Fantastyka · 46 min czytania
W jego ramionach
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wyglądała przez okno, obserwując poruszający się w dole tłum. Ludzie zawsze się gdzieś spieszyli, pędzili, biegli. Tylko ona stała w miejscu. Samotna. Zapomniana niczym stary, zakurzony mebel schowany przed kilkudziesięciu laty na babcinym strychu. I może właśnie to uprzedmiotowienie sprawiało, że nie tęskniła za byciem wśród tego zagonionego tłumu ludzkich ciał. Może nawet trochę ich żałowała, a już na pewno im współczuła. Dla nich najważniejsze było, by zdążyć kupić kawę, nim zamkną sklep. I dlatego nie domagała się, by ktokolwiek o niej pamiętał w tym natłoku obowiązków i codziennych trudności. Wiedziała, że kiedyś sobie o niej przypomną. Kiedyś. Gdy będą się musieli wyżalić, gdy będą szukać porady, wtedy zawitają u drzwi jej małego pokoju. A ona na powrót stanie się dawną Milą. Psycholożką Em. Wiecznie uśmiechniętą Milką. Posiedzą z godzinkę, czasem nawet dwie, mówiąc o tym, jak trudno jest nadążyć za rytmem życia świata. A potem przypomną sobie, że ona tego problemu już nie musi znosić. Że została od tego rytmu, wyznaczającego uderzenia serca, odłączona. I szybciutko zbiorą się, wymawiając kolacją, o której zapomnieli, albo odwiedzinami u bardzo chorej babci. I wyjdą z budynku, chyłkiem przemykając do auta bądź na przystanek, unikając niechcianych spojrzeń. A ona… Ona znowu będzie samotną, zamkniętą w małym, sterylnym pokoiku Emilią. Emilią, która umiera. To zabawne, jak działa ludzka natura w obliczu katastrofy. Gdy znajdują się w spadającym samolocie krzyczą i panikują, wołając o pomoc. Gdy statek, na którym płyną, tonie, starają się wypłynąć na powierzchnię. Wyskakują z palących się budynków. Wyczołgują z samochodów po wypadku. W takich chwilach, gdy mają najmniej do powiedzenia, nie tracą nadziei. Wystarczy jednak, że usłyszą słowa „przykro mi, to rak” i cała nadzieja, jaką posiadają, gdzieś wyparowuje. Dokładnie tak samo działa zdanie „niestety, ma pani HIV”. Lub, jak to było w jej przypadku „Choroba wieńcowa. Na tym etapie, możemy tylko modlić się o cud”. Oj, modlili się. Wszyscy. W ten jeden wieczór setki świeczek zapaliło się w jej intencji. I, o dziwo, żadna nie poprawiła jej stanu. Rano obudziła się tak samo chora jak dnia poprzedniego. Tak samo załamana. Tak samo skazana na śmierć. Od tamtego dnia przeszła przez wszystkie stadia umierającego. Od depresji, przez nienawiść do Boga, po cichą akceptację i, ostatecznie, pogodzenie z losem. W przeciwieństwie do jej matki, która od roku, czyli od momentu, w którym umieściła córkę w specjalnym ośrodku w centrum końca świata, nie kontaktowała się z nią. Zniknęła, dokładnie tak samo jak znajomi i reszta rodziny. Zapomniała o niej, jak o tym starym meblu. Właśnie tym czuła się Emilia. Starą, sflaczałą, dziurawą kanapą, którą wyżarły mole. Ale wiedziała, że kiedyś ją odnajdą. Kiedyś. Gdy zapragną oczyścić sumienie. Kiedyś wrócą. Bo oni zawsze wracają. Szkoda tylko, że ze względu na siebie. *** Trzysta sześćdziesiąt cztery dni i osiem godzin. Dokładnie tyle czasu minęło od czasu, gdy drewniane, pociągnięte białą farbą drzwi zamknęły się za plecami okrytymi czarnym, wełnianym swetrem. Trzysta sześćdziesiąt cztery dni, osiem godzin i pięćdziesiąt dziewięć