Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 21 min czytania

W poszukiwaniu Złotego Feniks cz.II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział II „Dziewczyna ze znamieniem na plecach”

W swoim szesnastoletnim życiu Sara tylko raz była śmiertelnie przerażona. Gdy, jako mały sześcioletni brzdąc, topiła się w jeziorze. Chciała wtedy krzyczeć, ale nie pozwoliła jej na to woda w ustach. Dokładnie pamięta, jak wierzgała wściekle nogami i rękami, chcąc wypłynąć na powierzchnię. W uszach słyszała tylko szybkie bicie swojego serca, a każde kolejne uderzenie sprawiało, że czuła się jak we wnętrzu ogromnego dzwonu. Nie myślała wtedy wcale. Strach odebrał jej rozum i świadomość. Obudziła się na plaży. Od rodziców dowiedziała się, że ratownik dosłownie w ostatniej chwili wyciągnął ją z wody i już na powierzchni zaczął robić sztuczne oddychanie. Tylko sekundy dzieliły ją wtedy od śmierci. Teraz dzieliły ją od niej tylko 2 milimetry. Bo dokładnie o taką odległość od jej gardła było odsunięte śmiercionośne ostrze miecza. Kontury jej pola widzenia pokryły się białą mgiełką. Wiedziała, że zaraz straci przytomność. Słodki Jezu, pomyślała, błagam niech ktoś mi pomoże. Z daleka dobiegały ją zagłuszone dźwięki rozmowy. -Zostaw dziewczynę!- warknął pan X przez zaciśnięte zęby. -Lepiej martw się o siebie, a nie o nią.- odparł długowłosy. Otaczający ich tłum nie śmiał się zbliżyć do dwóch młodzieńców. Ludzie wpatrywali się w zakrwawioną rękę długowłosego, nie mogąc uwierzyć, że to co trzyma jest mieczem, który na dodatek wyrósł z jego własnego ramienia. - Posłuchaj, to sprawa między nami. Nie wplątuj w to innych ludzi.- powiedział pan X. -To walcz ze mną. Tu i teraz.- odkrzyknął długowłosy. Stojący obok ludzie przysłuchiwali się uważnie ich wymianie zdań. Dało się słyszeć pojedyncze szepty. Jakaś kobieta zawołała: „Ratujcie to dziecko, ratujcie to dziecko!”. Słowo „dziecko” odbijało się w środku głowy Sary jak piłeczka pingpongowa. Słyszała je coraz słabiej, aż w końcu uszy napełnij jej szum, a wzrok przesłoniła czarna kurtyna. Jej bezwładne ciało zawisło w ramionach trzymającego ją chłopaka. -Cholera.- syknął długowłosy. Potrząsnął nią lekko, ale nie odzyskała przytomności. -Zemdlała!- zawołał jakiś mężczyzna. Wtedy przez tłum przebili się dwaj rośli mężczyźni z napisem OCHRONA na kurtkach. -Co tu się dzieje? Co ty gówniarzu wyprawiasz?- krzyknął pierwszy. Spojrzał na plamy krwi na posadzce, na omdlała Sarę i wreszcie natrafił wzrokiem na drugiego chłopaka. Pan X wpatrywał się w niego swoim zimnym spojrzeniem. -Rzuć broń chłopcze, a nic ci się nie stanie!- zawołał drugi ochroniarz. –Zostaw dziewczynę. Zemdlała, musimy jej pomóc. -Nie mów do mnie jak do świra. Dobrze wiem, co się jej stało.- odparł chłopak arogancko. -Rzuć broń.- powtórzył pierwszy mężczyzna. Długowłosy westchnął z rezygnacją. Zatoczył mieczem ósemkę w powietrzu. -Nie mogę. -Powtarzam ostatni raz. Jeśli nas nie posłuchasz będziemy musieli użyć siły. Policja już tu jedzie. Otoczą budynek. Więc lepiej rozstaw dziewczynę i odłóż broń... -Ile razy mam ci powtarzać, że nie mogę jej odłożyć?- krzyknął chłopak. Dla potwierdzenia swoich słów rozchylił palce ukazując wszystkim widok włókien mięśni wychodzących z jego dłoni i wrastających w rękojeść miecza. Ochroniarze zaklęli ze zdziwienia. Przez tłum gapiów przetoczył się jęk trwogi. -A nie mówiłem? Cholerna policja, mówi się do was po dwadzieścia…- ŁUP! Długowłosy odleciał na parę metrów. Sara wyślizgnęła mu się z rąk i upadła na posadzkę. Ludzie zaczęli krzyczeć i rozbiegać się na wszystkie strony. Ochroniarze wymienili porozumiewawcze spojrzenia i zgodnie ruszyli do wyjścia. Pan X stanął nad długowłosym z zaciśniętą pięścią. Z jego prawej dłoni sączyła się krew. Trzymał w niej miecz. -Masz co chciałeś.- warknął i zamachnął się na przeciwnika z całej siły. Tamten jednak przeturlał się po ziemi i, podpierając się na swoim mieczu, powoli wstał. -No proszę, wystarczyło spuścić cię na chwilę z oka, a ty już powalasz mnie ciosem w szczękę.- powiedział, otarłszy stróżkę krwi cieknącą mu z ust. –Widzę, że powoli przestajesz być taki opanowany. Bardzo mnie to cieszy. -Milcz.- syknął pan X. W niewytłumaczalny sposób cały budynek opustoszał. Wszyscy ludzie pouciekali w popłochu, przerażeni widokiem krwi i żelaznych przedmiotów wychodzących z ludzkich ciał. Obaj młodzieńcy piorunowali się wzrokiem. Zaległa cisza, w której można było usłyszeć ich równe oddechy. Przez chwilę stali naprzeciw siebie w bojowych pozach. A potem ruszyli do przodu z rykiem.

