filozofia · 21 min czytania
w poszukiwaniu zagubionego JA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
W poszukiwaniu zagubionego JA
„żeby coś znaleźć, trzeba wiedzieć, czego się szuka.” Ks. Jan Twardowski
Czuję twój oddech. Uśmiechasz się. Wszystko, co mnie gryzie, cały ten mój nieuczesany świat wydaje ci się taki prosty. A ja nie mam w domu grzebienia, nie chcę nic prostować, przez całe życie unikam pozornie łatwych decyzji. Zagubiłam się gdzieś w drodze do własnego JA. Mgła ogranicza widoczność, nie potrafię odczytać znaków, które stoją na drodze. Mówisz coś do mnie. Przykro mi, ale nie potrafię usłyszeć nawet własnego serca. I próbuję się skupić i czytam białe napisy na jeszcze bielszej kartce w kratkę. Pojedyncze słowa nie dają obrazu całości.
Pożycz mi tej aureoli wieczności. Poczuję się wyższa. I jednego skrzydełka, bym miała odwagę pofrunąć do najgłębszych zakamarków zagraconych przedsionków własnego serca. Uśpienie minęło. Z trudem otwieram oczy. Taki piękny sen i anioł wciąż obok stoi i patrzy i milczy.
I uśmiecha się do mnie.
Jutro kupię sobie ten grzebień. Obiecuję. Naprawdę. ...
- Znowu przyśnił mi się dziadek.- bezskutecznie próbowałam ukryć przerażenie w moim głosie.- Powiedział, żebym się nie poddawała i szukała dalej. - Za dużo o tym myślisz. Ubzdurałaś sobie, że ukrył jakiś skarb i stąd te twoje sny. - lekceważąco rzucił tata i wyszedł z kuchni. Mama wzięła głęboki oddech, popatrzyła na mnie i nic nie powiedziała. - I właśnie dlatego, że masz takie podejście do wszystkiego, dziadek przyśnił się mnie, a nie tobie.- krzyknęłam już nieco podenerwowana w jego stronę, po czym zwróciłam się do mamy: - Ja wcale nie twierdzę, że dziadek ukrył skarb, ale skoro każe mi szukać, to widocznie chce, żebym coś znalazła. Może to są jakieś dokumenty, medale... sama już nie wiem. Dziadek był na wojnie, nie wiadomo, co mógł mieć. W każdym bądź razie nie przestanę szukać. Jeszcze dzisiaj tam pojadę. - Jak uważasz...- powiedziała mama z, dającą się wyczuć, rezygnacją, w głosie. Wstała, już nawet nie popatrzyła na mnie i po prostu, wyszła z kuchni. Cała ta historia z szukaniem skarbu dziadka zaczęła się jakieś pół roku temu, kiedy przyśnił mi się po raz pierwszy. Wszystko pamiętam bardzo dokładnie, bo od tamtego czasu, systematycznie miewałam ten sam sen. Jest piękna pogoda, stoję sobie przed domem dziadka, zbieram jakieś kwiatki, kiedy nagle w progu pojawia się dziadek. Woła mnie, ale ja nie podchodzę. Boję się, bo wiem, że dziadek nie żyje. Po jakimś czasie dochodzę jednak do wniosku, że nie mam wyjścia. Zbliżam się w jego kierunku, ale nim zdążę wejść na schody, on znika. W powietrzu unosi się biała kartka w kratkę. Kiedy spadnie na ziemię, podnoszę ją i z trudem próbuję odczytać niewyraźne litery. SZUKAJ. Jeden wyraz, pozornie nieistotny, pozornie bez znaczenia, który bezpowrotnie namieszał w moim życiu. Czuję się jak małe dziecko stojące na środku zagraconego pokoju, któremu mama kazała pozbierać porozrzucane zabawki. Z jednej strony chciałabym, aby było czysto, ale tak bardzo przyzwyczaiłam się do aktualnego wyglądu mojego pokoju, że nie mam siły, ani odwagi nic zmieniać. Boję się nawet. Wiem jednak, że muszę pozbierać zabawki, które przecież sama rozrzuciłam. Zabieram się za porządki. ...
