Przyjaźń · 12 min czytania
W jej zagmawanej egzystencji cz.I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Za oknem (na tle drastycznie fioletowej ściany) pogodowo wariował świat. Bezczelne krople deszczu uderzały z niemałym hałasem o parapet, które swym uderzaniem denerwowały mieszkankę owego drastycznego fioletu. Trzymała w szponach czarną torbę z kolekcją sympatycznych agrafek i kociego breloczka. Opętańczo szukała książek tudzież zeszytów, aby zapełnić czarne materiałowe tworzywo. Gdy już wszystko znalazła lub wydawało jej się, że tak było ubrała trampki, związała włosy w twórczo roztrzepanego koka, zabrała fioletową kurtkę, zarzuciła torbę na ramię i wybiegła z domu. Było już za pięć ósma, haczyła swymi chuderlawymi stopami o pobliskie krawężniki, które nie były z tego za bardzo zadowolone. Zniewolona przez krople deszczu biegła dalej, po drodze szturchając różnorakie osobniki. Wbiegła/wpadła/wkroczyła do szkoły. Otworzyła szafkę skrywającą wdzięczny napis „tylko ty w swoich oczach wyznaczasz własną wartość”. Na wysokości „w swoich” widniały czarno- białe trampki z tysiącami twórczych napisów tudzież rysunków, które pochwyciła, na wysokości „twoich” powiesiła kurtkę, a na równi z „własną wartość” położyła zieloną miksturę popijaną przez siebie na przerwach. I pobiegła na górę, potykając się o własne zniewolenie umysłu na schodach. Wtargnęła do klasy, wszyscy objęli ją zdziwionym wzrokiem wyrażającym coś między „znowu” a „jak ty wyglądasz”. Usiadła posłusznie do ławki, przeprosiła jak to kulturalnie nakazywano za spóźnienie i wyjęła zeszyty. Matematyka, nienawidziła jej, potępiała liczby, wykresy, dane i tym podobne wymysły wielkich uczonych. Piórem kreśliła słowa ulubionych piosenek, a krawędzie sześcianu oplatała zielono-kredkowym bluszczem. Jakieś pola, objętości na sam dźwięk tego wyrazu na jej twarzy rysowała się niechęć i udręczenie. Jakieś niezrozumiałe obliczenia prezentowały się na tablicy i ani na chwilę ich racjonalne wytłumaczenia nie chciały wejść do jej głowy. Po kilkudziesięciu minutach została błogo wyzwolona przez dzwonek. Więc istoty radośnie bądź nie do końca rośnie ruszyły z klasy na przerwę. Joce wstała i lekkim, trampkowym krokiem snuła się po szkolnym korytarzu ,gdzie przeplatali się ludzie różni. Skrajnie różni. Od plastikowej społeczności różu i innej mdlącej słodyczy przez fanów sportu, którzy na każdym kroku muszą pokazać swą cieleśnie umięśnioną boskość, intelektualistów odciętych od rzeczywistości, maniakalnych wielbicieli komputerów odciętych od rzeczywistości tym bardziej, moli książkowych nałogowo chłonących druk czarnych liter, bezczelnych optymistów oplecionych kolorami pomarańczy tudzież cytryny, uzdolnionych manualnie, niezrozumianych artystów, amatorów rapu, amatorów dziedzin innych do fanatyków gier planszowych, instrumentów muzycznych i istot po prostu innych, nieakceptowanych nadto, żyjących w swoim własnym, wyimaginowanym świecie. Lynn poszukiwała spokojnego miejsca, gdzie mogłaby się zaszyć, z oddali wyłoniła się drewniana nie zajmowana przez nikogo ławka. Pomijając oczywiście ogrom substancji gumowych znajdujących się pod jej spodem. Usiadła na owym przedmiocie, a wręcz ordynarnie zajęła jego całość, nałożyła słuchawki na uszy i zaczęła się wtapiać w rockowe dźwięki. Dzisiaj została osamotniona, jej najlepszy i jedyny najwidoczniej przyjaciel pozostał w domu z powodu jakichś żołądkowych dolegliwości bliżej jej nie znanych. Jedyny człowiek, który ją rozumie lub chociaż się stara, który potrafi rozbawić, pocieszyć, uspokoić (a to w chwilach kryzysowych prawie niewykonalne), która zna jej złożoną/ nietuzinkową osobowość i co najważniejsze ją akceptuje. Jedyny plus jego niebytności to całość zielonej mikstury tylko dla niej i całe drewniane szczęście do siedzenia. Ale mając przed sobą wizję kilku nierozwijających godzin, bądź rozwijających,ale nie w tym kierunku, co ona by sobie życzyła można się jedynie pocieszać odwiedzeniem Lawrenca po szkole. *** Po ostatnim błogim szkolnym dźwięku, ostentacyjnie wybiegła z budynku podążając do lawrencowego domu. Mijała jakichś niezidentyfikowanych ludzi, którzy sunęli wydawać by się mogło bez celu bo zapłakanych deszczem ulicach. Po czym dotarła do swego budynkowego celu. Weszła do domu, bez większego oporu dotarła przed drzwi, które były fantazyjnym tworzywem, gdzie Lawrence umieszczał zawsze napis dotyczący swego stanu umysłowego, bądź jakąś sentencję, bądź coś piśmiennie twórczego. Dzisiejszy napis brzmiał „Chory cieleśnie *leży i czeka na wybawicielkę*” Usta Jocelyne mimowolnie ułożyły się w lekki uśmiech i tą oto postawą wkroczyły do pokoju. Lawrence wyraźnie rozentuzjazmowany podniósł lekko swe ciało z łóżka. -Ach! Moja wybawicielka. -Ach, widzę przerost optymizmu. Wrodzona ironia zawsze znalazła jakiś sposób, którym przedostawała się przez te jocelynowe usta na zewnątrz. -Tak, bo od rana nie widzę tu żadnej żywej duszy, pomijając mego psa. -To ja, tak w zastępstwie za niego. -A jak minął dzień? Rzucił z zainteresowaniem pięciolatka chłopak. -Nijak, matematyczne bzdury, różowa społeczność, wola ławka, wolna zielona mikstura, korytarze pełne ograniczonych istot… -Ach, czyli tylko mnie brakowało, aby ten twój nijaki dzień ubarwić. -Nie żartuj sobie, chociaż czasem jesteś społecznie użyteczny. Zaszczycisz mnie jutro swą obecnością w szkole? -Nie zaszczycę, w domu nakazują mi być do piątku. -Nakazują, och. Czyli jestem skazana na samotne przybywanie wśród tych ekhm, ludzi, nie, życie jest okrutne. -Odwiecznie znana prawda, w naszą ziemską egzystencję jest wpisane jest niezadowolenie. Ale tak jest i trzeba to przyjąć, nie można żyć ciągle walcząc ze światem. Cała postać Lawrenca. Filozofowanie jest jego nikłą przyszłością, ale porywa tłumy,…