Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 19 min czytania

W oczach Wojen- Rozdział 1.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ 1.

1. Próba Stali, Próba Ognia.

Słońce już zachodziło nad trawiastą równiną Elleroth. Krwawe światło zalało falujące wolno, wysokie trawy. Lecz niewielu dane było to oglądać. Wojna zebrała tutaj swe żniwo. Wieśniacy byli martwi, najeźdźcy ruszyli dalej tyłem do Słońca. Lecz jeden przetrwał tą rzeź. Przypadkiem. Lecz zupełnie nic nie rozumiał. Właśnie się przebudził po ciosie spadającej beli z płonącego domu, która zabrała mu świadomość. Mały chłopiec, który pojął tylko tyle, że wszyscy którzy się nim opiekowali odeszli. Nie ma ich. I co on, dziesięcioletni chłopiec ma zrobić? Przyszły czarne cienie, niosły stal i ogień. Zniszczyli życie. Chłopiec wstał. Ledwo. Zachwiał się, ale podtrzymał na osmolonym kikucie drewnianego filara zdobionego w tak dobrze mu znany motyw splątanych roślin. Znany, bo zdobił jego dom. Biała gwiazda wybuchła mu przed oczami. Za szybko wstał. Zakręciło mu się w głowie, zachwiał się znów i upadł. Leżał chwilę i spróbował wstać jeszcze raz, powoli, ostrożnie. Nie wiedział co robić. Rozejrzał się. Słońce odbijało się w czymś oślepiając go na moment. Co to? Chłopiec podszedł. Zobaczył ową stal przyniesioną przez te mroczne postaci. Trochę podobny do miecza ojca...ale większy chyba. I z jakimiś ząbkami u nasady ostrza. Dziwna broń. Chłopiec złapał za rękojeść, zaparł się straszliwie i wyrwał ją z ziemi. Po czym złapał obiema rękami i zaczął wlec za sobą w kierunku, w którym matka pokazywała mu, że tam oto leży wielkie miasto, stolica Ellethorn, państwa Ludu Traw. Miecz był ciężki, okropnie ciężki. I zimny jak lód. Znaczył wędrówkę młodzika głęboką bruzdą wyrytą w ziemi. W świętej ziemi, którą zwał kiedyś „domem”, a teraz kojarzył tylko ze śmiercią. Każdy kto zobaczyłby go teraz uznałby pewnie, że niebawem zemrze w drodze. Ale jego przeznaczenie było inne. A Ludzie Traw z przeznaczeniem nigdy się nie kłócą.