- Jesteś pewna, że chcesz tam wejść?- Dominik podrapał się po nosie, zmrużył oczy i wydał z siebie kilka niezidentyfikowanych dźwięków. Przerażenie wyrysowane miał na twarzy, ale grał dzielnie, przynajmniej się starał, twardego faceta. Staliśmy przed drewnianymi, ozdobionymi pajęczyną, drzwiami do jakiejś komórki, w której dziadek trzymał zawsze gliniane wazony własnej produkcji. Serce zabiło mi mocniej. I wcale nie dlatego, że od kilkunastu lat nikt tam nie wchodził, a pomieszczenie groziło zawaleniem, lecz na samą myśl o tym, że dzisiejszy dzień może przynieść mi rozwiązanie tajemnicy dziadka. Ciarki przeszły mi po plecach, co tym bardziej zwiększyło moją wrodzoną ciekawość. Spojrzałam na Dominika. Uśmiechnął się by zakryć swoje obawy, które, miałam wrażenie, wypełniają każdy milimetr jego ciała, dodam jeszcze: opalonego ciała. Włożyłam klucz do zamka, ale miałam problemy z jego przekręceniem. Nie poddałam się jednak. Zrobiłam mały krok do tyłu, wspaniały obrót i z kopnęłam w owe drzwi. Nie broniły się zbytnio, muszę przyznać. Wielki tabun kurzu buchnął na nas nikogo nie pytając o pozwolenie. Dominik zaczął się dusić. Przez zęby krzyknął coś na kształt: „Ja nie chcę umierać!”, a potem: „Przyślij mi białe róże na grób.” Gwałtownie złapałam go za rękę i wciągnęłam do środka. Byłam tam pierwszy raz. Moje wyobrażenia o wnętrzu komórki niczym się miały do rzeczywistego jej wyglądu. Była dużo większa niż przypuszczałam. Na obitych drewnem ścianach wisiały czyjeś portrety, wszystkie kąty zawalone były glinianymi wazonami, o których wspominała mi mama, a w centralnym miejscu stał jakiś dziwny stolik kołyszący się na trzech nóżkach i wielkim pudle udającym tę czwartą. Moją uwagę przykuł podejrzany kuferek ściśnięty przez wazony. - Gdyby tu posprzątać, to mielibyśmy ciekawe miejsce do gry w „Canastę”.- pomysły Dominika zawsze mnie zadziwiały. - No...- zamruczałam pod nosem i zabrałam się za otwieranie dojrzanego kuferka. Skrzypnięcie pokrywy przyprawiło mnie o wzrost poziomu adrenaliny we krwi. Poczułam się jak bohaterka horroru jakiegoś, która jest prawie bliska odkrycia kto jest mordercą, kiedy nagle czuje dziwny oddech na szyi. Wstrzymuje oddech. Kątem oka dostrzega splamioną krwią dłoń i nagle urywa się jej film... i zapraszamy państwa na reklamy. - O ludzie! Dominik, co ty robisz?- moje oburzenie zamroziło go na moment. Stał wyprostowany ze ściereczką w jednej dłoni i preparatem do ścierania kurzu w drugiej. - No, co? Przypuszczałem, że się przyda.- powiedział najspokojniej w świecie i wrócił do swojego zajęcia. - Co tam jeszcze zabrałeś ze sobą?- spytałam odsuwając jednocześnie jego plecak. Nagle wybuchłam przeraźliwym śmiechem, po czym wywróciłam, nie mogąc utrzymać równowagi. Po policzkach popłynęły mi łzy. Inna odmiana niż zwykle, niby też słone, ale smaczniejsze od tych pojawiających się w chwilach totalnego załamania. - O co ci chodzi?- zapytał, udając głupiego, Dominik. Podeszłam do niego i zaczęłam wyjmować po kolei zawartość jego, jakże pojemnego, plecaka. - Człowieku, powiedz: po co ci bandaż, woda utleniona, tabletki na ból gardła, krople żołądkowe, opakowanie po batoniku....ej, zaraz. Dlaczego tylko opakowanie? Cisza! Wytłumaczysz się później. Popatrzmy dalej: nożyce do przycinania żywopłotu, latarka, skarpetki? Ojej. Odświeżacz do ust, smycz, paszport... ale tego chyba nie zrozumiem: tabletki na bóle menstruacyjne? Dominik się zmieszał. - Trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. – oświadczył z wielką satysfakcją. Zaczęliśmy się oboje pokładać ze śmiechu. Dominik jest chyba jedyną osobą na świecie, z którą niezależnie od wszystkiego, czuję się wspaniale. Kiedy jestem z nim zapominam o wszystkich moich problemach, ciemne chmury zakrywa żółte ogromne, dające dużo ciepła, słońce. Czasem mam wrażenie, że emanują od niego, gromadzone przez lata, pokłady energii, które trafiają do wszystkich ludzi napotykanych na jego drodze. Nie potrafię cieszyć się życiem tak jak on i z równie wielkim optymizmem podchodzić do napotykanych przeszkód torujących mi drogę do szczęścia. Ja się zawsze poddaję. On walczy do końca i przez to czuje się wygrany. Podziwiam go za to. Tak bardzo boję się, że kiedyś zabraknie go w moim życiu. To tak, jakby ktoś odebrał mi słońce. Najgorsze jest to, że zawsze wracam do swoich czterech ścian skupiających najbrzydsze odcienie szarości. Duszę się, brakuje mi powietrza, ale trwam dalej zatracając się z dnia na dzień. To mnie kiedyś zgubi. A ja tak bardzo nie lubię sprzątać. Zabawki leżą wciąż rozrzucone na środku podłogi i czekają na mój ruch. Czekają na mnie.
