Pisarstwo · 43 min czytania
W poszukiwaniu utraconych
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Największa wiara swiata.
Tam gdzie siedziałem, punkt siedzenia prosto przekłada się na punkt czucia, w miejscu więc gdzie siedziałem, na poddaszu przedwojennej kamienicy adres Kraków Karmelicka 18 było duszno. Ciepło było nadzwyczaj pomimo otwartego okna i pomimo chłodzącego powietrze deszczu, co spadł chwilę temu, mimo przeciekającego przez gęsty wzór firanki letniego zefiru, z którym wpadał zapach uśpionego miasta i jękliwe zawodzenie niespełnionego kota przyczajonego na blaszanym dachu pobliskch garaży. Może dlatego wzrost temperatury odczułem wyraźnie, gdyż pora ku temu była odpowiednia, czerwcowy upał słonecznego dnia nie zelżał ani trochę przez wieczorne, znaczne oberwanie chmury, a może podwyższenie temperatury spowodowała krystalicznie czysta ciecz, którą zwykłem pijać w nadmiernych ilościach ostatnimi czasy. Poddasze, moja mała mekka gdziem spędzał dnie i noce, to było poddasze jak setki innych, całe w drewnie z niezliczoną ilością ciemnobrązowych sęków na lakierowanych deskach, z dwiema wiekowymi szafami, które otwierane, skrzypiały przeraźliwie, denerwując siedemdziesięcioletnią kobietę mieszkającą poniżej. Kobieta była stara, siwa i zgorzkniała, miewała ataki astmy, chorowała na reumatyzm, gdy mówiła, z jej krtani wydobywał się brzydki charkot. Pomimo tego, mimo poważnych zapaści zdrowotnych, głębokiego osamotnienia i swojej zgryźliwości, była to kobieta szalenie energiczna. Jej starte półbuty rytmicznie stukały o drewniane schody, gdy schodziła do pobliskiego sklepu po sześć bułek, litr mleka i dżem porzeczkowy. Dzień w dzień kupowała to samo, ułożyła sobie tę świętą listę i od dwudziestu trzech lat wynosiła z ciasnego, wiecznie dusznego sklepiku słoik dżemu, sześć świeżych bułek i mleko - w szklanej butelce lub w ekologicznym worku - zależnie od systemu jaki panował w kraju. A jeśli nawet był to system od szklanej butelki, to i tak pani Eleonora, nie wiedzieć skąd, miała w siatce sześć bułek, dżem porzeczkowy i litr mleka. Na zakurzonych szafach stały dwie duże, mosiężne ramy oparte o drewniane ściany. Z jednej, monstrualnych rozmiarów, przesyconej grawerunkami ktoś wyciągnął płótno i ułożył obok. Obraz był stary, zakurzony, zapomniany, przedstawiał ludzi – pewnie powstańców, uczestników kolejnego zrywu narodowego, kroczących wąską alejką. Uzbrojeni, pełni wiary szli gdzieś po brudnym, szarym śniegu. Wydawało się, że walka dopiero ich czeka, że jeszcze nie doznali totalnej klęski, ciągle pobudzeni, pchani pierwotnym impetem, kroczyli pogrążeni w ożywionej dyspucie. W drugiej ramie była duża fotografia młodej, ładnej kobiety. Zdjęcie najpewniej z lat dwudziestych, zdradzał to strój - charakterystyczna suknia, sposób ułożenia włosów, mały zegarek zręcznie ukazany przez kobietę, ogólna jej uroda - uroda przedwojenna. Nie miałem pojęcia kto to mógł być. Pod drewnianą belką podtrzymującą spadzisty dach zwisał bukiecik jasnoczerwonych róż. Było sześć czy siedem przysuszonych kwiatów wiszących główkami do dołu. Płatki, liście, łodygi przyciemniły barwę, a zawieszone nieopodal okna drżały delikatnie pod wpływem wpadającego podmuchu. Kupione od jednej z kwiaciarek na tłocznym Rynku należały do kobiety mego życia. Niestety kobiety mego życia nie było na poddaszu starej kamienicy stojącej od kilkudziesięciu lat na wprost pięknego kościoła Karmelitów. Zamknąłem oczy, radio cicho bzyczało, zamówiona przez Marię z Supraśla piosenka płynęła melancholijnie tworząc niesamowity podkład