***

W mieście znów radość panuje. Ludzie biegną ulicami, krzyczą, śmieją się. Nawet z karczm powyłazili. A żeby z karczm wyłazili, szczególnie w tak gorący dzień, to trzeba im czegoś wielkiego, naprawdę. I to wielkie było. Złapali trucicielkę. I właśnie wieźli ją na stos. Drogą przez środek miasta, związaną i rzuconą na słomę, na dwu-kołowym wózku ciągniętym przez dwa tury. Kiedy przejeżdżała ludzi krzyczeli, gwizdali i pluli na nią. A przecież większość nie wiedziała nawet dobrze co ona takiego zrobiła. Ale wszystkim udzielała się złość i nienawiść. Rzadko się ostatnio takie widowisko zdarzało, więc tym bardziej każdy chciał to obejrzeć na własne oczy. Co im potem po opowieściach. Trzeba być, bo to zjawisko kulturalne i każdy powinien. To już nawet nie palenie trucicielki, to Palenie Trucicielki. Niemal święto. Dlatego też dziś pewnie nie zarobi Shea. Miała strasznego pecha być do owej trucicielki podobną. A jaki mężczyzna będzie chciał jej towarzystwa, pamiętając oglądaną przed południem niemal identyczną twarz wykrzywioną krzykiem i cierpieniem. No cóż- westchnęła i pomyślała, że skoro akurat ją taka złośliwość losu spotyka, to bogowie muszą jej bardzo nie lubić. Oparła głowę na rękach wspartych na parapecie. Ze swego pokoju w karczmie przy rynku widziała doskonale całe zdarzenie. Shea potrzebowała pieniędzy, teraz jeszcze bardziej. Prawda, była prostytutką, ale to wszystko dla jej małej córeczki. Jak tylko uzbiera tyle, żeby zapewnić jej wychowanie, albo jak mała dorośnie skończy z tym. Nagle jej uwagę od tych myśli odwrócił krzyk. Spojrzała w dół- to trucicielka podniosła wrzask. Nic dziwnego. Skazańczy często krzyczą przywiązywani do pala na stosie. Złorzeczą kapłanom, bogom i wielu jeszcze innym. Grożą i błagają jednocześnie. Jednak w słowach trucicielki było coś więcej...była moc. -Niechaj to miasto będzie przeklęte! A razem z nim wy, którzy tu mieszkacie! -Milcz, trucicielko! To ty jesteś przeklęta!- krzyknął w jej stronę mocnym głosem kapłan. -To ty zamilcz, psie na uwięzi swoich bogów!- jej głos przechodził z wysokiego damskiego na coraz niższe rejestry.- Zginiecie wszyscy! Zbudził się Morderca Bogów! Demony- tu jej głos przeszedł jeszcze poniżej męskiego i stał się gardłowym rykiem- już o was śpiewają! -Milcz przeklęta...!- głos kapłana stawał się coraz słabszy. Duchowny zamilkł w ogóle, kiedy nad miastem zaczęły zbierać się ciemne chmury. Poczuł, że to co mówi morderczyni nie jest takie bezpodstawne. Z gardła trucicielki wyrwał się ryk, który płynnie przeszedł we wrzask, a potem w pisk. Wszyscy wokół złapali się za głowy. Po chwili pisk się urwał. A z nieba uderzył grom. Mieszkańcy miasta padli na ziemię w strachu. Shea schowała się do karczmy, jednak daleko nie uciekła. Padła bez przytomności na ziemię, podobnie jak każdy obecny w mieście. Prawie każdy.