minut od momentu, gdy po raz pierwszy spojrzała w okno. Nie wypatrywała wtedy smukłej sylwetki. Ale i tak zwróciła na nią uwagę. Czarno odziana postać przemierzyła szybkim krokiem parking Ośrodka im. prof. Zbigniewa Religi w Katowicach i wskoczyła do czarnego Peugeota 207. Czarny… Dlaczego już wtedy nie domyśliła się, co ten nadmiar przygnębiającego koloru oznacza? Oszczędziłaby sobie tygodni oczekiwania na choćby jeden telefon. Nie płakała, nie panikowała. Może nawet w głębi duszy się tego spodziewała. Mimo wszystko żal jej było tych dni, które spędziła przy telefonie. Mogła wcześniej zacząć wpatrywać się w to niewielkie okno, jedyny wizjer na świat, jaki posiadała. O wiele wcześniej zauważyła by, że Karol i Weronika mają się ku sobie. Że codziennie rano pan Mieciu otwierał swoją piekarnię o godzinę wcześniej, niż inni, by przyciągnąć więcej klientów. Że Monika w każdy piątek wieczorem z duszą na ramieniu podchodziła do Kazia, wrzucając do stojącego przed nim papierowego kubeczka kilka banknotów. Oczywiście Emilia nie znała tych wszystkich ludzi. Obserwując ich dopasowywała odpowiednie imiona do ich sylwetek i charakterów. Dzięki temu mogła się czuć, jakby nie została całkowicie odcięta od świata. Jej własna telenowela odgrywała się przed nią codziennie od piątej rano do dziesiątej wieczorem. Może i była nieco zbyt rzeczywista czy przewidywalna, ale lepsze to niż nic. Zresztą, w tym momencie Emilii było naprawdę wszystko jedno. Ważne, żeby była na bieżąco. Był dwudziesty czwarty grudnia, i dochodziła już siedemnasta. Na dworze było ciemno. To znaczy byłoby ciemno, gdyby nie wszechobecne lampki, radośnie obwieszczające, że oto nadchodzi Dzień Narodzenia Pańskiego. Mimo wigilijnej gorączki Emilia nie zmieniła swojej codziennej rutyny. I teraz też siedziała na parapecie, wpatrując się w pędzący w dole tłum. Miała wrażenie, że połowa mieszkańców miasta nagle przypomniała sobie o zakupie prezentów, ozdób i produktów na stół wigilijny. Ona jednak nie miała uczestniczyć w corocznym, utartym już zwyczaju. Dwa dni temu dostała kartkę świąteczną, z której dowiedziała się, że w domu wszystko gra (akurat, skoro rodzice mają zamiar się rozwieść; jednak niekoniecznie musieli wiedzieć o tym, że ona wie), jej młodsza siostra (której nawet nie zna) ma się dobrze i rośnie silna i zdrowa, a oni wszyscy tęsknią za Milią bardzo, bardzo mocno i bardzo by chcieli z nią spędzić ten jeden chociaż wieczór, ale, niestety, wyjście z ośrodka jest niemożliwe a oni nie będą narażać małej Soni. Na tym kończyły się wątpliwie przyjemne życzenia. Żadnego pytania o to, jak się miewa. Żadnego znaku troski. Żadnego oczekiwania odpowiedzi. I tak sobie teraz siedziała na parapecie i zapewne siedziałaby tak dalej, nadal wpatrując się w nieskończoną ilość zawieszonych na lampach żaróweczek, gdyby znajdujące się po przeciwnej stronie pokoju drzwi nie otworzyły się i nie wpuściły do środka zaskakującego gościa. Spodziewała się wszystkiego. Na kościstej postaci niosącej na ustach pozdrowienie w postaci „twój czas nadszedł”, przez grubego gościa w czerwonych gaciach ze sztuczną, plastikową brodą i płóciennym workiem, po biało odzianą wolontariuszkę, oznajmiającą, że od dzisiaj Milka nie będzie mieszkała sama. I, szczerze mówiąc, dziewczyna nie miała