muzyczny dla kilku wielkich, spóźnionych kropel deszczu spadających z hukiem na drewniany strop. Na małym stoliku ustawionym w centrum pomieszczenia piętrzyła się sterta gazet i kolorowych magazynów. Napiłbym się jeszcze dobrze zmrożonej, krystalicznie czystej substancji, ale butelka stojąca przy drewnianej nodze stołu była sucha jak Pustynia Gobi w letni wieczór, była tak sucha, że nie było w niej kropelki wiszącej gdzieś przy gwincie, nierozlanej jeszcze w grube szkło dużego kielicha. Sucha była flaszka wódki gdyż wódki nie było tam wcale. Szczęście w nieszczęściu, mógłby rzec parszywy buc nie będący wesołkiem, nie pijący alkoholu, brzydzący się czystą wódą. Powiedziałby tak zapewne pan Kazek, młody historyk podczepiony pod skrzydło rządzącej jeszcze partii. Partia rządząca zapewniła mu etat w placówce administracyjnej jednego, zaściankowego miasteczka słynącego z wyrobów gumianych, dzięki któremu osiągnął finał swej prometejskiej, żałośnie słabo opłacanej pracy wychowawczo dydaktycznej. Pan Kazek, i owszem, powiedziałby, iż brak trunku jest szczęściem leżącym w nieszczęściu mojego katastroficznie przegranego żywota, szczęśliwie, rzekłby Kazek, nie ma już wódy, bo gdyby była, pewnikiem straciłbyś zmysły topiąc sie kolejny raz w mrocznym jak cela Kameduły alkoholowym upojeniu. Gówno wie pan Kazek, pan Kazek zapalony abstynent, gorący orędownik wszelkiej wstrzemięźliwości, małżonek z siedmioletnim stażem, szczęśliwy ojciec półtorarocznej Kasi. To, co mnie łączyło z panem Kazkiem, wspólny mianownik naszych skrajnie różnych ścieżek, idealny cień kładący się na jego i moim życiu, to parszywość i bucowatość charakteru, parszywość w głębi duszy. Jednak na tym podobieństwa nasze kończą sie wybitnie, nie ma nic więcej, co mógłbym z powodzeniem śmiałym przyrównać do niego, gdyż sprawa zasadnicza, jakakolwiek byłaby to wódka, absolutnie każda wódka, nie wywołuje u mnie marginalnego choć obrzydzenia, pić wódkę piję, chlać, chlam, wódka, jako nieodłączny atrybut mojego niewesołego istnienia, stale jest obecna gdzieś w zasięgu ręki. Wtedy jednak, w ten ciepły wieczór, gdy wielkie krople deszczu stukały w takt muzyki, butelka była pusta. Patrzyłem trzeźwym jeszcze okiem na gazetę, na której rozpływała sie wolno fotografia plutonu egzekucyjnego mierzącego nieruchomo w kolaboranta. Żal mi sie zrobiło tego człowieka, miał worek na głowie, jego ciało ściśle przylegało do wbitej na sztorc drewnianej belki, ręce skrępowane grubym sznurem odwinięte do tyłu oplatały słup. Miał pewnie zamknięte oczy, za chwilę następował jego koniec, kres jego zbliżał sie nieuchronnie, w takich sytuacjach oczy zwykle sie zamyka, zaciska sie powieki przez które i tak sączą wielkie jak krople deszczu łzy. Spiskował przeciw władzy, władza nie spiskując przeciw niemu energicznie zażądała eksterminacji. Po kilku sekundach ciało przebije sześć śmiertelnie szybkich kul, ale kolaborant nawet nie osunie sie na ziemię, nie przytuli policzka do zimnego gruntu, który być może kilka razy, z niekłamanym obrzydzeniem, wystawiał wrogowi, pluton zadbał o to dokumentnie, podwiązując trzęsące sie konwulsyjnie nadgarstki do drewna. