Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 34 min czytania

W pogoni za prawdziwym szczęściem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ PIERWSZY W KRĘGU PRZYJACIÓŁ I WROGÓW W małym państewku, w małej mieścinie, w małym domku jednorodzinnym, mieszkała dziewiętnastoletnia Deryl Portos ze swoim ojcem Patrickiem. Ona była miłą, wesołą, uczynną, pomysłową i odważną licealistką, on był samotnym tatusiem, niedającym sobie rady z zarabia-niem pieniędzy. Byli ze sobą mocno związani, przyczyna bliskiej więzi tkwiła w śmierci matki, gdy Deri była jeszcze malutką dziewczynką. Deri lubiła szybkie motory i sportowe auta, ale jednocześnie zachowywała się roztropnie w doborze swoich przyjaciół. Nie mieli oni ani samochodów, ani motocykli. -Maszyny do patrzenia, a przyjaciele do życia. - jak powiedziała któregoś razu do ojca. - To, że mi się coś podoba, nie oznacza, że jest to kryterium szukania przyjaciół. Miała dwóch prawdziwych przyjaciół: Paula i Deborę. Paul był dobrym uczniem, miłym towarzyszem do szczerej rozmowy, do głębszych rozmyślań, ale nie nadawał się na przykład na dyskotekę czy huczną zabawę w gronie większym niż najbliżsi przyjaciele. Był spokojnym, zrównoważonym, ale dowcipnym i optymistycznie nastawionym do życia chłopaczkiem, który potrafił na wszystko znaleźć sensowną odpowiedź. Polo, bo tak na niego mówiła Deri i Debi, był od nich dwa lata starszy. Deborah była naprawdę wspaniałą kumpelką do wszystkiego: do nauki, do żartów, do poważnych przedsięwzięć, do podrywania czy zaczepiania chłopaków. Potrafiła być zwariowana, kompletnie wyluzowana i odjazdowo dowcipna, ale gdy sytuacja tego wymagała stawała się poważna, rozsądna, zaradna i pomysłowa. Umiała się przystosować do każdej sytuacji. Jeżeli chodzi o jej naukę to sprawa miała się nieco gorzej... Ale też sama Deryl nie była jakimś intelektualnym orłem i to właśnie podnosiło Deborę na duchu. Od pierwszej podstawówki, dziewczyny chodzą do jednej klasy i znają się bardzo dobrze. Cała trójka często spotykała się, gdy pogoda na to pozwalała, w miejskim parku, a gdy na dworze padało, był mróz, czy wiał potworny wiaterek, zaglądali do restauracji Pod Drzewami, aby porozmawiać o byle czym. Wróćmy jednak do osoby Patricka. Gdyby nie pieniądze, byłby idealnym ojcem. Ale z kasą było krucho. Miał pracę, ale firma była mocno zadłużona i wypłacała jedynie małą część pensji. Rozglądał się za czymś ciekawszym, ale niczego atrakcyjniejszego nie było. Z czasem doszło do tego, iż szukał kogoś, kto byłby wstanie mu udzielić pożyczki. Znalazł. Oskara Brookiego. Nie mógł znaleźć nikogo gorszego niż właśnie niego. Ale wówczas Patrick uważał Oskara za równego faceta. Bo skąd mógł wiedzieć, że później narazi siebie i swoją córkę na poważne niebezpieczeństwo? Nie wiedział. Oskar zbyt dobrze grał uczciwego człowieka, żeby ktokolwiek mógł coś podejrzewać. Patrick wydatków miał więcej niż dochodów, a dług u Brookiego powoli rósł. Któregoś wieczoru, gdy Deryl była z Debi u Paula na degustacji jego wypieków, zadzwonił telefon. -Halo? - zapytał Patrick. -Mam sprawę do ciebie. Wiesz, kto mówi i o jaką sprawę chodzi? -Niestety. - stęknął pan Portos, słysząc głos Brookiego. -Wpadnę do ciebie za chwilę. Porozmawiamy. Nim ojciec Deryl zdążył cokolwiek powiedzieć, rozmówca wyłączył się. Nie minęło pięć minut, rozległ się dzwonek u drzwi. Pa-trick wprowadził gościa do pokoju