pojęcia, czym te wszystkie warianty się od siebie różniły. Odwróciła więc powoli głowę w stronę drzwi, gotowa na wszystko, co zobaczy. Na wszystko, poza ogromnym, czerwonym kwiatem gwiazdy betlejemskiej oraz kruczowłosym chłopakiem o orzechowych oczach i uroczym uśmiechu, wypowiadającym te dwa, trudne do zrozumienia zdania: – Wiesz co, krówko? Strasznie ciężko było cię tutaj znaleźć. *** Wpatrywała się w niego, jakby był postacią z jej marzeń, a nie rzeczywistym człowiekiem, stojącym przed nią w ten wigilijny wieczór. Przed oczami przelatywały jej kolejne wspomnienia. W głowie dzwoniło jedno imię. Dawid. Dawid, z którym przyjaźniła się od przedszkola. Dawid, który uczył ją jazdy na rowerze bez trzymania kierownicy. Dawid, który bronił ją przed chłopakami, którzy się z niej wyśmiewali i dokuczali jej. Dawid, z którym spędziła najcudowniejsze, najbardziej radosne chwile życia. Dawid, który ją opuścił w połowie gimnazjum, bez wytłumaczenia porzucając ją samą w samym środku mieszanki towarzyskiej. Dawid, najpopularniejszy chłopak okolicznych miasteczek, charyzmatyczny, przystojny, działający na dziewczyny jak magnes; najlepszy DJ w okolicy. Dawid, który teraz stał w drzwiach z uśmiechem na ustach, prawiąc jej wyrzuty, że nie potrafił jej znaleźć. Trzeba było mu przyznać – miał tupet. Ale Emilia nie zamierzała dać się podejść jego urokowi. Parę lat temu znała go lepiej, niż ktokolwiek inny. I szczerze wątpiła w to, że się zmienił. Niemal widziała w jego oczach przesuwający się napis „przepraszam” i odpowiadającą mu pieczątkę na czole, głoszącą „jestem głupi”. Tak, przyszedł do niej. Ale nie dla niej. Dlatego wzruszyła tylko ramionami i powróciła do wyglądania przez okno. Schowane w cieniach zaułki nagle wydały się o wiele ciekawsze niż pół minuty temu. – Okeeej – stwierdził cicho gość, nieprzygotowany na taką reakcję. Spodziewał się raczej, że przyjaciółka rzuci mu się w ramiona, śmiejąc się radośnie. Nie miał pojęcia, jak bardzo zmienił ją ten rok. Rok oczekiwania na niemożliwe. – Jest gdzieś tutaj wazon? Albo cokolwiek wazonopodobnego? – Połóż kwiaty na łóżku. I tak je wyrzucą, jak tyko wyjdziesz z ośrodka – powiedziała. Mówiła cicho. Za cicho jak na jej wybuchowy charakter. Zbyt smutno, jak na jej optymistyczną naturę. Zbyt bezbarwnie, jak na jej uczuciowość. Dawid dopiero teraz odczuł, że ostatnie miesiące odbiły na niej swoje piętno. I nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Znalazł się w zupełnie nowej sytuacji. – Co tu robisz? – spytała, jakby nie mieli lepszych tematów do rozmowy. Jakby była na niego zła, że przerywa jej milczącą zgodę na wszystko, co ją spotka. Nie, jednak nie. W jej głosie nie było słychać złości ani urazy. Tylko zwykłe zmęczenie. – Ja… Szukałem cię. – Przez rok? Przez cały, cholerny rok? – Tak, przez cały rok szukałem jakiejkolwiek wzmianki o tobie. Nikt nie wiedział, gdzie się podziałaś. Zaraz po tym, jak zemdlałaś, wezwano pogotowie, funkcjonariusze cię zabrali i od tego momentu słuch o tobie zaginął – z ust chłopaka wylały się słowa przepełnione goryczą. Każde kolejne zdanie mówił coraz głośniej i głośniej, dając upust rozpierającemu go od środka gniewowi i zażenowaniu. Nie znał tej dziewczyny, która siedziała przed nim na parapecie. Nie wiedział, kim jest, ani co się