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, Internety i telefonię UMTS, NASA wypuszcza w kosmos ludzi w kompletnie szczelnych puszkach analizując czy stosunki seksualne mogą technicznie zajść w stanie nieważkości, prezydent dumnie odbiera swoją nagrodę, aktor publikuje kiczowate teksty dowodząc nimi kompletny brak wkładu w rozwój rodzimej literatury, pani Eleonora objada sie smaczną bułą z dżemem porzeczkowym zapijając potrawę przegotowanym mlekiem, Marysi z Supraśla spełnia sie życzenie, a kolaborant przywiązany do drewnianej beli, z workiem na głowie, kończy swój żywot niczym niewierny poddany za panowania Edwarda Długonogiego. Nie wiem jak to sie stało, ale stało sie na pewno, zobaczyłem mianowicie Grzegorza opartego o framugę drzwi w moim mieszkaniu, czekającego na gest przyzwolenia z mojej strony, który to gest w żadnym wypadku nie następował, gdyż Grzegorza - przyjaciela od kilku lat - zobaczyły moje oczy stosunkowo późno, alkohol przytępił zmysły, zapomniałem przekręcić klucz w drzwiach gdym wrócił do domu z flaszką wódki pod pachą, spieszyło mi sie niewymownie do picia, picie ważniejsze stawało sie od bezpieczeństwa. Grzegorz wyczuł zapewne stan mojego umysłu, gdyż po paru sekundach sam przekroczył próg i usiadł milcząco przy drewnianym stole. Rzucił okiem na gazety i czasopisma rozrzucone po blacie, spojrzał na pustą butelkę, zapalił Marlboro i z obszernej kieszeni swoich szarych spodni wyciągnął pół litry. On był wziętym ekonomistą, pracownik dużego holdingu, świetlana przyszłość rozciągała sie przed nim, w tej jakże niedalekiej świetlanej przyszłości rozważano awans na kierownicze stanowisko. Lecz gdy nadchodził piątek, Grzegorz i setki takich jak on, młodych mieszkańców dużego miasta, dorobkiewiczów, nuworyszów, schodziło do podziemi, piątek to był dzień startu czasu rozprężenia, od piątku do niedzieli tych kilka setek młodych bogaczy ciągnęło tabunami do pubów i klubów, aby tam, w mgle papierosowego dymu, wśród mocno roznegliżowanych, chętnych kobiet, odprężyć sie, zapomnieć o szelkach, krawatach i połajankach surowego szefa, napić sie gorzały nie dla towarzystwa, ale dla własnych skołatanych nerwów. Niektórzy mówią o tym clubbing, chociaż ani Grzegorz, ani ja nie nazywamy ruchu tego w ten sposób. Grzegorz pewnie też spostrzegł zdjęcie kolaboranta, gdyż z niesmakiem pokręcił głową szepcząc coś na temat teraźniejszych czasów. Oderwał wzrok od gazety, popatrzył chwilę na mnie, a następnie odkręcił butelkę oznajmiając, że dziś, właśnie dziś są jego kolejne już urodziny, że napić sie należy z racji jego małej rocznicy. Nie pamiętałem o urodzinach przyjaciela. Nie pamiętałem o jego małej rocznicy, bo jak mógłbym pamiętać, gdy wyleciała mi z głowy nawet data urodzin kobiety mojego życia, jak mógłbym pamiętać o rocznicy wyjścia na parszywy padół mojego przyjaciela Grzegorza, gdy nie pamiętam urodzin kobiety. To nie jest powód do dumy, brak pamięci do informacji cennych to jest nokaut, mimo iż nie pamiętać to nie znaczy nie wiedzieć, nokaut jest to niewątpliwy dla umysłu ludzkiego. - Wszystkiego najlepszego Grzegorz - tyle tylko powiedziałem mojemu przyjacielowi, niewiele, lecz jemu wystarczyły te słowa w zupełności, sam przyznał, że o małej rocznicy tylko matka pamiętała, ojciec - czy pamiętał - sprawa otwarta, gdyż ojciec Grzegorza nie żył. Być może ojciec Grzegorza pamiętał, być może nie musiał pamiętać, nie chciał, nie było to potrzebne pamiętać, wystarcza być może wiedza, że ktoś istnieje w ogóle, w któryś dzień pije wódkę z okazji pamiątki własnych urodzin, wiedza, że Grzegorz istnieje, że ma, na pewno ma, małą rocznicę, mnie wystarczała w zupełności tak jak jemu zdawkowe życzenia. Grzegorz to był facet po przejściach. Abstrahując od rodziny zamieszkującej każdy zakątek globu, rozprzestrzenionej do granic możliwości, rozrzuconej przez monsun, tsunami, piaskowe burze, Grzegorza przejścia związane były z Zosią, śliczną dziewczyną o blond włosach spływających łagodnymi falami