Inne · 6 min czytania
W pociągu...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W pociągu…
Zabawne, ale z daleka, wygląda zupełnie jak moja kolejka z dzieciństwa – mała i delikatna. Każde jej uszkodzenie wywoływało u mnie wezbranie potoku łez, który wymuszał na moich rodzicach zakup, upatrzonej prędzej w Baltonie lub Pewexie, nowej zabawki. Szczerze mówiąc, to nawet jej nie lubiłem. Nudziło mnie ponad dwugodzinne rozstawianie torów i puszczanie po nich miniaturowego pociągu, który rzadko kiedy, już po pierwszym zakręcie nie wypadał z torów. Z bliska natomiast wygląda zupełnie inaczej. Budzi respekt. Jest potężna i usmolona. Przypomina metalowego, nie mającego końca węża, który pochłania na stacjach kolejnych, nie stawiających oporu, podróżnych. Otworzyłem zatem jedną z umorusanych śniegowym błotem łusek i zanurzyłem się w otchłaniach nieznanego stwora, żeby znaleźć swoje, okupione kasowym haraczem, miejsce. Z wielkim jak słoń tobołem, przeciskam się przez zadymiony, wąski korytarz. Czuję się jakbym eksplorował tajne bunkry szurniętego Hitlera albo zakłócał spokój, leżącego w swojej piramidzie Tutenhamona. Po kilku ciężkich, obkupionych nadludzkim wysiłkiem, chwilach, odkopuje przedział z miejscem nr 55. Nie chce wyjść na laika, ale z autopsji znam tylko dwa rodzaje przedziałów. Pierwszy to przedział kontemplacyjno – biblioteczny. Panuje w nim medytacyjna cisza, regulowana przez tempo sunącego pociągu oraz ulatniający się spod kół stukot. Zazwyczaj siedzą w nim ludzie pogrążeni w lekturze książki bądź też gazety lub bez reszty oddani tępemu wyglądaniu przez okno. Zaś drugi przedział to istne targowisko, pełne krzykliwych kwok, które gdaczą o wszystkim i o niczym. Raz dwa przejrzą te swoje kilkustronicowe pisemka, które, jak amfetamina, nakręcają je diabelską energią. Wpadają w ploteczkowy amok, który szybko udziela się wszystkim towarzyszom podróży. Tymczasem odsuwam drzwi i od razu rzucam zwiędłe ,,dzień dobry”, które odbija się głucho od szczelnie zamkniętego okna, zahacza o dwóch lub trzech współtowarzyszy podróży i wraca do mnie. Tym samym wyganiam figlującą po przedziale monotonność i niemal natychmiast znajduję się pod ostrzałem kilku celnych par oczu, które, jak w orwelowskiej powieści, śledzą każdy, nawet najdrobniejszy mój ruch. Nie robiąc zbyt gwałtownych ruchów, rzucam okiem na wyładowane do granic możliwości, miejsca bagażowe. Po czym z pochlipującą bezradnością patrzę na swój, ponad pół metrowy bagaż. Muszę przyznać, że już od dawna zachodzę w głowę, kto o zdrowych zmysłach i z chociaż kropelką wyobraźni przestrzennej, zaprojektowałby przedział na osiem osób, z miejscem bagażowym dla zaledwie czterech? Niestety, w tym wypadku, nie pozostaje mi nic innego, jak pozostawić swój bagażu na korytarzu, narażając go tym samym na niezliczone szturchańce i kopniaki. Nareszcie, po zadeptaniu wszystkich par butów, docieram do swojego, w połowie zajętego przez grubasa sąsiada, pożądanego przez wszystkich, miejsca przy oknie.…