stało z jej poprzedniczką. Nie rozumiał. A tak bardzo chciał… Chciał jej pomóc. Kiedy ją zostawił samą sobie sądził, że robi dobrze. Odcinał ją od świata, w który sam wchodził. Świata nocnych wypadów, rabunków, napadów, alkoholu i narkotyków. On był dość silny, by się przeciwstawić presji otoczenia. Ona nie. I nie mógł samolubnie podążać za pragnieniem, aby być przy niej. Nie mógł wpędzić jej w kłopoty. Chronił ją. Może jednak się przeliczył? Może się pomylił? Przecież mogła być silniejsza, niż sądził. Może porzucenie jej nie było tak dobrym sposobem ochrony, jak uważał. Może wystawi ją jeszcze bardziej na ciosy innych? Emilia nie chciała, by przebywał obok niej. Mimo to godziła się na tą krótką wizytę. On odpokutuje, w swoim mniemaniu, wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządził. A potem pójdzie sobie i zniknie na zawsze. Czyli zrobi dokładnie to, co powinien. Zapomni o niej. I wróci do swojego idealnego życia sławy i pieniędzy. – Może i masz rację. Nie powinienem był tu przychodzić – stwierdził, gdy nie odpowiedziała na jego pełne wyrzutów krzyki. Wzruszyła ramionami, jakby nic jej to nie obchodziło. A obchodziło. Bardzo. Jakimś cudem ten cholerny idiota nadal mieszkał w jej sercu. I teraz, pojawiając się i znikając, rozrywał je na strzępy. Z jednej strony była zaskoczona tym, że cokolwiek jeszcze pozostało w jej piersiach. Z drugiej czuła gorycz. Żałowała, że cokolwiek tam było, by po raz kolejny odczuwać ból utraty. Usłyszała szuranie butów i ciche kroki, kierujące się po gumowej wykładzinie do wyjścia. Odwróciła głowę, odprowadzając czarną czuprynę wzrokiem. Dawid chwycił za klamkę z zamiarem wyjścia i zostawienia w spokoju tej marnej imitacji Mili. Czuł na sobie jej wzrok. Parzył go niczym ogień. Płomień świecy stojącej na wigilijnym stole. Wigilia… Była wigilia, a on zamierzał dać jej prezent. Może i nie pozwolą jej zatrzymać róż. Ale nie wyrzucą go, jeśli będzie chciał zostać, prawda? Odwrócił się, napotykając spojrzenie szmaragdowych tęczówek. Zielony zawsze był jego ulubionym kolorem. Dziwne, że dopiero teraz zauważył, dlaczego. Zielony jak jej oczy. To było takie proste. Już chciał się wrócić, usiąść na łóżku, zmusić ją do rozmowy, ale coś go powstrzymało. Wypisane na jej twarzy żal, ból, pustka i rozgoryczenie, oraz najgorsze, świadomość tego, że on odejdzie, a ona znowu zostanie sama w tym małym pokoju i akceptacja tego. Poczuł, że musi teraz wyjść, jeśli nie chce jej złamać. A nie chciał. – Daj mi tydzień. Siedem dni. Tylko dla mnie. Potem sama zdecydujesz, co powinienem zrobić. Emilia nie mogła wyrwać się spod jego przepełnionego determinacją i nadzieją spojrzenia. Nie mogła… Nie mogła mu odmówić. Jej i tak zaraz zabraknie. Skinęła głową. Jeśli ten tydzień spędzony w jej obecności mu pomoże, niech tak będzie. Otworzyła usta, chcąc zadać pytanie, które plątało się gdzieś między filarami jej umysłu, on jednak wyszedł, pozostawiając ją z ciszą i myślami. Ileż by oddała, by wiedzieć, co mu chodziło po głowie, gdy prosił ją o tak dziwną przysługę. *** Przyszedł następnego dnia rano. Nie spodziewała się go tak wcześnie. W ogóle się go nie spodziewała. Dlatego też zastał ją siedzącą na parapecie, dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej ją wczoraj zostawił. Widziała