Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

medycyna · 32 min czytania

W niezwykłych okolicznościach

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Blanka wyszła ze szpitala na zalaną październikowym słońcem ulicę. Nie miała ochoty wracać do domu. Zamiast na przystanek tramwajowy skierowała kroki do parku. Kilka dni słonecznej i ciepłej jesieni sprawiło, że drzewa pokryły się chmurą żółtych i pomarańczowych liści. Tak rzadko znajdowała czas, by cieszyć się czymkolwiek. Sytuacja w domu, kiepska praca, choroba, skutecznie odbierały jej radość życia.

Na szczęście wyniki badań były w miarę dobre, więc mogła nadal normalnie żyć z nadzieją, że znajdzie się dawca nerki. Tak bardzo pragnęła zmian. Siedząc na ławce, obserwowała bawiące się dzieci i emerytów spacerujących pod rękę. Ani jedno, ani drugie nie było jej pisane.

Czy tego chciała, czy nie, musiała wrócić do domu, wziąć leki, przyszykować się do pracy. Wiedziała, że nie znajdzie tam ani minuty spokoju. Siostra już wróciła z pracy, Marlenka ze szkoły, a Wojtuś przed północą na pewno nie zmruży oka. Wdrapała się na czwarte piętro, zostawiając za sobą czar jesiennego popołudnia.

- Blanka, to ty?! – głos matki powitał ją jeszcze zanim przekroczyła próg. – Nie rozbieraj się. Zejdź do sklepu po śmietanę. Zabrakło mi do ogórkowej. „No tak, ulubiona zupa Moniki, która jeszcze nie wróciła do domu, bo pewnie poszła szwendać się po Manu z koleżankami z pracy.” – pomyślała Blanka zatrzaskując za sobą drzwi i po raz kolejny pokonując cztery piętra. Jej siedmioletnia siostrzenica nie mogła oczywiście zejść do sklepu. Po co skoro ciotka na pewno marzyła o dodatkowych spacerach.

Blanka miała dwadzieścia siedem lat. Nie widziała dla siebie żadnej szansy na przyszłość. Skończyła zaocznie filologię niemiecką, zdała certyfikat z angielskiego na poziomie zaawansowanym, ale od pięciu lat pracowała w zakładzie produkcyjnym. Od czasu do czasu trafiały się zlecenia na tłumaczenia, więc zamiast odsypiać zmianę ślęczała nad komputerem.

Raz na jakiś czas rozglądała się za pracą w zawodzie. Może nawet znalazłoby się coś dla nauczyciela dwóch języków obcych jednak jeżdżenie od szkoły do szkoły, żeby uzbierać pełen etat było ponad jej siły, a o pracę w biurze nie było tak łatwo. Planowała zdać egzamin na tłumacza przysięgłego, jednak od kiedy zachorowała, nie miała na to pieniędzy. Były inne, pilniejsze wydatki. Myślała, że złe samopoczucie, nadpobudliwość, drżenie rąk, brak apetytu to wynik stresu i przepracowania. Przygotowywała się do obrony magisterium, pracowała na trzy zmiany. Kiedy jednak po pozytywnie zakończonym egzaminie i odespaniu kilku nocy objawy przemęczenia zamiast ustąpić, nasiliły się, Blanka postanowiła iść do lekarza. Zanim zdążyła to zrobić, trafiła do szpitala. Diagnoza była szybka i jednoznaczna – przewlekła niewydolność nerek.

Była młoda, silna, zdrowa, więc rokowania były dobre. Wiedziała jednak, że do życia potrzebne będą dializy. Stawianie się trzy razy w tygodniu na kilka godzin w szpitalu było nie do przyjęcia. Musiała pracować, teraz już nie tylko po to, by mieć na rachunki, ale przede wszystkim na leki. Udało jej się dostać od szpitala na kilka miesięcy cykler do dializy otrzewnowej. Dało jej to trochę czasu. Wypłaciła z konta wszystkie swoje oszczędności, pożyczyła pieniądze od matki, od przyjaciółki z pracy i dzięki zaangażowaniu znajomych trafiła do ludzi, którzy po udanym przeszczepie nerki u dziesięcioletniego syna mieli do odsprzedania urządzenie, które pozwoliłoby jej normalnie żyć.