Ooooch, chyba zaraz się zerzygam. Taka była pierwsza myśli, która zrodziła się w odzyskującym świadomość umyśle Sary. Istotnie – w jej żołądku drugie śniadanie co chwilę przewracało się do góry nogami. Poczuła na twarzy zimną posadzkę, co nieco ją ocuciło. Dlaczego leży na ziemi? Dziwne, wydawało się jej, że siedziała przy fontannie…zaraz, zaraz…ach tak, teraz wszystko jasne. Spotkała swojego tajemniczego wybawcę, a potem…o Boże, nie chce myśleć o tym co było potem. Czy to wszystko działo się naprawdę? Czyżby zemdlała? I to przy takim tłumie ludzi? Co za wstyd… Swoją drogą, to całkiem ciekawe uczucie… A co teraz zrobi? No cóż, wypadałoby otworzyć oczy. Ale jeszcze nie teraz. Jest za słaba. Po za tym, jej żołądek jeszcze całkiem się nie uspokoił. Poleży sobie przez chwilkę, a potem wstanie i pójdzie spokojnie do domu… Zaraz, co to był za dźwięk? Sara usłyszała szczęk metalu i męski okrzyk. Szybkie kroki. Ktoś idzie. Nie, ktoś biegnie. Znowu okrzyk, szczęk metalu i odgłos upadku. Do jasnej cholery, co tam się dzieje?! Musi otworzyć oczy, musi! Otworzyła. I pierwszą rzeczą jaką ujrzała była wielka plama krwi zaraz przed jej nosem. Tego jej schorowany żołądek już nie wytrzymał. Dziewczyna w nagłym skurczu podniosła się na kolana i zwymiotowała. Zaczęła kaszleć i zakręciło się jej w głowie. Co za parszywy dzień. Trzeba było dzisiaj zostać w domu… Odetchnęła głęboko parę razy i usiadła. Ale czyjeś szybko nadlatujące ciało kazało jej natychmiast wstać i z piskiem rzucić się za kolumnę podtrzymującą sufit. -Ajajaj, gdzie podział się ten wspaniały szermierz, o którym krążyło tyle legend? Sara ujrzała jak długowłosy chłopak, który przedtem jej groził podchodzi do podnoszącego się z ziemi pana X. Który dzierży w ręku nic innego, jak miecz. -O mój Boże.- szepnęła. Nagle pan X poderwał się z ziemi i rzucił na przeciwnika z krzykiem. Tamten w ostatniej chwili zasłonił się swoim orężem. Młodzieńcy skrzyżowali ostrza mieczy i warcząc, napierali jeden na drugiego. Ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Dziewczyna wyraźnie słyszała jak rozmawiali: -Widzę, że jednak nie jesteś taki cienki, na jakiego wyglądasz. -Mam jeszcze parę asów w rękawie. -Czyżby? Najwyższy czas, żebyś jakiś pokazał!- długowłosy odepchnął pana X na barierkę i machnął swoim mieczem. Jego ostrze minęło oko chłopaka tylko o cal i zaorało jego policzek. Sara wciągnęła ze świtem powietrze. Chciała uciekać, ale sumienie jej na to nie pozwalało. Przecież ten chłopak ocalił jej życie. Nie może tak po prostu go zostawić! Chwyciła się kurczowo barierki i ujrzała jak po twarzy jej wybawcy ścieka krew. Miała dosyć krwi. Zbyt wiele jej dzisiaj ujrzała. -Przestańcie.- szepnęła. Chciała to wykrzyczeć, ale strach zatrzymał jej głos w gardle. Jeśli tamten długowłosy chłopak chciał ją zabić, to gdy zwróci na siebie jego uwagę, nie będzie miała szans ucieczki. Wtedy zabije ją na pewno. Pan X z furią rzucił się na długowłosego. Zamachnął się na niego z całej siły, ale tamten przeskoczył barierkę i wylądował na jednej z lamp, stojącej wzdłuż alei na parterze. -Atak w złości jest najgorszą rzeczą, jaka teraz możesz robić.