troskę i zdezorientowanie wypisane na jego twarzy. Martwił się? O nią? Zrugała samą siebie za tak niedorzeczne myśli. Jedyną osobą, która przejawiała odrobinę troski w stosunku do niej była Marta – młoda wolontariuszka, przychodząca do ośrodka w każdą sobotę. Za każdym razem zaglądała do Emilii, pytając, czy dziewczyna czegoś nie potrzebuje. Książka? Towarzystwo? Ciepła herbata? Emilia zawsze grzecznie odpowiadała, że nie, dziękuje, nie ma ochoty, może innym razem. Za każdym razem Marta zamykała cichutko drzwi i zostawiała dziewczynę samą. Obie wiedziały, że wolontariuszka nigdy nie usłyszy twierdzącej odpowiedzi na swoje pytania. I mimo to obie odgrywały swoje role co tydzień, ot tak, by nie wyjść z wprawy, gdyby kiedyś, jakimś cudem, Emilia potrzebowała jednak pomocy. Co, oczywiście, nigdy się nie zdarzy. Stał pośrodku pokoju, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie miał żadnego planu, gdy prosił ją, by pozwoliła mu przyjść do ośrodka po raz kolejny. Nie było to do niego podobne. Zazwyczaj wszystko planował, przemyśliwał, dopracowywał, a dopiero potem działał. Teraz nie miał ani jednego pomysłu, jak mógłby wykorzystać powierzony mu czas. Dawną Milę zapewne zabrałby na spacer po parku, gdzie wdrapali by się na rozłożyste drzewo i położyli nad grubym konarem, schylającym się do tafli jeziora. A potem zrzuciłby ją do zimnej wody. Albo ona jego. Tak, najprawdopodobniej wyprzedziłaby go z tym pomysłem. W końcu to była Milka. – To co, idziemy? – zapytał, spoglądając na nią niepewnie. Dziewczyna zmarszczyła brwi, wyraźnie zdziwiona. – Dokąd? – Na zewnątrz. No wiesz, słoneczko, wiaterek, ptaszki i inne takie duperele – zaśmiał się, wzruszając ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Mila pokręciła jednak głową. – Nie wolno mi wychodzić. – Serio? To dlaczego pielęgniarki pytały mnie, czy wypisać ci przepustkę? – również pokręcił głową, chowając ręce do kieszeni bluzy, którą miał na sobie. Milia patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Zbladła, a on nagle zaczął się bać, że zaraz zemdleje. Będzie na niego. Jak nic będzie na niego. I już go tutaj nie wpuszczą. Niedobrze, bardzo niedobrze. Emilia wpatrywała się w przestrzeń nad jego głową, wracając wspomnieniami do dnia, gdy matka umieściła ją w ośrodku. „To zamknięty ośrodek – mówiła – można cię odwiedzać, ale ty nie możesz się stąd ruszać. To dla twojego bezpieczeństwa. Nie będziesz się przemęczać i doczekasz w spokoju swojego przeszczepu.” Emilii zawsze coś nie pasowało w tych zasadach. Nigdy ich jednak nie kwestionowała. Do tej chwili. Bo teraz zrozumiała, że mama ją uwięziła. Nie chciała mieć nic wspólnego ze swoją chorą córką, więc postarała się, by dziewczynie nie przyszło do głowy wyjść z ośrodka i przyjechać w odwiedziny do domu. Miała siedzieć na miejscu do czasu, aż nie będzie zdrowa i w pełni sił. Wtedy miało nastąpić gwałtowne ocieplenie uczuć rodzinnych. Zamknęła oczy, przywołując się do porządku. Czuła, że kręci jej się w głowie. Odetchnęła głęboko kilka razy, doprowadzając swoje serce do normalnego tempa. Uniosła powieki, szukając zagubionym wzrokiem Dawida. Siedział obok niej, przypatrując jej się z zaniepokojeniem. – Chodźmy stąd – szepnęła błagalnie. Uśmiechnął się do niej, zadowolony z uzyskanej