Fantastyka · 33 min czytania
W poszukiwaniu Złotego Feniksa cz.III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział III „Pierwszy kontakt.”
Sara uniosła koszulę. Znamię nadal tam było. Krwistoczerwony feniks rozpychał się na jej plecach. Rozłożone skrzydła sięgały jej ramion, a zakończone ostrymi szponami odnóża kończyły się w okolicach pasa. Dziewczyna nie mogła dłużej znieść tego widoku. Ze zrezygnowaniem opadła na łóżko. Od trzech dni nie opuszczała domu. Matka sprowadzała do niej codziennie po kilku lekarzy i dermatologów. Żaden nie potrafił powiedzieć skąd wziął się tajemniczy znak. Z fachowego punktu widzenia nie było to ani poparzenie, ani rany kłute, ani cięte. Fakt, że bruzdy układały się w czytelny wizerunek ptaka, lekarze uznali za czysty przypadek. Sara była dla nich tylko bardzo ciekawą medyczną anomalią. Ale ona doskonale wiedziała skąd wzięło się znamię. Bez wątpienia miało to jakiś związek z Panem X i Długowłosym. I ze Złotym Feniksem. Cokolwiek to było. Sara nikomu nie powiedziała o swojej niesamowitej przygodzie. Nie musiała. Wzmianki o tym incydencie pojawiły się w regionalnej gazecie już następnego dnia. Cała historia została mocno podkolorowana. W artykule mówiono o dwóch żądnych krwi nastolatkach, którzy po południu zdemolowali całą „Sferę” za pomocą mieczy wystających z ich nadgarstków, ranili dwanaście osób, a następnie zrabowali biżuterię o łącznej wartości dwudziestu dwóch tysięcy złotych. W rzeczywistości nikt nie ucierpiał (oprócz Sary, która nie dość, że zemdlała ze strachu, to jeszcze doznała niemiłych sensacji żołądkowych) i nic nie zginęło. Właściwie, dwaj awanturnicy zachowali się nadzwyczaj kulturalnie. Jedynymi szkodami jakie po sobie zostawili były plamy krwi na posadzce i rozbita witryna sklepu z modą młodzieżową. Sara włączyła komputer i w wyszukiwarce internetowej wpisała hasło „Złoty Feniks”. Nie znalazła nic. Spróbowała jeszcze raz, wpisując to samo po angielsku i niemiecku. Wyświetliła się jej lista stron z opowiadaniami fantasy. To nie było to czego szukała. Czym był Złoty Feniks? Dlaczego, kiedy usłyszała tą nazwę, jej ciało tak dziwnie zareagowało? Dotąd się jej to nie zdarzało. Nie czuła się tak nawet wtedy, gdy Kamola podawała teksty łacińskich wierszy, których miała się potem nauczyć na pamięć. Dlaczego gdy Pan X wypowiedział akurat te słowa, z jej gardła wydobył się ten przeraźliwy skrzek i to w sposób całkowicie niezależny od niej samej? To wszystko wydawało się jej niesamowicie dziwne. Takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień. Sara przestała gorączkować następnego dnia. Choroba zniknęła tak samo nagle jak się pojawiła. Jej ciało odzyskało wszystkie utracone siły. Była zdrowa i wynudzona jak diabli. Dlatego też nie potrafiła wysiedzieć w jednym miejscu. Rodzice, zaniepokojeni stanem zdrowia swojej córki niechętnie przystali na jej prośbę, ale w końcu puścili ją do szkoły. Tym samym skazując ją na edukacyjny zgon.