Niektórzy nazwaliby ją na pewno szczęściarą. Miała w końcu dom, pracę, a choroba nie spędzała jej snu z powiek. Wszystko było łatwe, zbyt łatwe. Może dlatego, że jej życie było tak naprawdę trudne i smutne, więc los postanowił przyjść jej z pomocą i ułatwić chociaż to jedno. Kiedy po raz kolejny tego dnia pokonała cztery piętra, z ulga zamknęła za sobą drzwi pokoju. Nie lubiła pracy na noce. Musiała potem spędzić cały dzień w domu, a odespanie zmiany było o tyle kłopotliwe, że albo hałasowały dzieci, albo musiała wysłuchiwać awantur między siostrą i szwagrem. Czuła się wtedy naprawdę chora.

Niestety wizyta kontrolna wypadła akurat po trzech przepracowanych nocach i doktor Michałowicz, widząc swoją pacjentkę, która wyglądała gorzej niż by na to wskazywały wyniki badań, chciał ją przyjąć na kilka dni do szpitala. Stanowczy protest nie zdziwił go. Znał już Blankę na tyle dobrze, że potrafił przewidzieć taką reakcję. Dziewczyna z westchnieniem ulgi usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Była zmęczona. Czuła się niepotrzebna, a przez to, cały wysiłek, jaki podejmowała, też wydawał się daremny.

<< >>

Janek spędził kolejną noc przy łóżku żony. Nie przypomniała tej wspaniałej kobiety, którą była jeszcze przed kilkoma tygodniami. Pewnej nocy obudził ją ostry ból brzucha. Jan podejrzewał zapalenie wyrostka robaczkowego. Pojechali do szpitala, gdzie potwierdziły się jego przypuszczenia. Rankiem już była operowana. Pewna ręka męża nacięła skórę brzucha. Doktor Rajski już od dawna nie wykonywał tak rutynowych operacji, jednak Maja była jego żoną, a on był najlepszy. Kiedy siedział przy niej na sali pooperacyjnej był jak najlepszej myśli. Zabieg przebiegł szybko i bez komplikacji. Uśmiechnął się do żony, widząc, że otwiera oczy. Ostatnio tak mało czasu spędzali razem. Był ordynatorem oddziału chirurgii w największym szpitalu w mieście, a do tego prowadził prywatna praktykę. Maja pracowała jako redaktor miesięcznika dla pań i głowę zawsze miała zaprzątniętą kolejnym wydaniem czasopisma. Janek postanowił, że jak tylko wypisze ją ze szpitala, wyjadą gdzieś na kilka tygodni.

Gdy zobaczył żonę na stole operacyjnym i pomyślał, że mógłby ją stracić, że mogłaby z poważniejszego powodu trafić pod nóż, praca stała się nagle mało znacząca. Uprzytomnił sobie, jak rzadko przy niej bywał i postanowił to nadrobić. Jeszcze tego samego wieczoru Maja zaczęła się skarżyć na ból nie do wytrzymania. Dołączyła do tego wysoka gorączka. Janek musiał popełnić błąd, wiedział o tym. Zapalenie otrzewnej nie pojawiało się samo z siebie.

Konieczna była kolejna operacja. Nie przyniosła ona już tak optymistycznych rokowań. Duże dawki silnych antybiotyków powoli zwalczały infekcję, ale Maja nie odzyskiwała sił. Zawsze była pełną życia, energiczną kobietą, a teraz z trudem sięgała po dłoń męża. Janek pomyślał, że może tylko w jego oczach była taka silna. Sepsa. Ta wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba. Taki ciąg powikłań po rutynowym zabiegu nie był normalny, jednak nie niemożliwy. Tysiąckrotne analizowanie szczegółów zabiegu nie przyniosło odpowiedzi na żadne z pytań, a stan Majki pogarszał się z każdym dniem.

