Horror · 22 min czytania
W Międzyczasie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wcale nie budziły w nim wstrętu. Paciorkowate, szklane oczy mogły się wydawać upiorne, a nieruchome, pseudo żywe ciała odpychające. Ale nie – widział w nich żywych mieszkańców krzewów, traw i drzew. I nieważne, że były to muzealne niby-krzewy, niby-trawy i niby-drzewa. Wypchany niedźwiedź, wilk, a nawet śmieszny w swej niepozorności piżmak ożywały, stawały się prawdziwymi mieszkańcami młodzieńczych pasji. Wyobraźnia pomagała dorastającemu chłopcu. Miał znów 12 lat.
* * *
Maksymilian bardzo lubił spotykać się z synem w miejskim ZOO. Tym „uparczonym”, jak stwierdził kiedyś, zamienionym w miejski park, dostępny dla wszystkich, oferujący niewiele egzotyki, za to dużo zakamarków, w których można pograć w piłkę, badmintona albo chowanego. Albo stać się Odkrywcą – tuż przy przerdzewiałym płocie znaleźć Norę Która Na Pewno Dokądś Prowadzi. Przy zagrodzie dla owiec (kameruńskich, nazwa nie bez znaczenia) urządzić polowanie, stać się tropicielem dzikich zwierząt jak ulubiony bohater książkowy. Maksymilian udawał, że nie widzi, gdy jego syn znikał mu z oczu w drodze po kolejnego loda kupowanego w „zoonośnym„ kiosku (kolejne słowo które wymyślił, w miarę jak wzrastała sympatia do tego miejsca). A gdy Kajtek znikał, jego ojciec zazdrościł. Tego, że nie ma znów 12 lat, że droga do pracy jest tylko drogą do pracy – drzwi w drzwi, cholerne skupienie na celu. Nic nie odwraca uwagi, nie ma miejsca na imaginacje. I spotkany po drodze pies pozostaje psem miast zmienić się w zwiadowcę stada likaonów, gołębie nie obsiądą go jak sępy, gdy już zostanie upolowany. Mijana w pośpiechu brama z wyłamanymi drzwiami i ciemnością za progiem nie przestraszy, nie utrudni wieczorem zaśnięcia. Utrudni je za to pechowa kłótnia z żoną i jej konsekwencja – brak seksu. Cóż, dorośli też mają swoje straszydła. Teraz jednak należało się śpieszyć, istotna była najbliższa godzina. Spędzą ją razem – nie razem, Maksymilian będzie spacerował, jego syn zabawi się pewnie znów w łowcę dzikich zwierząt, co jakiś czas przybiegnie by łyknąć oranżady („tego różowego świństwa”, jak mawiała Mama – Żona). Pogadają chwilę, potem wrócą do domu by połknąć na wskroś zdrowy mamino-żoniny obiad. Tak, Maksymilian bardzo lubił spotkania z synem w miejskim, „uparczonym” ZOO.
* * *
Kajtek nie cierpiał gdy ojciec zabierał go do ZOO. Uwielbiał to miejsce, ale nie lubił krępującej, opiekuńczej obecności swego taty, który bardzo chciał być kumplem, ale nie bardzo mu to wychodziło. Kochał tego siwiejącego faceta (strasznie starego – miał chyba ze trzydzieści lat!), ale wolał być sam. Denerwował się, gdy ojciec niby to nieznacznie i sprytnie wtrącał się w jego zabawę. To było nie do zniesienia w sytuacji, gdy NAPRAWDĘ stawał się tropicielem albo myśliwym ( nie „łowcą”, nie cierpiał gdy ojciec tak mówił), gdy NAPRAWDĘ za chwilę mogło stać się coś przerażającego. Nie stawało się jednak, gdy wyobraźnia zaczynała drzemać – a zaczynała zawsze gdy do akcji wkraczały Dorosłość i Opiekuńczość.Boże, jak teraz za nimi tęsknił! Zostawił za sobą wypchane zwierzęta, ciesząc się, że znów wywołały w nim ten dreszczyk. Dziecięcy dreszczyk, bez wątpienia. Schylił się by poprawić sznurowadło przy trampku, tym z ulubionej pary – czerwonej, na grubej, białej gumie. Kajtek dostał je po wygraniu konkursu polonistycznego „żeby i nad ciałem trochę popracować” – jeden z wielu nieśmiesznych żartów Taty. Wtedy nieśmiesznych. - Hej, chłopcze! Może byś tak zrobił miejsce! Kajtek podniósł głowę i zobaczył siwiejącego, krótko obciętego faceta w cienko oprawionych