po karku, podkręconymi nieznacznie na końcach, gdzieś na wysokości gładkich ramion. Szaro niebieskie duże oczy wiecznie zarysowane czarną kredką, które ciągle wydawały sie być obarczone krótkowzrocznością, Zosia tymi oczkami, przekrzywiając głowę zwykła patrzeć na przedmioty i ludzi dobitnie i długo, jakby oceniając odległość przyzwyczajała źrenice i nastawiała ich ostrość doskonaląc obraz, tymi dużymi oczami o barwie zimnego morza zauroczyła Grzegorza na wieki wieków amen, a Grzegorz, popadając w zauroczenie kompletne, z lubością jeszcze większą zwykł wpatrywać sie w ciasne usta i w łabędzią szyję na której z wdzięcznością unosiła sie ta złocista główka. Grzegorza przejścia z Zosią to były przejścia powszechne, przejść takich, wynikających z zagadek natury żeńskiej można wyliczać w nieskończoność, natura kobiety to wieczna przyczyna wywołująca skutki opłakane. Grzegorz po przejściach z Zosią o kobietach mawiał z żalem, źle o nich mawiał, obarczał kobiety odpowiedzialnością, do jednego wora wrzucał Zosię, wszystkie Polki, wszystkie Europejki, wszystkie kobiety świata w jednym worze umieścił, a znając naturę kobiet, dążenie ich do odmienności za wszelką cenę, z uporem jeszcze większym myśli swoje powtarzał. Ponoć tylko ten co o kobietach źle mówi, prawdziwie je kocha, toteż Grzegorzowi przyjacielowi memu sugerować sie starałem, że uczucie jego do Zosi to była sprawa czysta, prawdziwa i szczera i jakoś inaczej na to wszystko patrzył gdy ze mną rozmawiał, rację mi przyznawał powtarzając, iż najgorszą spośród wszystkich jest sentencja, kurewsko drażniąca jest sentencja: "jeśliś z nią nie jest, to nie była ona", sentencja słyszana co rusz z ust znajomych i nieznajomych, osób konsekrowanych i tych co już jedną nogą Rokitę witają. Lecz co wszystkie usta świata powiedzieć miały, gdy Grzegorz z Zosią to była para gruchających gołąbków z trzy letnim stażem? Niezbadane są wyroki boskie, komuś na górze nie podobał sie ten związek, ktoś na górze, przez przypadek, może dla żartu, nie usłyszał modlitwy, aby na pokuszenie nas nie wodzić, pokuszenie po przeszło trzech latach wspólnych dni i nocy, wspólnych planów i marzeń opętało piękną dziewczynę o blond włosach i szaro niebieskich tęczówkach. Zosia była studentką ekonomii. Studiować makroekonomię i mikroekonomię, public relations, statystyki, marketingi, finanse, zbierać szczegółowe informacje na temat stóp procentowych, produktu krajowego brutto Malezji, śledzić notowania spółek akcyjnych, wertować setki artykułów kodeksu spółek handlowych, faktycznie Zosia miała na głowie tysiące istotnych faktów z dziedziny światowej ekonomii, istotne fakty Zosinej nauki były przytłaczające, przytłaczały ją te istotne fakty niezmiernie, toteż po zdanych egzaminach odpoczywała od istotnych faktów, odcinała sie od ekonomiki światowej, tydzień po sesji egzaminacyjnej to był dla Zosi tydzień ładowania akumulatorów. Ładowała te akumulatory najczęściej na grupowych zabawach. Grzegorz, facet po przejściach, dawno już podjął pracę w holdingu, Zosia te odnowy biologiczno - umysłowe spędzała sama, sama to znaczy bez Grzegorza. Wieczoru pewnego Zosia oddała sie jednemu z tych wycackanych przez życie chłopców, na głowie lśniący żel, w kieszeni srebrna komóra, zaparkowany żółty Renault, szeleszczący banknot za banknotem, Zosi mogło to imponować, mogło to nie być ważne, ale Zosia oddała sie temu chłopcu. Jak sie oddała, nieistotne, zdrady, oddania swej cielesności nie ma co na drobne rozmieniać, zdradę Zosi nie winno sie rozczłonkowywać na podpunkty, na plan i wątki zdarzenia, oddała