To niesamowite ile można dostać ocen w ciągu jednego dnia. Ten cię zapyta, ten zrobi kartkówkę, a tamten sprawdzi ci zadanie, którego oczywiście nie masz. I zanim się obejrzysz rubryki w dzienniku podpisane twoim nazwiskiem zapełnią się równym rządkiem jedynek. W takich przypadkach na nic się zdają tłumaczenia. Nikogo nie obchodzi, że przez ostatnie cztery dni gorączkowałaś, a na twoich plecach pojawił się jakiś drób nieznanego pochodzenia, co niewątpliwie osłabiło twoją zdolność koncentracji, a tym samym uniemożliwiło rzetelną naukę. Bo (na litość boską, dziecko!) nie jesteś już w podstawówce, tylko w liceum i do twoich obowiązków należy uzupełnianie zaległości w razie choroby! Kogo to obchodzi co czujesz i co myślisz? W twoim życiu ma się liczyć tylko edukacja i nic po za nią. A wielogodzinna nauka winna być dla ciebie niczym chleb powszedni. Nauczyciele nie mówili tego wprost, ale swoim zachowaniem i podejściem do nauczania dawali jej to jasno do zrozumienia. Sara nie mogła znieść ich ignorancji. Kiedy na początku roku szkolnego została zapoznana z prawami ucznia wielki kamień spadł jej z serca. Lecz potem okazało się, że jej prawa były tylko świstkiem papieru, z którym się nikt nie liczył. Jeden sprawdzian dziennie? A figa! Nikt belfrom nie zabroni zrobić nawet i trzech! Możliwość poprawiania każdej oceny aż do skutku? A gdzie tam! Zakaz robienia kartkówek w ramach kary za złe zachowanie? Chyba w następnym życiu... Sara wyszła ze szkoły z marsem na twarzy. Jakim cudem ona ma wytrzymać w tej szkole jeszcze dwa lata, skoro już po kilku miesiącach ma ochotę wysadzić ją w powietrze? Na pocieszenie wyjęła z plecaka książkę i otworzyła ją na zaznaczonej stronie. I już miała zagłębić się w lekturze, kiedy usłyszała krzyki. Rozejrzała się dookoła i po chwili odnalazła ich źródło. Na boisku szkolnym zgromadziła się grupa drugoklasistów. Otaczali parę chłopaków, którzy okładali się pięściami. -Dołóż mu Marcin! -Adrian, nie daj się! Sara zamknęła książkę i zbliżyła się w ich stronę. W miarę jak podchodziła bliżej cała sytuacja wydawała się jej coraz bardziej niebezpieczna. Stanęła na palcach i zaczęła obserwować całe zajście ponad ramieniem wysokiego bruneta, który zasłaniał jej widok. Walka wyglądała na zażartą. Jednemu chłopakowi krew lała się z nosa, a drugi miał podbite oko i rozciętą wargę. Patrzyli na siebie ze wściekłością i co chwilę przeklinali jeden drugiego. -Odszczekaj to!- warknął ten z podbitym okiem. –Bo jak nie, to (przekleństwo), tak ci (przekleństwo), że cię (przekleństwo) własna (przekleństwo) nie pozna! -Maciek, chyba nie pozwolisz, żeby ten chłystek tak ci w kasze dmuchał, co?- zawołał ktoś z tłumu. Maciek wytarł nos rękawem i rzucił rywalowi równie rozbudowaną wiązankę. Tamten nie pozostał mu dłużny i po chwili w powietrzu zaroiło się od najordynarniejszych wyjątków z łaciny kuchennej. Kiedy obu chłopakom wyczerpał się zasób przekleństw ponownie zaczęli się okładać pięściami. Adrian oberwał w drugie oko, wokół którego prawie natychmiast pojawił się wielki, fioletowy siniak. W odwecie zamachnął się z całej siły i pięścią uderzył Maćka w policzek. Sara usłyszała trzask łamanej kości. Maciek upadł na ziemię, trzymając się obiema rękami za nos. Po jego brodzie spływała krew. -Złamałeś mu nos!- krzyknęła jakaś dziewczyna. -Ha! Złamię mu nie tylko to...