odpowiedzi. – Dokąd? – Jak najdalej. *** Położyła się do łóżka, nasuwając na siebie białą, cienką kołdrę. Ułożyła policzek na chłodnej poduszce, myśląc o dniu, który spędziła z Dawidem. Po załatwieniu wszelkich formalności związanych z wyjściem, nareszcie wydostała się poza białe mury. Dawid poprowadził ją na parking, gdzie stał zaparkowany jego motor. Czarny, duży motor. Sama nie wiedziała, dlaczego była zaskoczona. Powinna była wiedzieć, że mając ukończone siedemnaście lat chłopak będzie się starał o prawo jazdy. Ale że motor? – Wsiadasz? – zapytał, rzucając jej kask, a ona bez zastanowienia włożyła go na głowę i usadowiła się na siodełku zaraz za przyjacielem, obejmując go mocno w pasie. Teraz, z perspektywy czasu, takie działanie wydało jej się nierozsądne. Ale wtedy… wtedy nie miała innego wyjścia, jak wsiąść na ten motor i dać się zawieźć w nieznane. Nie zawiodła się. Dawid zabrał ją do Chorzowa, na ulicę Wolności – ulicę na której od zawsze uwielbiała robić zakupy. Takich sklepików jak tutaj nie było nigdzie indziej. Maleńkich sklepików, w których sprzedawca był jednocześnie właścicielem, dzięki czemu można było liczyć na to, że część z nich będzie otwarta w dzień świąteczny. Biegała od witryny do witryny, oglądając wspaniałe torebki i cudowne buty. Aż w końcu chłopak stracił cierpliwość i wciągnął ją do najbliższego sklepu. Po wszystkim nie była w stanie powiedzieć, kto był bardziej zmęczony – ona, czy on. Obładowani torbami postanowili zjeść obiad. Dawid zabrał ją do jednej z najbardziej znanych w okolicach restauracji, gdzie spędzili kolejną cudowną godzinę. Godzinę, po której Emilia poczuła wyrzuty sumienia. Do tamtego momentu nie przejmowała się niczym. Ale gdy pomyślała o rzeczach, które ON jej kupił, nie mogła powstrzymać rumieńców wstydu, powoli rozkwitających na jej policzkach. Dawid musiał myśleć o tym samym, bo właśnie w tym momencie spojrzał na ilość toreb leżących obok ich stolika, a potem przeniósł wzrok na zaczerwienioną twarz dziewczyny. – Nie przejmuj się. To normalka. Po prostu moja siostra nie pójdzie w tym tygodniu na wielkie zakupy – stwierdził z uśmiechem, posyłając jej oczko. Również się uśmiechnęła, nie mogąc pozbyć się zażenowania. – Będziemy musieli wezwać posiłki, jeśli chcemy to przetransportować do Katowic, prawda? Trzydzieści minut później cisnęli się na tylnych siedzeniach starego, czerwonego Opla Merivy, należącego do Jake’a – przyjaciela Dawida. – Ładniutka – stwierdził Jake, gdy tylko ją zobaczył. – Kto to? – Przyjaciółka – odburknął Dawid, pakując torby do bagażnika. – Nie do ruszenia, zrozumiano? – podkreślił swój zakaz zatrzaskując klapę. Jake uniósł ręce w obronnym geście. – Spoko, kolo, rozumiem. Przyjaciółka, nie ruszać – to mówiąc puścił jej oczko, uśmiechając się szeroko. Nie mogła się powstrzymać i już po chwili szczerzyła się w odpowiedzi. Dawid tylko westchnął i wepchnął ją do auta, wchodząc zaraz za nią i zamykając drzwi. Potem już z nią nie rozmawiał, kierując znajomego odpowiednimi drogami. Za to Jake cały czas nawijał. Przestał dopiero wtedy, gdy dotarli na miejsce, a on ujrzał szyld wiszący nad wjazdem do ośrodka. – Co tu robimy? – zapytał ostrożnie, parkując samochód niemal pod samym wejściem. Nie odpowiedzieli mu. Wysiedli, przechodząc za auto, by wyjąć