Kiedy największe zagrożenie minęło, Janek nie miał powodów do radości. W wyniku sepsy rozwinęła się niewydolność wielonarządowa i chociaż udało się antybiotykami opanować zakażenie, to jednak organizm nie był w stanie się zregenerować. Podłączona do maszyn podtrzymujących funkcje życiowe Maja gasła. - Zabiłem ją… - powtarzał Jan, jak w amoku. Nie bywał w domu, dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywał w szpitalu i to nie na spełnianiu obowiązków zawodowych. Nie odchodził od łóżka żony. Nie chciał słuchać tych, którzy sugerowali, że powinien pozwolić jej odejść. Nie było już przecież nadziei.

- Jest. Przeszczep wielonarządowy. - Janek, z całym szacunkiem, ale czy ty zwariowałeś? – zapytał zdziwiony doktor Jarzębski, kardiolog, ale przede wszystkim długoletni przyjaciel. - Nie, mówię poważnie. Jeśli znajdzie się dawca… - Człowieku jesteś chirurgiem, jednym z najlepszych, posłuchaj sam siebie przez chwilę. Sepsa doprowadziła u Majki do niewydolności serca, płuc, wątroby i nerek. Chcesz jej wymienić wszystkie organy? Wiesz, że zawsze stałem po twojej stronie, ale teraz, uważam, że moim obowiązkiem jest dać ci do zrozumienia, że posuwasz się za daleko. Nawet jeśli jakiś transplantolog porwie się na taka operację, to pomijając fakt, że jest ona niemożliwa, Majka jej po prostu nie przeżyje.

Michał spoglądał na przyjaciela i obawiał się, że wypowiedziane przed chwilą słowa nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Próbując za wszelką cenę naprawić popełniony błąd zatracił zdolność oceny i weryfikowania rzeczywistości. Nieogolony, w pomiętym fartuchu i z nienaturalnie błyszczącymi oczami, krążył myślami gdzieś daleko.

<< >>

Blanka z ulgą zamknęła oczy. Miała przed sobą kilka godzin snu. Marlenka zajmująca łóżko po drugiej stronie pokoju oddychała równo, przykryta po samą brodę kołderkę w kwiatki. Mieszkanie należało do matki, więc miała do własnej dyspozycji jeden z małych pokoi. Drugi zajmowała Blanka z siostrzenicą, a trzeci – duży, siostra z mężem i trzyletnim synem.

Właśnie zakończyła się kolejna awantura o to, że Marka całymi dniami nie ma domu, że dzieci nie wiedzą, jak wygląda ojciec, a Monika musi sobie ze wszystkim radzić sama. Co prawda trudno było określić z czym dokładnie, ale Blanka nie wtrącała się. I tak miała już dosyć tego, że z góry była zaangażowania w ich życie. Musiała załatwiać wszystko to, do czego jej siostra nie miała głowy. Matka zajmowała się dziećmi. Pilnowała Wojtusia, odbierała Marlenę ze szkoły, dbała o to, by odrobiła lekcje.

Cała szóstka z trudem wiązała koniec z końcem, zwłaszcza odkąd Blanka zachorowała i nie mogła połowy swojej wypłaty oddawać matce. Wszyscy mieli dziwne wyobrażenie o stanie jej portfela i byli przekonani, że sto lub dwieście złotych mniej nie zrobi żadnej różnicy w jej budżecie, a reszcie rodziny przyda się przecież bardziej. Blanka poszła do pracy, żeby opłacić szkołę, o wszystko musiała zawsze zadbać sama, podczas gdy jej siostra wykazywała wręcz awersje do rozwiązywania jakichkolwiek życiowych problemów. Zawsze brakowało jej pieniędzy, urzędnicy się nią uwzięli, przytrafiało się jej tylko to, co najgorsze, dzieci było rozpieszczone do granic możliwości, bo sobie z nimi nie radziła. Winę zrzucała więc na męża, a obowiązki na matkę i siostrę, podczas gdy sama pogrążała się w lekturze książek Daniel Steel.