gościnnego, zapytał skromnie: -Coś do picia? -Siadaj na zadzie i nie mamrocz. Ustalimy co i jak i spadam. Masz kasę? -Jeszcze nie mam... -Co to znaczy: jeszcze nie mam?! -Mam, ale nie wszystko. -Ile masz? -Prawie ćwierć z całej sumy. -Czy ty mnie masz za idiotę? Masz tydzień na zwrot całej sumy. Co do grosza! -A skąd ja tyle forsy wytrzasnę? -A co mnie to obchodzi? Tydzień mija, oddajesz równy milion dolców. -Za coś trzeba żyć. Miej trochę serca! Muszę jeszcze córkę utrzymać... -Córkę. - powiedział do siebie Oskar. Podszedł do telewizora, na którym stały w ramkach zdjęcia Deryl. - Córkę? - powtórzył Brookie. - Dobrze. - uśmiechnął się. - Znaj więc, że jestem litościwy. Okazuję ci serce: zwracasz kasę, albo dajesz mi córeczkę. -Ale... -Żadnych "ale". Warunki są nad wymiar jasne, nie przyjmuję żadnych pytań, żadnych wątpliwości! Do zobaczenia za tydzień. Gdy Oskar wychodził, właśnie wracała Deryl. Spojrzał na nią z chorym uśmieszkiem. -Cześć. - powiedział, delikatnie ocierając się o nią ramieniem. -Cześć... - odpowiedziała niepewnie. Pierwszy raz, bowiem widziała go na oczy. - Tatku, co to za facet? - wbiegła do pokoju niczym skowronek. Widząc jednak głęboko zamyślonego ojca, jak zawsze, gdy miał jakieś zmartwienie, spoważniała. - Coś się stało? -Nie, nic. Tak tylko się zadumałem. Jak tam wypieki Paula? -Wyśmienite. Myślałam, czy czegoś ci nie przynieść, ale było potwornie smaczne i nic nie zostało. Deri wiedziała, że ojciec się czymś martwi, ale wolała na razie o tym nie mówić. Patrick natomiast zrozumiał, że źle postąpił, zaciągając dług u obcego człowieka.

ROZDZIAŁ DRUGI ZACZYNAMY SIĘ NARAŻAĆ Deri nie wiedziała nic o ultimatum, postawionym przez Oskara jej ojcu. Ojciec zamartwiał się, głowił skąd wziąć pieniądze, ale nic mu z tego nie wychodziło. Któregoś razu umówiła się z Debi pod blokiem Paula na godzinę siedemnastą. Troszkę była już spóźniona, dlatego postanowiła iść drogą na skróty, przez mały park koło cmentarza. Z daleka zobaczyła przed sobą grupkę mężczyzn. Z ich zachowania wywnioskowała, że coś się święci. Z początku chciała ich szybko ominąć, nie zwracając na nich w ogóle uwagi, ale przechodząc bliżej, zobaczyła jak pięciu silnych, wysokich wyrostków atakuje słabszego, samotnego chłopaka o jasnych włosach. Zrobiło się jej go trochę żal. Kilka metrów za tą grupką zatrzymała się i wróciła. Znowu zwątpiła, czy powinna się wtrącać. Przyczyną zwątpienia był najwyż-szy koleś z tego grona, który uderzył blondynka w brzuch tak mocno, iż ten zwalił się na ziemię i zwijał się z bólu. Właśnie chcieli go po raz kolejny kopnąć, gdy Deri odważyła się w końcu odezwać. -Hej! Panowie zostawcie go! - głos jej się trochę załamał, gdy cała piątka odwróciła się do niej. -Odwal się mała, chyba, że chcesz, żebym się bzyknął! - parsknął najtęższy z całego towarzystwa. "O, jacy napaleni!" - pomyślała i nie zastanawiając się dłużej kopnęła go między nogi, dodając słodkim głosikiem: -Zdaje się, że nie będziesz miał czym. To trochę nie fair rzucać się w pięciu na jednego, nie uważacie? Ogarnęło ich ogólne zdziwienie. -Próbujesz nas wychowywać, mała? - odezwał się w końcu któryś. -Może. Dajcie człowiekowi spokój. -Zamilcz dziewczynko. - rzekł znokautowany pulpet, usiłując ją uderzyć. Deryl uniknęła ciosu, ale jakoś tak się stało, że znalazła się obok ledwo przytomnego blondynka, po między pięcioma wyrostka-mi. Jak to się stało, że nic jej nie