sie i tyle, koniec i kropka. W życie Grzegorza wkradł sie chaos, stał sie na dni czternaście bohaterem nędznej telenoweli brazylijskiej. Grzegorz - Armando, kanałami od przymilnych stworzeń jął zdobywać informacje o lubieżnych motywach swojej kochanicy. Finał był oczywisty, oczywisty dla ludzi znających Grzegorza, zaborczego, zboczonego na punkcie wierności paladyna. Mimo przebłagalnych jęków Zosi, podszytych zapewne strachem o własną przyszłość, kobiety zawsze w najtrudniejszych chwilach myślą przyszłościowo, pomimo błędnego zawodzenia o wspólnej szczęśliwości, straconej szansie, wyjątkowości i niepowtarzalności związku, Grzegorz niczym granitowy posąg, mroźnymi jak Arktyka oczami spoglądając w ten ukochany, krótkowzroczny błękit, wycedził przez zęby jedno tylko zdanie. Wyszeptał, wymruczał, wyartykułował jedną, jedyną tylko frazę, po której Zosia, śliczna blond włosa studentka ekonomii, z chmurnym, zapłakanym obliczem oddaliła sie bez słowa kojąc żale w nienagannie wyprasowanej, zielonej koszuli marki Kenzo, należącej do właściciela słonecznie żółtego, czterokołowego, sportowego pojazdu. Piliśmy z Grzegorzem mocną wódkę wznosząc milczące toasty za szczęśliwość jego, mając nadzieję mąconą przeszłością, iż drugą Zosię gdzieś, kiedyś, uda mu się zdybać, mieliśmy obaj nadzieję wiekuistą, że tam za ciemnym horyzontem chodzą po ulicach prawdziwe anioły, ubierają sie w kwieciste sukienki, w czarne spódniczki, zakładają na zgrabne stópki śliczne pantofelki, z boską wstrzemięźliwością spoglądając na wirujący świat stawiają taneczne kroki czekając tylko na nas, wyłącznie na nas. Czy te nadzieje niewypowiedziane, rojące sie w alkoholowych umysłach to były nadzieje płonne? Czy te nadzieje to były odwieczne nadzieje niespełnione? My wtedy z Grzegorzem, kończąc tę flaszkę co była wypełniona przezroczystą cieczą, chcieliśmy wierzyć i wierzyliśmy, że nieodkryte skarby jeszcze gdzieś istnieją, wiara w te dobre kobiety, te naprawdę dobre kobiety, to była wiara silna, silniejsza od wiar pospolitych, to była najsilniejsza wiara świata.
Lecznica zwierząt.
Kuracja wymaga czasu. To stwierdzenie nie jest wielkim krokiem w strukturze mojego rozumowania, zdanie to nijak ma się do odkrywania nowych lądów, o tym, że na leczenie trzeba mieć odpowiednią ilość czasu, wie każdy, jak można pisać o pewnikach, jak można zgłębiać aksjomat, o sprawach oczywistych nigdy się nie rozmawia, fakty niezbite pozostawia się samym sobie, zdanie pierwsze nigdy zapisane być nie powinno. A jednak, nie jest to zdanie pozostawione dla hecy, zdania tego nie sytuuję poprzez niedorzeczność własnych myśli, zdanie jest istotne, pomimo iż próbuje wyrazić oczywistość, to zdanie nonsensem nie jest. Po fatalnej wpadce Zosia oddaliła się bez słowa, odwróciła na pięcie i znikła za rogiem, a oczy Grzegorza mimo soczystej nienawiści, niczym oczy Otella, próbowały przebić źle tynkowaną kamienicę i dostrzec kremową sukienkę zdradliwej kobiety. Nie mógł wiedzieć, bo jak mógłby wiedzieć, gdy po fakcie tym przytłaczającym, wódkę czystą piliśmy rozmywając świat, nie mógł więc wiedzieć, że za trzy godziny, to jest około sto osiemdziesiąt minut, znienawidzona, ubóstwiana taki szmat czasu Zosia, wyrazi swe żale, tęsknoty, pragnienia w ramionach tamtego. Nie mógł tego wiedzieć, gdyż pomimo szmatu czasu jaki łączył ich oboje, facet nigdy nie zrozumie kobiety do końca, ba, nie zrozumie jej nawet w połowie, zrozumienie kobiety, takie od A do Z zrozumienie nie istnieje, kobiety same nawzajem się nie rozumieją, kobieta to jest zagadka, obcowanie z kobietą