- zaśmiał się Adrian. Zatarł ręce i zbliżył się do siedzącego na ziemi chłopaka. Maciek nie był już w stanie się bić. Pociemniało mu przed oczami. Adrian uderzył go w splot słoneczny i zaczął kopać w brzuch. Maciek zwinął się z bólu i jęknął. -Następnym. Razem. Dobrze. Się. Zastanowisz. Zanim. Zaczniesz. Kretynie.- skandował Adrian. Wypowiadając kolejne słowa kopał leżącego jeszcze mocniej. Ktoś krzyknął, że wystarczy, żeby przestał. Ale on nie przestawał. Maciek objął głowę rękami i z każdym kopnięciem jęczał coraz głośniej. Zaczął kaszleć krwią. -DOŚĆ! Jedna z dziewczyn, która dotychczas przypatrywała się całemu zajściu zza drzewa, przecisnęła się przez tłum. Odepchnęła Adriana i spojrzała na niego z wściekłością w oczach. -Czyś ty zgłupiał? Nie widzisz, że on prawie mdleje?- zawołała. -Nie wtrącaj się tam gdzie cię nie proszą.- syknął Adrian. -Bo co?- dziewczyna uśmiechnęła się szyderczo. –Mnie też pobijesz? -Jeśli zajdzie taka potrzeba... -No już, nie krępuj się! Miała długie, proste, czarne włosy, które gładko opadały jej na ramiona i równo spływały po plecach. Jej oczy, również czarne, wyrażały ogromny upór i determinację. Ale w jej spojrzeniu Sara dostrzegła również niesamowitą moc. Ta dziewczyna należała do tych, z którymi lepiej nie zadzierać. -Nie prowokuj mnie.- powiedział Adrian mrużąc oczy. –Bo stanie ci się krzywda. Dziewczyna odrzuciła głowę do tyłu. Jej perlisty śmiech rozniósł się po boisku. Śmiała się i śmiała, a wszyscy zebrani patrzyli się na nią jak na wariatkę. Nagle jej śmiech się urwał. -Żartujesz.- zachichotała.- Taki knypek jak ty miałby mi zrobić krzywdę? -Nie wkurzaj mnie... -No dalej, napręż bicepsy i przyłóż mi, tak jak przyłożyłeś jemu. -Wariatka. – mruknął chłopak stojący przed Sarą. –Jak je Adrian przyłoży, to się przestanie śmiać. Sara domyśliła się, że dziewczyna była znana obecnym ludziom. Wszyscy wpatrywali się w nią z pogardą. Z ich spojrzeń było widać, że nie pierwszy raz widzą taką scenę. Jednak w milczeniu czekali na rozwój wydarzeń. -Inez, daj sobie spokój...- mruknął Adrian. Rzucił przelotne spojrzenie w kierunku Maćka, który powoli podnosił z ziemi. Do Adriana powoli zaczęło docierać to co zrobił. Musiał się szybko oddalić, inaczej będzie miał kłopoty. Nagle Inez podbiegła do niego i wymierzyła mu mocny cios w brzuch. Adrian skulił się i klęknął na ziemi. Łapczywie starał się złapać oddech. -Hej!- zawołał ktoś z tłumu. –To nie fair! -Teraz ci jest do śmiechu?!- ryknęła Inez, grożąc Adrianowi pięścią. –Dalej masz ochotę znęcać się nad innymi?! Chłopak nie odpowiedział jej. Kaszlnął parę razy krwią, która wsiąknęła w ziemię. Inez przyłożyła mu niesamowicie mocno. Sara pierwszy raz zobaczyła żeby jakiś chłopak odniósł takie obrażenia w potyczce z dziewczyną. Adrian wpatrywał się w Inez wściekłym wzrokiem. Miał ochotę rozerwać ją na kawałki. Jeszcze nikt nigdy go tak nie upokorzył... Dziewczyna odwróciła się i zaczęła odchodzić. -Ty...ty...- zaczął Adrian. Z jego ust posypała się kaskada przekleństw. Inez zatrzymała się. -Ja ci k***a pokażę!- zawołał chłopak i zerwał się z ziemi. Rzucił się w jej stronę. Sara zamarła. Tłum wstrzymał oddech. Niczym na zwolnionym filmie ujrzeli jak Adrian wyciąga zaciśnięte pięści w stronę głowy Inez, sycząc: -Ty zdzi...!!!- Urwał. Sara zasłoniła usta dłonią. Stłumiony jęk wydarł się z jej ust. Inni zareagowali podobnie. Zapadła cisza. Słychać było szum wiatru w koronach drzew. Kilka złotych liści spadło na ziemię. Adrian starał się nie oddychać, ani nie ruszać. Zamarł z pięścią przy głowie Inez. Ale nie patrzył na nią, tylko na dwa zakrwawione, metalowe szpony wystające z kostek na jej dłoniach. Które skierowane były dokładnie w środek jego twarzy. -Rusz się, a wydłubię ci oczy.