zrobili, że woleli zostawić ją w spokoju i opuścić teren, tego nikt naprawdę nie wiedział, nawet sama Deri. -Co ci jest? -zapytała się, kucając przy pobitym. -Dzięki za pomoc... ale oni i tak mnie dobiją. -Czemu? -Ich szef pożyczył mi sporą sumę, nie mam z czego zwrócić kasy -sapał blondynek. - Miałem czas do dzisiaj... -To znaczy? -Albo oddaję kasę, albo mnie zabiją. -Kim ty jesteś? -Bezrobotnym żywym trupem... Oskar jest nieugięty... -Oskar? - zapytała, przeszukując kieszenie kamizelki blondyna. -Oskar Brookie. Twardy koleś z grubą kasą i klamką za pazuchą. Sam nie lubi się bawić z mokrą robotą, ma do tego swoich ludzi. Nie mogę nic powiedzieć policji. Ani jak się nazywam, ani kto i dlaczego mnie pobił. -Umiesz udawać? -Raczej tak. -Nic nie pamiętasz, a oni ukradli ci dowód osobisty. - powiedziała chowając jego papiery do swojej kieszeni. -Jak ja ci się odwdzięczę? -Ratowałam cię bezinteresownie, z poczucia obowiązku pomocy bliźniemu. - Deryl zadzwoniła z komórki na pogotowie i unika-jąc zbędnych pytań po cichutku się ulotniła, tuż przed przyjazdem karetki. Była spóźniona już jakieś pół godziny. Paul i Debi byli już odrobinę wkurzeni, ale uspokoili się usłyszawszy o przyczynie tego spóźnienia. Deri nie mogła wytrzymać. Coś ją niepokoiło. -Wybaczcie, muszę iść do domu. To jest naprawdę ważne... Do domu nie szła, tylko biegła. Goniło ją dziwne przeczucie. -Tato! -Coś się stało? -Ten facet, który był u ciebie nie dawno... Czy to był może Oskar Brookie? Na dźwięk tego nazwiska, Patrick od razu zmienił się na twarzy. -Nie. - odparł. -Tak. To był on. Nie umiesz kłamać, tatku. Ile jesteś mu krewny? -Proszę? -Bądź szczery. Ile? -Milion. -Cholera! Też ci zagroził, że jeśli nie spłacisz długu to cię zabije? -Też? -Przed chwilą uratowałam życie jednemu z jego dłużników. Wszystko mi powiedział o Oskarze. -Nie, mi tak nie groził. -W takim razie w każdej chwili może zagrozić. Tatko, czemu pożyczałeś od niego kasę? -Nie miałem innego wyjścia. -Do kiedy masz spłacić dług? -Zostały jeszcze dwa dni. Deryl spojrzała na ojca z przerażeniem. -Czym ci groził? -Musisz uciekać. -Czym ci groził?! -Musisz uciekać! Schować się, byle dalej! -Do jasnej cholery, czym ci groził!?! Patrick schował twarz w rękach. -Tatusiu, mów. -Nie chcesz wiedzieć. -Co, zgwałci mnie? - zaśmiała się Deryl, ale szybko spoważniała. Ojciec milczał. Znaczyło, że się zgadza. - Pieniądze, albo... ja? -Uciekaj. Deryl odsunęła się od ojca. -Nie. -Co? -Mam lepszy pomysł. Wrócę za godzinę. Nim ojciec zdążył zaprzeczyć, trzasnęły drzwi. Deri pognała do szpitala. Najpierw wpadła do znajomego, zaufanego lekarza, który właśnie miał krótką przerwę. -Słuchaj, Bob. Czy dałoby się załatwić wyniki badań, które zatwierdzałyby obecność wirusa HIF w organizmie zdrowego człowie-ka? -A po co? -Powiedzmy, że ktoś się chce z kimś kochać na siłę, a obecność wirusa mogłaby być czynnikiem odstraszającym tego napalone-go kogoś. -To zależy kto to miałby być i kto miałby o tym wiedzieć. -Nie powiesz nikomu? -Nie. -Chodzi o mnie. A dowiedzieć się o tym przekręcie mogą tylko dwie osoby: ten napalony i mój staruszek. Doktorek spojrzał na Deri z przestrachem. -Może powinnaś o tym powiedzieć policji? -Żadnej policji, bo mogę mieć poważniejsze kłopoty! Zresztą nie tylko ja. Mój ojciec i twój pacjent również mieliby kłopoty. -Obecność wirusa HIF, w twoim organizmie? Na kiedy? -Na jutro najpóźniej. -Dobrze. Załatwimy