*** -Panie... -Tak, Eal’therionie?- potężny mag odwrócił się w stronę jednego ze swych uczniów. Zanim pojawił się Eal’therion starzec ten wpatrywał się w taflę wody w misie stojącej przed nim. Widział w niej delikatną sieć boskich planów na świecie. I znalazł pewnie zaburzenia. -Panie- młodzieniec skłonił się nisko- śmiem twierdzić, że dla świata rodzi się właśnie wielkie zagrożenie. Razem z mymi Braćmi odkryliśmy pewne przesłanki mogące świadczyć o tym, że bogowie albo zapomnieli o naszym świecie, albo, co gorsza widzą w nim zagrożenie lub ewentualne pole walk. -Tak...Tak samo rzecze Zwierciadło. Jednak to, co tam widzę jest o wiele bardziej precyzyjne od twych odkryć. Myślę, że Świat stanie się polem bitwy bogów. Już kiedyś tak było. -Tak, Ojcze, wiem. Wojny religijne, zmiany klimatu, szaleństwo i krew. Twierdzisz, Panie, że te czasy znów nadchodzą?- młody Eal’therion zbliżył się do wyrastającego z podłogi splątanego jakby z gałęzi, czy czarnych ścięgien, jednak wykonanego z gładzonego kamienia piedestału dla Zwierciadła. -Tak myślę. Wiesz, na czym polega życie Świata? Ludy rodzą się i odchodzą, a każdy ma jakieś znaczenie dla teraźniejszości i przyszłości. -Tak Panie, wiem. -A wiesz co zrodziło się w południowo-zachodniej części Kontynentu Etrejskiego?- mag odgarnął część skomplikowanej, powłóczystej, srebrno- niebieskiej szaty i podniósł teraz obnażoną do przedramienia rękę oplątaną skomplikowaną bransoletą symbolizującą Krąg Czasu, oraz zdobną w pierścienie. Dłoń zaświeciła mu niebieskim światłem, potem zaś wybuchła błękitno- zielonym płomieniem. -Nie, Ojcze, nie doszły mych uszu te nowiny... -Przebudziło się narzędzie Pana Wojen- Płomienie buchające z jego dłoni ułożyły się w symbol czaszki przebitej mieczem- Lud Wojen. Idealni wojownicy. Wytrzymali fizycznie i psychicznie. Silni i inteligentni. Posługują się tylko tymi dziedzinami technologii i magii, które mogą pomóc im w walce. Mnożą się szybciej niż jakikolwiek inny Lud. -To o nich mówi przepowiednia Wyroczni Vennetejskiej- „Przyjdą ci, co mieczem w ręku początek darzą Wojny wielkiej. I ruszą, a Świat zadrży. I nikt ich nie powstrzyma, bo oni są Toporem i Mieczem swego Pana. Oni są Końcem” -Tak- mistrz jednym ruchem przegonił płomienie. -Panie, widzę w tym nadchodzący koniec. Czy będę ci jakoś potrzebny w ten czas? -Tak, Synu. Mam dla Ciebie zadanie. Wiesz dobrze, że każdy Człowiek Nieba, aby stać się pełnoprawnym Wyższym Magiem musi dokonać czegoś wielkiego. Dla ciebie takim dokonaniem będzie zrozumienie Pieśni Demonów. -Demony śpiewają...ależ Panie, to ponad me siły! -To ja oceniam, co jest ponad twe siły, a co już leży w twym zasięgu- odparł stary mędrzec- i pamiętaj o jednej ze Świętych Zasad- o Spokoju. -Tak, wybacz Ojcze.- Eal’therion skłonił głowę.- Powiedz choć, od czego mam zacząć pracę. -Musisz zejść na ziemię. Tam musisz znaleźć człowieka który nad wyraz często przewija się w wersetach Pieśni. -Jak mam go poznać? -Pochodzi z Ludu Traw. Jest w nim wielki smutek, ale i wielka siła. A nosi przy sobie miecz będący wyrobem mistrzów wojennego rzemiosła. -Dobrze, Panie. Kiedy mam wyruszyć? -Kiedy tylko będziesz gotów.

2. Ofiary czasu wojny.

Vanthar z Elleroth, siedział na skale, opierając się na swym charakterystycznym, czarnym mieczu, wpatrzony we wschodzący księżyc. Obóz został z tyłu. Żołnierze krzątali się, jedli pili. Cieszyli się z kolejnego dnia, który bogowie dali im przeżyć. Szczególnie, że stoczyli dziś ciężki bój i nie każdemu się to udało. A jutro kolejna ciężka przeprawa- to ostatni obóz przed przebyciem Przełęczy Ghultara. Dawno już nikt z żywych tego nie dokonał, a oni musieli, żeby ratować swój kraj. Jeśli zostaną tutaj dopadną ich ścigający ich cały czas jeźdźcy. Teraz myśli Vanthara przeszły na jego wrogów. Kim są te plugawe istoty z serca Piekieł? Pojawili się jednego dnia i zadali krajowi taki cios, że z miejsca przejęli w nim władzę. To był straszny dzień. Palone domy, mordowani mężczyźni, gwałcone kobiety. Wszystko jednego dnia, a potem Elleroth stało się częścią Imperium. Nie trwało długo zanim wybuchła rewolucja. I jakimś dziwnym trafem Vanthar, podróżnik, stanął na jej czele. Wojownik poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Odwrócił się błyskawicznie z mieczem odruchowo gotowym do zadania ciosu. -Panie, spokojnie...-młody wojownik odsunął się widząc tą nagłą reakcję, jednak nie zdziwił się. Znał swego dowódcę. -Co jest? -Ujęliśmy szpiega, panie. Raczysz z nim pomówić, czy zarżnąć psiego syna na miejscu? -To jeden z tych Allrhati? -Nie, panie, nie wygląda na najeźdźcę. Raczej na mędrca jakiegoś...i uszy ma jakieś…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%