki którym bez większych problemów spełnił wszystkie dotychczasowe cele. – Wejść! – krzyknął Reltih, gdy ktoś zastukał mocno w drewniane drzwi. Młody posłaniec położył na stole pustą kartkę papieru i zasalutował lekko drżącą dłonią, spoglądając ukradkiem na otwartą butelkę wina. – Melduję, że ponad trzysta tysięcy wrogich żołnierzy wycofuje się właśnie do portu w Dunkierce – rzucił pospiesznie. – Świetnie – bąknął generał Werner. – Będziemy łatwym celem dla angielskiej artylerii, jeśli... – Nie prosiłem o pomoc – ostro wtrącił Bernard i spojrzał w ciemnobrązowe oczy posłańca. – Przekaż, że nie ma sensu ich gonić. Najważniejsze jest utrzymanie Francji i ustabilizowanie sytuacji na ulicach. Odmaszerować. – Tak jest – odpowiedział chłopak z profesjonalną obojętnością i wrócił do pracy, czyli słuchania komunikatów radiowych w sąsiednim pokoju. Czekał na przyjście prawdziwych rozkazów. Nie bez powodu wszystkie meldunki odbywały się za jego pośrednictwem. W gabinecie Reltiha znajdował się podsłuch. Postanowiono wykorzystać go do zmylenia oponentów. W rzeczywistości plan ofensywy powstawał właśnie na przyniesionej przez posłańca kartce. Niemcy zawsze nacierali naprzód. Bernard uważał, że nigdy nie można nikomu odpuszczać. Każdą pojedynczą jednostkę traktował, jako potencjalne zagrożenie o dużym priorytecie. Początkowo wiele osób nie zgadzało się z tym poglądem, bagatelizując pomniejszych wrogów, lecz każdemu sceptykowi kazał stawać do pojedynku na śmierć i życie z wybranym przez siebie jeńcem, obiecując, że po walce zastanowi się dokładniej nad swą filozofią. Przecież cóż znaczy jedno życie? Inaczej jest, jeśli chodzi o życie własne. Nikt nie zaryzykował. W tej chwili Bernard z uśmiechem na ustach kończył zapisywanie ostatniej wskazówki. Von Fritsch niechętnie czytał starannie zamieszczone wyrazy. Był zwolennikiem sojuszu z Churchillem, jednak Reltih twierdził,