to. Teraz czuła się już trochę bezpieczniejsza. Zaglądnęła do blondynka. -Cześć Wiktorku. -Skąd wiesz jak się nazywam? -W końcu mam twoje papiery. -To fakt. -Jak się czujesz? -Nie najgorzej. Ale to nie potrwa długo. Lada chwila przyjdzie tu Oskar i mnie usuną. Uciekaj. -Nie ma mowy. -Co za miła niespodzianka! - rozległo się od strony drzwi. Deryl nie oglądnęła się za siebie, a wiedziała kto to przyszedł. Wystarczyło spojrzeć na przerażonego Wiktora. -Co za podwójna miła niespodzianka. - poprawił się Oskar. -Przyszliśmy w odwiedziny, a spotykamy naszą buntowniczą panien-kę. Najpierw zajmijmy się moim dłużnikiem. Borys, zrobisz to? -Nie ma sprawy. - odezwał się Borys. Głos Deri przypisała temu kolesiowi, którego boleśnie kopnęła. W tym momencie Deryl wstała. -Nie! -Proszę? - jęknął Oskar, rozpoznając córkę Patricka. -Co chcesz w zamian za umorzenie jego długu i danie mu świętego spokoju? -Hm... Pomyślmy... Chcę ciebie. Deryl spojrzała na Wiktora. Ten kiwał, żeby się nie zgadzała, ale ona i tak powiedziała: -Zgoda. Chwilowe zdziwienie. W końcu odezwał się Oskar. -No to chodźmy. -Nie teraz. -Co? -Nie myślisz chyba, że dostaniesz mnie dwa razy. Połączymy to z zapłatą za dług mojego ojca. -Ot, bystra z ciebie małpa. Niech ci będzie. Za dwa dni przyjdę do ciebie. Twoim zadaniem będzie przegonić ojca z chaty. -Z tym nie będzie problemu. Ale problem był. -Nie zostawię cię z nim! - ojciec wzbraniał się jak tylko mógł, ale akcja z hifem wydała mu się na tyle bezpieczna, że zgodził się na opuszczenie chałupy, podczas wizyty Oskara. Wiktor miał wyrzuty sumienia, że to częściowo przez niego, niewinna dziewczyna będzie cierpiała z rąk Brookiego. Nie wiedział, bowiem nic o planach Deryl. Następnego dnia, Deri, niby że to na odwiedziny do Wiktora, zjawiła się w szpitalu, aby odebrać sfałszowane wyniki badań i leki spowalniające rozwój choroby.

ROZDZIAŁ TRZECI INTYMNE ZAMIESZANIE Deri była zdenerwowana. Była pewna, że wirus odstraszy Oskara, ale mimo wszystko nie potrafiła się uspokoić. Gdy rozległ się dzwonek u drzwi zamarła z przestrachu. "Pomyśli, że zrobiłam go w balona i gotów zabić tatę i Wiktora... muszę wstać i wpuścić go." Udało jej się to. -Co tak późno? - zapytała się wesoło. -Musiałem załatwić ważną sprawę. Rozmyśliłaś się? -Nie. Modliłam się, żebyś ty się rozmyślił. -Nic z tego. Za smaczny z ciebie kąsek. Deryl chciała, żeby Oskar myślał, że wszystko jest naturalne. Że jest gotowa dać siebie za ojca, ale chciała też żeby widział, że trochę się boi i starała się odciągać t e n moment jak się tylko dało najmocniej. Najpierw zaczęła mówić o sobie. Mówiła wszyst-ko i nic. Później próbowała namówić go do skonsumowania ciasteczek jej roboty. -Może lampkę wina? -Nie, dzięki. Jestem samochodem. Ale słabej kawki bym się napił. Deryl weszła do kuchni, żeby postawić wodę na kawę. Oskar szedł za nią niczym cień, a gdy sypała kawę do filiżanki, podszedł bliżej, chwycił za ręce i delikatnym ruchem nakazał odstawienie wszystkiego. Gdy miała już wolne ręce, zaczął ją całować po szyi, później po policzku. Powoli odwrócił ją do siebie. -Zostaw tą kawę. Obejmij mnie i daj mi buzi... no śmiało. - zachęcał, będąc twarzą bardzo blisko jej twarzy. Usłuchała go. Pocałowała go prosto w usta. -Fajnie? - zapytał. -Nie w takich okolicznościach. Oskar puścił to stwierdzenie mimo uszu, zakręcił gaz pod wodą na kawę i jakoś się tak stało, że