Miała tego dosyć. Chciała mieć własny dom, rodzinę, nerkę…

Na początku nie mogła zasnąć z cyklerem podłączonym do cewnika. Bała się, że coś uszkodzi, że zaplącze się w przewody, jednak szybko nauczyła się jakoś sobie radzić z tym nocnym towarzyszem. Zaakceptowała go, bo dawał możliwość normalnego funkcjonowania w dzień. Jak zwykle nie mogła zasnąć. Lubiła leżeć w łóżku w ciszy i ciemności. Żyła wtedy swoim wyimaginowanym życiem. Urządzała mieszkanie pełne kwiatów, po którym biegała dwójka dzieci i przynajmniej dwa koty i do którego po południu wracał mąż. Czasem ganiła się za te sielankowe wizje, wiedząc, że daje sobie złudna nadzieję. Wszystko było tylko mrzonką, która na krótką chwilę poprawiała humor.

Nie mogła mieć dzieci. Leki i dializy wywoływały zaburzenia płodności. Dopiero po przeszczepie możliwe, choć niezwykle ryzykowne, było planowanie ciąży. Domek z ogródkiem i kotami też nie wchodził w grę. Nie mogła wykonywać prac ogrodowych, kwiaty były ryzykowne ze względy na bakterie glebowe, a koty poza sierścią, były nosicielami toksoplazmozy. Tym sposobem wymarzone życie należało zubożyć o kilka elementów, a to, co pozostawało, niewiele się różniło od tego, co przecież już miała. Zwykle zasypiała ukołysana marzeniami o lepszym życiu, albo łkając cicho w poduszkę.

Wstawała, gdy było jeszcze ciemno. Zanim jednak wybiła piąta i musiała wyjść na autobus, spędzała najpiękniejsze z całego dnia dziesięć minut nad kubkiem parującej kawy. W mieszkaniu było cicho, wszyscy spali, nikt niczego od niej nie chciał. Siedziała przy stole w półmroku, jaki dawała zapalona ścienna lampka i delektowała się spokojem i smakiem kawy. Przez krótkie dziesięć minut była panią domu, była sama, była szczęśliwa.

Czy lubiła swoja pracę i tysiąc dwieście złotych pensji podstawowej? Wiedziała, że stać ją na coś lepszego, ale szukać stałej posady w czasach kryzysu nie miała siły. Była operatorem maszyny, radziła sobie z ludźmi. Miała grupę oddanych przyjaciół, z którymi mogła podzielić się problemami i poprosić o wsparcie. Nie narzekała.

Wiedziała, że taka praca, niekiedy siedem dni w tygodniu, była ponad jej siły, ale tylko dzięki nadgodzinom mogła sobie pozwolić na kupno nowych butów czy zimowej kurtki. Raz trafiła do szpitala, gdy wracając do domu, straciła na schodach przytomność. Doktor Michałowicz przetrzymał ją dłużej niż powinien, bo jak sam powiedział: „Ta uparta dziewczyna zaraz pójdzie do roboty, więc niech odpocznie chociażby pod przymusem.”

Blanka wiedziała, że musi o siebie dbać i wbrew temu, co sądził jej lekarz, lubiła wypoczywać. Gdy tylko świeciło słońce uciekała z domu na długie spacery. Często przesiadywała w parku z książką w ręku i słuchawkami na uszach zatapiając się w świat bohaterów Agaty Christie. Często zabierała ze sobą Marlenę i Wojtka, żeby wyszaleli się na placu zabaw, pod warunkiem, że pozwolili jej w spokoju czytać.