- mruknęła Inez. Adrian wciągnął powietrze przez nos. Zniknęła wściekłość z jego spojrzenia. Zamiast niej pojawił się w nim paniczny strach. Pomyślał, że Inez całkowicie zwariowała. Zwariowała a teraz go zabije. Z ran na dłoniach dziewczyny spływała krew. Para długich na 20 centymetrów pazurów wymierzona była w oczy Adriana. Druga para, stercząca z kostek na drugiej dłoni, niebezpiecznie zbliżała się do jego gardła. Inez powiedziała: -Jeśli jeszcze raz zachce ci się bić z innymi, to przyjdź do mnie, a wtedy...- Nagle zamilkła. Spojrzała na swoje szpony. W ich metalowej powierzchni odbijały się promienie słońca. Jednak coś było nie tak. Wstrząsnęły nimi lekkie drgania. Żelazne pazury zaczęły się telepać. Wyraz twarzy Inez nie zmienił się. Był obojętny. Jednak dało się wyczuć, że reakcja jej dłoni ją zdziwiła. Po raz pierwszy popatrzyła na otaczających ją ludzi. Jej wzrok przesuwał się powoli po każdej obecnej osobie. Zatrzymała się na Sarze. Na jej usta wpełzł szyderczy uśmieszek. Przez chwilę mierzyła ją spojrzeniem. A potem Sara odwróciła się i ruszyła biegiem przed siebie.
Zatrzymała się dopiero przy autobusie. Kiedy się obejrzała, z ulga stwierdziła, że Inez za nią nie było. Serce waliło jej jak szalone. Co to wszystko ma znaczyć? Jeszcze nigdy wcześniej Sara nie biegła tak szybko. To niesamowite, jakie przyspieszenie daje człowiekowi strach. Sara bała się, że znowu zaczną się z nią dziać te dziwne rzeczy. Nie mogła na to pozwolić. W głębi siebie czuła ten palący ból. Zupełnie jak wtedy. Zdusiła go w małym zalążku. Jeśli coś w niej siedzi, to niech tkwi tak nadal. Kim była ta Inez? Czyżby miała coś wspólnego z Panem X i długowłosym? Na pewno. Te jej pazury...i to jej spojrzenie kiedy wymierzyła je w twarz Adriana przerażały ją. W jej oczach widać było, że się nie zawaha. Bez skrupułów mogła wtedy poderżnąć mu gardło. Sara zaczęła się uspokajać dopiero kiedy ujrzała swoje bloki. Tu jej nie dostanie. Tu jest bezpieczna. Jeszcze przez chwilę miała dziwne wrażenie, że Inez stoi zaraz za jej plecami, mierząc swoimi szponami w tył jej głowy. Odwróciła się, ale ujrzała tylko przystanek i stojących przy nim ludzi. Ani śladu niebezpiecznym mosiężnych przedmiotów w zasięgu wzroku. Doszła do swojej klatki schodowej. Rodzice byli jeszcze w pracy, a Piotrek w przedszkolu, więc obiad musiała ugotować sobie sama. Co by tu dobrego sobie zjeść, pomyślała wchodząc po schodach. Usłyszała, jak kilka pięter wyżej ktoś łomocze w drzwi. Wyjęła z kieszeni klucze i zaczęła kręcić je wokół palca. Może spagetti? Nie, to było ostatnio. Ile można jeść makaron? Zaraz zacznie jej wychodzić nosem. Kotleta nie, bo jej umiejętności kulinarne nie osiągnęły jeszcze poziomu używania panierki i Vegety. Gdyby umiała gotować zrobiłaby sobie kluski z truskawkami. Albo rosół. A tak musi się zadowolić kanapkami. Taa, kanapki to całkiem dobry pomysł. Dotarła do trzeciego piętra. Teraz wyraźnie usłyszała walenie w drzwi. Pewnie znowu któraś z sąsiadek wyrzuciła męża na wycieraczkę. Bo zupa była za słona. Ha! Podniosła oczy do góry i zobaczyła, że to do jej drzwi ktoś się dobija. Hm, dziwne. Ten facet wygląda dziwnie znajomo. Ach! Klucze wypadły jej z rąk i z brzdękiem uderzyły o schody. To był Długowłosy.