znaleźli się w jej pokoju. Deryl długo wytrzymywała z ujawnieniem swojej "choroby". Gdy położyli się na jej łóżku, a on nadal ją całował, nic nie mówiła. Milczała, gdy zaczął ją powoli rozbierać. Odezwała się dopiero, gdy zabierał się do swojego rozporka, a ona na sobie miała już tylko bieliznę. -Zanim zaczniesz, to powinieneś znać ryzyko... -Ryzyko? -Mam taką chorobę... to znaczy wirusa... -O co ci chodzi? -Mam hifa. - spojrzała na zaskoczonego Oskara. - To tak ci mówię, żebyś nie miał do mnie później pretensji. Deri z satysfakcją dostrzegła nagły ruch Brookiego, mianowicie szybko zapiął rozporek. -Żartujesz sobie ze mnie. Chcesz się wykręcić. -Nie żartuję. - wstała, wyciągnęła z biurka wyniki badań i podała je zdezorientowanemu Oskarowi. Chłopak spojrzał na plik kartek. -Czemu mi o tym wcześniej nie powiedziałaś? -Skąd mogłam wiedzieć, że to będzie dla ciebie przeszkodą? - zapytała tuląc się do niego, niczym mały, słodki kociaczek. -Co jak co, ale HIF jest ostatnią rzeczą, którą pragnąłbym zdobyć! - jęknął trochę zirytowany. -No więc? -Ubierz się. "Nie ma sprawy, frajerze. Do tego mnie nie trzeba namawiać." -Chcesz tej kawy? - zapytała, wrzucając na siebie łachy. -Daj wina. -Jesteś samochodem. -Kij z tym. -Jak chcesz. - "Chyba miał ochotę na mnie... Za mały masz iloraz inteligencji, ty mały, zboczony gnojku, żeby się do mnie do-brać. Dobrze, że nie sprawdziłeś pieczątki lekarza... Bob jest pediatrą…" Oskar rozsiadł się w pokoju gościnnym i obalił ponad pół butelki. Był już prawie całkiem pijany. -Czemu jesteś smutny? - zapytała, przechodząc koło niego w stronę stołu. Poczuła ucisk w nadgarstku i jak ją ściąga do niego. Oskar zmusił Deri do siedzenia na jego kolanach. Przycisnął ją do siebie i syczał do ucha. -Czemu jestem smutny? Kpisz sobie ze mnie? Przyszedłem cię zniewolić, a muszę obejść się smakiem. Nie myślisz chyba, że spłaciłaś dług swojego ojca czy dług Wiktora! Zostaniesz moją dziewczyną, tak żebym mógł cię całować, kiedy tylko mi się spodoba... -Puść mnie. - powiedziała spokojnie. -Masz do mnie mówić "kochanie". -Bez przesady. -A gdy ktoś się zapyta kim jestem odpowiesz, że twoim chłopakiem. -Przeginasz. -Przyjmujesz moje warunki, albo pożegnasz się Wiktorem i tatusiem. Jasne? -Wynocha z mojego domu, kochanie. -Pamiętaj o moich warunkach. Zataczając się trochę opuścił mieszkanie Deryl. Odsapnęła z ulgą, gdy zamknęła za nim drzwi. Następnego dnia, gdy szła z Debi i Paulem na mały spacerek, spotkali całą bandę Oskara z nim samym na czele. -Cześć Deryl. - wypalił. -Cześć... - odparła. Nie patrząc na Brookiego, lecz na jego najwyższego wspólnika, który również jej się przyglądał, dodała: - Kochanie... Po chwili, gdy banda zniknęła z pola widzenia, Paul, trochę zazdrosnym tonem zapytał się przyjaciółki. -Co miało znaczyć to "kochanie"? -Nic. To jego pomysł. -Jego? -Wybacz Paul to jest sprawa między moim ojcem a tym fagasem. Nic ci do tego, dlaczego mówię do niego "kochanie", dlaczego mam twierdzić, że to mój chłopak i dlaczego się z nim całuję. -Co? - zarówno Paul jak Debi zatrzymali się w miejscu. -Ja tego nie chciałam, ale sprawa ma głębsze znaczenie... Wy możecie wiedzieć, że to wszystko jest tylko grane i nie ma z mo-jej strony żadnego, prócz nienawiści, uczucia.

ROZDZIAŁ CZWARTY KRÓTKIE NOGI…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
W pogoni za prawdziwym szczęściem — czytnik · opowiadania