okularach... - Tata?! Na szczęście krzyknął tak tylko w myślach. To oczywiście nie był tata, po prostu jakiś zwiedzacz (tu nie było zwiedzających, wyłącznie zwiedzacze) usiłował się dostać do muzeum, którego wejście Kajtek zablokował. Wraz ze swym trampkiem. - Przepraszam, już schodzę. Zostawił za sobą muzeum i zagłębił się w park. A park jak zwykle uwodził. Spomiędzy zmurszałych kasztanowców, klonów i platanów o dziwacznie nagiej korze wyrastały budynki pamiętające Miasto młodym. To tu, to tam ukazywał się fragment ściany, kopuła dachu, wszystko zatopione w starej zieleni, oplecione gęstą siecią ścieżek, alejek, okraszone tu i ówdzie jękliwym, trzeszczącym pod stopami mostkiem. Mostki wiodły nad stawami (ledwie dwoma, ale wydawało się jakby było ich znacznie więcej), w których rozsiedli się strażnicy tej śródmiejskiej krainy – łabędzie, kaczki i dzikie gęsi. Tak, uparczone ZOO było świetnym miejscem. Ale nie wszędzie należało zaglądać, były takie zakątki których nie odwiedzał. Nie po raz drugi. Stary, sypiący tynkiem pawilon z ptakami egzotycznymi. Nieduży, niezgrabny, przerażający. Wyglądał jak starzec odziany w łachmany, skrywający pod nimi coś, co nie powinno oglądać światła dziennego. Tyle, że złachmaniony tynk nie umiał być dyskretny, ściany pokrywały się z wolna liszajami czerwonych cegieł. Wyglądały zupełnie jak prawdziwe liszaje pewnego bezdomnego, który zaczepił kiedyś Kajtka na dworcu kolejowym. - Śliczny mały, poprosi tatusia o p n i e n i ą ż e k , śliczny mały… Ręka, która chwyciła wtedy spodenki malucha miała długie paznokcie, składała się z brudu i… liszajów, chyba gnijących. Przedstawiciel tego samego gatunku wydał się wtedy Kajtkowi potworem. Kilka nocy natomiast stało się koszmarem dla jego rodziców, bo budził się z krzykiem, nie wiedząc dlaczego. A gdy młodsza siostra powiedziała do niego w czasie zabawy: - Daj mi pnieniążek…! spojrzał na nią jak patrzy się na swego krzywdziciela i zrobił coś, co nie powinno się przytrafiać pięciolatkowi. Wymiana majtek bolała bardziej niż wizyta u dentysty. Tak, były w miejskim ZOO miejsca których nie należało odwiedzać. Dlaczego więc teraz stał tu wrośnięty w ziemię, z oczami wpatrzonymi gorączkowo w kupkę zwiędłych, butwiejących liści. {i}„M a r t w y c h liści, tak mój drogi, są martwe i ty też będziesz”.{/i} Dlaczego zajrzał za ten pawilon, trzeba było zostać w muzeum wśród wypchanych zwierząt, po co ta cholerna ciekawość kazała mu zbudzić koszmary dzieciństwa!? Spokojnie, to tylko wyobraźnia, tu nie ma nic groźnego, po prostu stary budynek {i}„Dokładnie tak jak wtedy, pamiętasz…?”{/i} Za budynkiem coś skrzypnęło. Brzmiało jak stąpnięcie, jakby czyjaś stopa nadepnęła obsypaną zgniłymi liśćmi trawę. B o s a stopa, na pewno, pokryta liszajami… Kajtek nie wytrzymał. Zaczął biec jak szalony, tyłem, machając rękoma by rozgarnąć ciągle nagie, zimowe jeszcze gałęzie. {i}„Tak, tak, ty też zaraz będziesz nagi, a wtedy zaczniesz gnić, pojawią się ciemnoczerwone plamy, bardzo stare … Nie uciekniesz nam, są oczy które widzą cię ciągle i nie są dobre, o nie, ani trochę…”{/i} Stopy dotknęły asfaltu, Kajtek obrócił się i popędził w stronę małego mostku rozpiętego nad stawem z wodnym ptactwem. Mostek przywitał go radośnie i poprowadził na prostą, jasno oświetloną pełnym słońcem drogę. Z dala od koszmaru. Nadal biegł, dziwiąc się, że tak lekko mu idzie. No tak, na chwilę zapomniał, że znów jest dwunastolatkiem. Nie zauważył kiedy wyrósł przed nim budynek z innego jakby świata. Zadbany, lśniący świeżą farbą, prawie bez śladów używalności. W dodatku żółty, żółcią intensywną, nachalną, a w tym miejscu wręcz głupią i