- zawołał. -Dlaczego ty się nigdy nie zamkniesz?- krzyknął pan X, skacząc za nim. –Ciągle tylko gadasz i gadasz!- dodał, już w powietrzu. Ostrza ich mieczy ponownie się skrzyżowały, a spomiędzy nich wytrysnęło kilka iskier. Długowłosy stracił równowagę i zeskoczył z lampy na parter. Na jego nieszczęście nie zdążył się uchylić i oberwał w szczękę. Odleciał do tyłu i, rozbijając szybę na wystawie sklepu Orsay, wpadł do środka. Sara krzyknęła i pobiegła w kierunku ruchomych schodów. Czy to wszystko dzieje się naprawdę? Tajemniczy nieznajomi z mieczami wystającymi z rąk…to nieprawdopodobne! To musi być sen! Tak to na pewno sen! Nic z tego nie rozumiała, ale jednak, nie potrafiła zostawić ich samych. Chciała zobaczyć, co będzie działo się dalej… Dziewczyna zbiegła na parter i dotarła do miejsca walki. Pan X stał naprzeciwko witryny sklepu. Opuścił miecz i wpatrywał się w swojego przeciwnika, który zniknął gdzieś w gąszczu poprzewracanych manekinów i porozrzucanych ubrań. Jego spojrzenie już nie było takie mordercze. Zmarszczka na czole zniknęła. Ta przemiana uderzyła Sarę. Podeszła nieco bliżej. Jednak te trzy kroki wystarczyły, żeby w końcu zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Odwrócił w jej stronę głowę. Przez pierwszą sekundę miała wrażenie, że widzi zupełnie inną osobę. Tajemniczy pan X niepatrzący na ciebie, jakby chciał się rozerwać na strzępy, wyglądał naprawdę inaczej. Jego spojrzenie było łagodne, obojętne, lekko zamglone, ale też zagubione. Lecz gdy tylko zdał sobie sprawę z tego, że stoi przed nim osoba, która widziała całe zajście, mało tego, że była to dziewczyna, która jeszcze przed chwilą leżała zemdlona na ziemi, wrócił z powrotem do swojego starego wyrazu twarzy. Zmarszczył czoło i zmrużył oczy ze złości. -Jeszcze tu jesteś?- wrzasnął na nią. Sara nie przeraziła się jego podniesionym głosem. Bardziej przestraszyło ją to, że chłopak ponownie uniósł miecz i stanął w pozycji bojowej. Zupełnie, jakby miał zamiar zaraz się na nią rzucić. –Wynoś się stąd! WON! Dziewczyna cofnęła się o parę kroków. Tak, chyba nadeszła pora żeby wiać. Odwróciła się i już miała ruszyć ku wyjściu, kiedy usłyszała rumor dochodzący ze sklepu, do którego wpadł długowłosy. Zamarła bez ruchu i spojrzała w tamtą stronę. Pan X także. Hałas powtórzył się parę razy. Sara usłyszała kilka stęknięć i kroki. Po chwili długowłosy wyszedł na zewnątrz. Był wyraźnie poturbowany. Ciągnął za sobą swój miecz. Najwyraźniej nie miał siły, aby go unieść. Na jego twarzy było widać liczne zadrapania po odłamkach szkła. Stanął naprzeciw pana X i począł wpatrywać się w niego bezbarwnym wzrokiem. -Nie podniosłeś na mnie miecza, kiedy miałeś okazję. Zamiast tego walnąłeś mnie pięścią.- powiedział spokojnie. –Mogłeś mnie zabić, ale jednak tego nie zrobiłeś. Wcześniej wpadłeś w taką furię, że myślałem, że rozerwiesz mnie na strzępy, jeśli tylko się do mnie zbliżysz, a jednak potem nie raniłeś mnie, mimo, że nie miałem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
W poszukiwaniu Złotego Feniks cz.II — czytnik · opowiadania