Część 22 / 2
- Za godzinę mam trening.- Dominik przywrócił mnie do rzeczywistości. - Tak? To trzeba się streszczać. Zabieramy ten kufer.- powiedziałam wskazując na moje odkrycie. - Ale na nim jest pełno kurzu. Nie każ mi go dotykać.- zaprotestował. - Od kurzu jeszcze nikt nie umarł.- przekonałam go.
...
- Była u ciebie Julka. Prosiła, żebyś...O ludzie. Co to jest?- spytała przerażonym głosem mama widząc mnie i Dominika jak wnosimy do kuchni zakurzony kuferek. - Nie denerwuj się. Wypij sobie ziółka i pograj w „Kulki” na komputerze. A do Julki wpadnę wieczorem.- powiedziałam mając nadzieję, że szybko sobie pójdzie i pozbawi nas swoich komentarzy. Nie zawiodłam się. Chyba ma już dość moich pomysłów, po czym opuściła kuchnię. - To ty przejrzyj to wszystko, a ja wpadnę jutro to mi opowiesz o swoich odkryciach. Co ty na to?- powiedział Dominik zerkając na zegarek. - No, dobra. To na razie. Zaraz po jego wyjściu otworzyłam kuferek i zaczęłam starannie przeglądać jego zawartość. Pod stertą babcinych sukienek znalazłam tylko dwa czarno - białe zdjęcia przedstawiające jakąś kobietę. Nie była to babcia. Nie była to moja mama. A więc kto? Mam mętlik w głowie. ...
Wchodzę bez pukania. Nikomu to nie przeszkadza. Tutaj każdy czuje się jak u siebie. Wita mnie ciepły wzrok Julki. Leży na łóżku w bieliźnie i rozwiązuje krzyżówki. Bez słowa kładę się obok niej. Nic nie mówię. Czasem wystarczy nam tylko czyjaś obecność. Najbardziej pocieszająca jest świadomość, że ktoś jest obok ciebie, przez co twoje problemy wydają się być o połowę mniejsze. Julka to rozumie. Też nic nie mówi. Leżymy bez słowa. Zamykam oczy. Widzę zieloną polanę, słońce ogrzewające moje blade ciało i ciepło przeszywające mnie od samych stóp. Moment chwilowego szczęścia nie trwa długo. Przed oczami malują mi się niewyraźne wersy...
Zatrzymać chwilę Zamknąć w pudełku po zapałkach, Które wznieciły ten pożar
Zatrzymać świat Zatrzymać siebie Utonąć we własnym szczęściu tak chwilowym i ulotnym.
Chcę tak leżeć wieczność. Patrzeć na niebo, uśmiechać się do słońca, do siebie. Nagle spadł deszcz... towarzyszy mi wszędzie... mam go dość...
Otwieram oczy. W głowie słyszę muzykę. Melodia, która chodzi od rana po głowie została stworzona przez moją wyobraźnię. Nie wysilam się na uśmiech. Julka też. Nie pozwala na to ciężar codzienności. Tutaj nie trzeba nic udawać. Wielka dziura pogłębia się. Wchłania mnie na raty zabierając ze sobą resztki dnia wczorajszego. Czuję