niestosowną. A może w tym momencie? Pośrodku żółtej płaszczyzny pojawiła się plama czerni – bezszelestnie rozchyliły się sterowane fotokomórką drzwi, wypuszczając ze środka dwoje przytulonych do siebie zwiedzaczy. Kajetan przyjrzał się napisowi nad wejściem: „Pawilon gadów” i przypomniał sobie, że w czasach w których się właśnie znalazł ów „pawilon” był wielkim miejskim przebojem. Wypielęgnowany z zewnątrz, w środku urządzony tak by imitować różne strefy klimatyczne odpowiadające jego niecodziennym mieszkańcom. Wszyscy zostali wyrwani ze swoich światów, przyglądali się bezczynnie życiu przepływającemu za szklanymi ścianami. Prawie tak jak on. Kajtek zerknął na zegarek – miał jeszcze kwadrans do spotkania z ojcem, może więc wykorzystać go na odwiedzenie pawilonu. Ruszył ku bramie i już po chwili przekroczył plamę otwierającej się czerni. Czuł się jak we śnie. Od czasu gdy odkrył swoje nowe, porażające nerwy i zdrowy rozsądek zdolności miał wrażenie, że śni cały czas, że wybudzenie ze świata w którym się znalazł nie jest możliwe. Nie był to świat przerażający, straszne było raczej to jak mocno Kajetana pociągał. A wszystko rzeczywiście zaczęło się podczas snu, jakiś miesiąc temu (o ile zwykła miara czasu jeszcze się do niego odnosiła). Spał wtedy głęboko, zmęczony całodziennym powrotem z jakiejś bezsensownej konferencji – i właśnie wtedy odbył swą pierwszą wędrówkę… tak to nazwał z braku lepszego określenia. Jakoś nie potrafił doprecyzować nazwą przenosin w czasie i przestrzeni.Za pierwszym razem przeniósł się o dwa lata wstecz – jakby Kajetan z jutra przesiadł się do Kajtka z wczoraj nie tracąc jutrzejszej świadomości. B y ł sobą dwa lata wcześniej. I tak było zawsze podczas wędrówek – jutrzejsze ciało spało spokojnie, Kajetan zaś przemierzał bezkresy swych wspomnień, oglądał świat odmłodniałymi nagle oczami i widział to czego wtedy, gdy rzeczywiście był o dwa, cztery a nawet dziesięć lat młodszy, dostrzec nie potrafił. Na jego mądrzejszych o lata doświadczeń oczach potwierdzał się banał, że doświadczenie to nazwa, którą nadajemy swym błędom. Dziwnym trafem przenosił się zawsze do tych momentów swej przeszłości, które chętnie by z niej usunął. Zdrada Ani, przez którą był teraz trzydziestosiedmioletnim kawalerem, wybór studiów filologicznych, przez który nudził się teraz w pracy, kupno psa, którego trzeba było oddać, bo okazało się że doberman nie jest dobrą partią dla znerwicowanego nauczyciela akademickiego. Zastana, b y ł a rzeczywistość nie przestawała nękać Kajetana, tarmosić sumienia zbłąkanego między teraźniejszym a minionym, między nieodwracalnym a obecnym. Mimo to nie mógł doczekać się kolejnych przenosin. Wzmógł ich częstotliwość, kupował sobie proszki nasenne, brał niezapowiedziane urlopy, tracił z wolna życie towarzyskie, stając się pełnowartościowym mizantropem. I wcześniej nikt nie nazwałby Kajtka lwem salonowym, teraz jednak stał się etykietowanym odludkiem, jednym z tych których zawsze pomija się w zaproszeniach. Nie potrafił odrzucić zaproszenia od przeszłości, przesuwała się przed nim zdumiewająca w swej realności, przytłaczająca i fascynująca. „Zegar, przeklęte bóstwo”, ten werset jakiegoś – bez wątpienia przeklętego - poety, prześladował go dniem i nocą. Gdybyż jeszcze mógł rzeczywiście przeżyć swe życie powtórnie – ale nie, wszystko co robił działo się poza jego przeniesioną z przyszłości wolą. Po prostu patrzył na stawanie się swego życia – a właściwie co bardziej pokaleczonych jego fragmentów. Aż do dziś. Po raz pierwszy przełamał tę niemożność – dwunastoletni Kajtek robi to czego chce dwadzieścia pięć lat starszy Kajetan. Okazało się, że