Wielkimi krokami zbliżała się zima i święta Bożego Narodzenia. Blanka już myślała o prezentach, jakie w tym roku położy pod pachnącą, prawdziwą choinkę. Po pracy miała do załatwienia kilka spraw, więc odespanie nocnej zmiany musiała odłożyć na popołudnie. Przy okazji biegania po mieście postanowiła uważnie oglądać wystawy sklepowe, które już kusiły, aby zrobić świąteczne zakupy. Wróciła do domu dopiero przed pierwszą. Z ulgą pozbyła się płaszcza i ciężkawej torebki. Kierując się zapachem obiadu od razu weszła do kuchni. Była głodna i zmęczona.

- Kochanie, masz pewnie jakieś pieniądze, weź to i zapłać. Monika nie miała pewnie czasu. Blanka rzuciła okiem na rachunek. Cały przedświąteczny nastrój szlag trafił w jednej sekundzie. - Po pierwsze nie mam pieniędzy, a po drugie nie korzystam z jej Internetu. Skoro jest jej niezbędny, to niech sama za niego płaci. - Monika ma męża i dwójkę dzieci, ma swoje wydatki. Mogłabyś nie być chociaż przez chwilę taka samolubna! - Nie mam męża ani dzieci, więc nie mam prawa do swoich pieniędzy i wydatków?! Oddałam ci do grosza pieniądze, które pożyczyłaś mi na cykler. Czy ona kiedykolwiek ci coś oddała? Dlaczego to ona jest zawsze tą bardziej potrzebującą?! To ja jestem chora, to mi potrzebne jest wsparcie! Monika gdyby chciała, to ze wszystkim by sobie poradziła, ale tak jest jej łatwiej. Mam tego dosyć!

Blanka wybiegła z domu, trzaskając drzwiami. Przechodnie spoglądali ukradkiem na zapłakaną kobietę idącą chodnikiem. Szła przed siebie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie powinna była krzyczeć na matkę. Od śmierci ojca radzili sobie jak mogli. Żadne z nich nie miało dobrze płatnej pracy, wszyscy borykali się z problemami. Czasami jednak po prostu nie wytrzymywała. Chciała, by jej siostra była bardziej zaradna i jako ta starsza służyła jej wsparciem i pomocą. Było jednak odwrotnie.

Czyjś podniesiony głos wyrwał ją z zamyślenia. Tramwaj zbliżał się do galerii. Nie było sensu jechać dalej. Wysiadła. Najpierw postanowiła coś zjeść, potem pooglądać rzeczy, na które i tak nie miała pieniędzy. Nie chciała wracać do domu. Nie żeby słuchać wyrzutów Moniki, że w tak straszny sposób potraktowała matkę.

Pojechała prosto do pracy. Widać jednak tego dnia miało się już nie wydarzyć nic dobrego. Westchnęła widząc na taśmie trzy nowe osoby, w tym jedną emerytkę. Tego jej było trzeba po nieodespanej nocy. Włączyła maszynę, po raz drugi tłumacząc, co należy robić, jednak wyraz uprzejmego zainteresowania na twarzach nowych zdradzał, że niewiele zrozumiały. „Trudno, może się wdrożą…” – pomyślała i zajęła się wypełnianiem papierów, licząc na to, że jej stałe dziewczyny w razie potrzeby uratują sytuację.

Minęła godzina, a maszyna po raz czwarty stanęła ze zgrzytem. - Cholera jasna! – zaklęła pod nosem. - Niech panie uważają trochę! – krzyknęła. – Łukasz zobacz, co da się z tym zrobić, bo ja już nie mam siły. Szlag mnie chyba dzisiaj trafi. - Źle wyglądasz. Wszystko w porządku? - Też byś tak wyglądał na moim miejscu – uśmiechnęła się. - Chyba musisz wezwać mechanika. Tak będzie najszybciej. Nie zawadziłoby też wymienić te gwiazdy na kogoś, kto się chociaż trochę przyłoży.

Dziewczyny korzystając z chwilowej przerwy pogrążyły się w rozmowie przerywanej co chwila wybuchami histerycznego śmiechu, a emerytka czym prędzej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
W niezwykłych okolicznościach — czytnik · opowiadania