mocno koresponduje z obecnością na show Copperfielda. W rozpaczy Grzegorz osiągał stany niemożliwe, stany jego świadomości były nieodkrytymi, nieokiełznanymi terenami, po których nikt nigdy nie stąpał, Grzegorz przez te dwa tygodnie, czternaście dni, nasiąkł spirytusem niczym wielka gąbka, spirytus wlewany wiadrami powodował majaki, zaburzenia chronologii, senne i dzienne mary, słowem, Grzegorz stracił orientację w czasie kompletnie, nie wiedział, bo niby skąd miał wiedzieć, która jest godzina, jaki mamy dzień, czy nastaje noc, czy może to blade światło sączące się przez brudne okno to światło wczesnego poranka. Zatracił się na amen, mężczyźni po fatalnych wpadkach swych zdradliwych kobiet często działają według pewnego, utartego przez lata i hollywoodzkie kino schematu. Zdradzony bohater w strugach deszczu idzie szarą ulicą. Zdradzony bohater wchodzi do przypadkowej knajpy. Zdradzony bohater zajmuje miejsce za brązowym kontuarem. Zdradzony bohater z tępym wyrazem twarzy zaczyna chlać gorzałę. Mimo iż jest to typowe jak diabli, mimo iż śmierdzi tu żenującym kalkowaniem Bogarta, takie zachowanie zdradzonego faceta to jest bardzo piękne zachowanie, nutka romantyzmu w tej typowości to jest szalenie piękna nutka, element pewnego, może masochistycznego, dobijania, dołowania samego siebie, w gruncie rzeczy fantastyczny to element życia mężczyzny. Gdy spokojnie wchodzi się do baru, zamawia cztery pięćdziesiątki i bez zbędnych ceregieli wychyla substancję mając w dupie wszystkich obecnych, mężczyzn i kobiety przede wszystkim, mając w dupie absolutnie wszystko, czując okropne upokorzenie, złość, ale i niesamowitą ulgę i wolność. Można powiedzieć, ale należy powściągnąć zbyt nachalne wyobrażenia i wnioski, gdyż zdanie to nie będzie kwitować w całości rzeczonego przypadku, można więc powiedzieć, iż kuracja Grzegorza przebiegająca podług określonego planu, koncentrowała się wokół jednego, ale nie jedynego czynnika, obierała sobie za centrum pojedynczy punkt, skupiona była kuracja Grzegorza na szklanej flaszce wypełnionej siwuchą. Naturalnie, prócz wódki Grzegorza ratowały i papierochy, i przyjaciele, i muzyka, i pierogi babci Anieli, i spokojny ton głosu matki. Słowem, gdy ukochana dopuściła się zdrady, a zdrady Grzegorz nie mógł wybaczyć, nie mógł, bo nie (kolejny raz należy przemilczeć szczegół dotyczący zdrady i reakcji na zdradę, rozpisywanie tego na paragrafy jest, że użyje się powtórzenia, nieistotne, bezzasadne), Grzegorz kurował się wszystkim, receptę wypisano mu na cały świat, w postaci leku miał przyjmować każdą cząstkę nadającą się do spożycia, wyłączając kobiety. Kuracja Grzegorza przebiegać miała dość długo, wystarczająco długo, leczyć się mógł wszystkim, ale choćby mógł, a mógł, to kurować się kobietami, innymi kobietami nie chciał. Osobnym tematem należałoby potraktować wychodzenie z zapaści Zosi, jej kuracja, w której początkowym i podstawowym ogniwem nie był alkohol, przebiegała innym torem, scenariusz otrząsania się z przytłaczającego faktu pisany był na kanwie liryki miłosnej. Zosia znikając za rogiem, skręcając w Kijowską, już miała plan zaradzenia, już w jej jasnej główce ułożył się misterny plan wyleczenia siebie i zbudowania nowego porządku świata, nowego nie znaczy, że bez umiłowanego Grzegorza, ale z lekka innego niż dotychczas. Jej blond główka opracowała plan na przyszłość, Zosia ten plan mogła ustalać już podczas frywolnych zabaw z przystojnym młodzieńcem, dopasowywała do siebie wątki i wymyślała zakończenie niezręcznej historii. Ładowała akumulatory, przydarzył się…