„Butelkę oblać wrzątkiem”. To zrobiłam. Co za wariat pisał ta książkę? I ja to mam teraz dziecku dać? Auauauauaua! Gorące! Czemu nie dodał, że trzeba to robić w rękawiczkach? Kretyn. Nigdy nie będę miała dzieci. Przysięgam.- Marta włożyła dłoń pod strumień zimnej wody. Nienawidziała zostawać sama z Gabrysią. Skoro rodzicom zachciało się mieć jeszcze jedno dziecko, to niech teraz sami się nim zajmują, a nie zwalają obowiązek na pierworodną. Przecież gdyby chciała, sama mogłaby być matką Gabrysi. Kto w wieku czterdziestu lat decyduje się na dziecko? No kto?! Napełniła butelkę mlekiem i wsadziła ją w usta siostry, która leżała w swoim łóżeczku. Gabrysia łapczywie przyssała się do smoczka. Skoncentrowała całą swoją uwagę na butelce i na cieczy ją wypełniającą. -Nareszcie spokój...-westchnęła Marta i osunęła się na fotel. –Żadego niemowlęcego płaczu. Żadnych butelek, ani pieluch. Nigdy nie będę miała dzieci. Nigdy... Jednak coś zmąciło spokój Gabrysi. Przestała ssać i zmarszczyła brwi. W jej świętym obrządku wyraźnie przeszkadzał jej łomot dochodzący z korytarza. Wydała z siebie ostrzegający pomruk. Była to zapowiedź nadchodzącego ataku płaczu. -Litooości...- zawyła Marta. –Nawet coś takiego ci przeszkadza? Nie jesteś jakąś księżniczką!- spojrzała siostrze w twarz. Gabrysia wpatrywała się w nią z wyższością. Butelkę ciągle trzymała przy ustach, ale widać było, że nie pije. –Co to miało znaczyć? Co to za mruczenie? Bachory mają słuchać rodziców i starszego rodzeństwa. A ja ci rozkazuję pić mleko i milczeć, jasne?- kolejny ostrzegawczy pomruk. –A co to niby ma znaczyć? „Rób co mówię, albo użądzę ci takie piekło, że popamiętasz”? To chcesz mi powiedzieć?- Gabrysia odsunęła butelkę od ust i wydała z siebie radosny pisk. -Nienawidzę cię.- syknęła Marta. Siostra odpowiedziała jej następnym piskiem. Łomotanie stało się jeszcze głośniejsze. Marta zostawiła dziecko i otworzyła drzwi na korytarz. Jakiś chłopak stał przed drzwiami Sary i dobijał się do nich jak wariat. Już chciała powiedzieć, żeby przestał, kiedy na schodach ujrzała kuzynkę we własnej osobie. I wszystko mogłoby wyglądać zupełnie normalnie, gdyby nie reakcja Sary na widok chłopaka. Stanęła w miejscu jak słup soli i zrobiła się blada jak ściana. Klucze, którymi dotychczas się bawiła upadły na posadzkę. Chłopak odwrócił wzrok od drzwi i wlepił go w nią. Otworzył oczy ze zdumienia. -Tyyyy!!!- zawołał i rzucił się w jej stronę. Sara wrzasnęła i rzuciła się do ucieczki. Chłopak za nią. -Hej!- krzyknęła Marta, przechylając się przez barierkę. Zobaczyła jak Sara i chłopak wypadają z budynku. I bez namysłu pobiegła za nimi.
Dokąd uciec kiedy goni cię facet, który w dłoni ma schowany metrowy kawałek żelaza? Ha, oto jest pytanie. Mimo, że strach doczepia ci skrzydełka do butów i tak biegniesz zbyt wolno. Na dodatek w zasięgu wzroku nie widzisz żadnej dobrej kryjówki. Nie masz czasu na racjonalne myślenie i spokojne rozważenie wszystkich…