zakupy z bagażnika. Przed zamknięciem klapy Dawid poprosił kolegę, by ten na niego czekał, po czym poprowadził Emilię przez dwuskrzydłowe drzwi do wnętrza budynku. Nie odwracała się, nie chcąc zobaczyć miny Jake’a. Teraz, leżąc już w łóżku parę godzin później, wyrzucała sobie, że zgodziła się na „ściągnięcie posiłków”. Powinni byli oddać te wszystkie rzeczy i wrócić motorem. Przekręciła się na drugi bok, odcinając od świateł wpadających przez okno. Powinna iść spać. Przecież jutro też obiecała spędzić z Dawidem. *** Przechadzali się wokół katowickiego rynku, rozmawiając na wszelkie tematy, jakie tylko przyszły im do głowy. Te bardziej i mniej ważne, te lżejsze i cięższe. Oczywiście panowała jedna, przemilczana zasada, której oboje przestrzegali – nie wspominać o ich wspólnej przeszłości. Dyskusja przed chwilą zeszła na filmy i przyjaciele, nie zważając na dziwnie na nich spoglądających ludzi, kłócili się w najlepsze. – Nie wmówisz mi, że Jackson źle wyreżyserował „Hobbita”! – krzyknął Dawid. – No ale przecież sam pomyśl, „Władca Pierścieni” miał w sobie to coś, widać w nim było duszę Petera, a tutaj tego po prostu… brakuje – stwierdziła Emilia, zastanawiając się, jakim cudem ktokolwiek może lubić tak okropny film, jakim jest „Hobbit”. – A poza tym… Te denne efekty specjalne i kompletna zmiana zakończenia niszczą film – dowodziła z rumieńcami na policzkach. Dawid wpatrywał się w nią z uśmiechem na ustach. Specjalnie się z nią droczył. W miarę jak się nakręcała, coraz bardziej widział w niej starą, dobrą Milę. Dziewczyna nie spojrzała na niego od samego początku rozmowy, ale mógł sobie wyobrazić to iskrzące spojrzenie. Dobrze zrobił, że wczoraj zabrał ją do kina. Otworzyła się na niego, jakby dopiero teraz zauważyła, że naprawdę mu zależy. Że nie kłamał twierdząc, że chce z nią spędzić trochę czasu. Jakby dopiero teraz uwierzyła, że jest tu dla niej. Słuchał jej wywodów, według których obejrzany wczoraj film zaliczał się do NFE – Najgorszych Filmów Ever. Z tego, co słyszał, „Hobbit”, w przekonaniu Milki, plasował się zaraz ze „Eragonem” w tej kategorii. A więc naprawdę musiał nie przypaść jej do gustu. – Przepraszam, że cię na to zabrałem. Było tyle różnych filmów, a ja… – Nie, nie masz za co przepraszać. Cieszę się, że mogę uczestniczyć w normalnym życiu – przerwała mu, po raz pierwszy od długiego czasu spoglądając na niego. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech, a oczy skrzyły się radością. Właśnie taką ją pamiętał. I taka powinna być zawsze. – To co, idziemy do teatru? – bardziej stwierdził, niż zapytał i, nie czekając na odpowiedź, chwycił ją za rękę, ciągnąc w stronę wysokiego budynku po ich prawej. Siedziała w pierwszym rzędzie na balkonie, opierając ręce na balustradzie. Ułożona na ramionach głowa zwrócona była w kierunku sceny, jednak oczy kierowały się w bok, wypatrując w ciemnościach sylwetki Dawida. Emilia od dawna nie była w teatrze. Od bardzo, bardzo dawna. A „Skrzypek na dachu” wydawał się dość dobrym wyborem, jak na pierwszą wizytę. Wydawał się – dopóki nie zgaszono świateł, a ona nie zorientowała się, że przedstawienie nie ma zbyt wiele wspólnego z grą na skrzypcach. Ba, ona nawet nie wiedziała, w jakiej epoce ma umieścić rozgrywające się przed nią wydarzenia. Poza tym, nie