Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 20 min czytania

W poszukiwaniu Złotego Feniksa cz.VI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział VI „Cienie przeszłości”

Sara jeszcze nie otworzyła oczu, a już pomyślała o tym, że chciałaby zjeść na śniadanie grzanki opiekane w jajku. Oczami wyobraźni ujrzała talerz wypełniony gorącymi, skwierczącymi grzankami. Niemal wydawało się jej, że czuje ich zapach. Uśmiechnęła się z zamkniętymi oczami i mlasnęła odruchowo. Nagle, jakby poraził ja prąd, podskoczyła na łóżku. Bo oto w jej umyśle wybuchnęła bomba wspomnieniowa, która sprawiła, że Sara w jednej sekundzie przypomniała sobie, iż nie jest w domu, ale w jakimś obskurnym hotelu w Krakowie. I nie ma szans, żeby podali jej tu grzanki... Przypomniała sobie także jeszcze jedną rzecz. Powoli odwróciła głowę do okna. Na początku oślepiły ją promienie słońca odbijające się w szybie. A kiedy już przyzwyczaiła się do jasności opuściła wzrok i natrafiła na drugie łóżko. Daniel jeszcze spał. Tak rozkopał się w łóżku, że kołdra osunęła się mu na podłogę, odsłaniając przy tym jego nogi i tors, odziany zaledwie w biały podkoszulek. W jego czarnych, rozczochranych włosach odbijało się słońce, tworząc niemalże granatowe refleksy. Ramieniem (z wyraźnie zarysowanym bicepsem, co Sara zauważyła dopiero po kilku sekundach) otaczał swoją głowę, a w placach trzymał rąbek powłoczki na poduszkę. Jego poza była raczej nie wygodna, jednak jemu chyba odpowiadała, gdyż nie ruszał się przez cały czas, kiedy dziewczyna się mu przyglądała. Oddychał równomiernie, a z każdym oddechem jego grzywka podfruwała do góry, niesiona strumieniem powietrza wydobywającym się z jego ust. Sara tkwiła bez ruchu, siedząc na łóżku i wpatrując się w Daniela. Sama nie wiedziała kiedy, ale zdała sobie sprawę z tego, że jest to bardzo przyjemne. Tak siedzieć sobie i na niego patrzeć. Nie poczuła nawet kiedy na jej twarz wstąpił uśmiech. Nie miała pojęcia co to znaczy, ale zrobiło się jej dziwnie miło. I ciepło na sercu. Na dodatek nagle zdała sobie sprawę, że co jak co, ale Daniel jest diabelnie przystojny. I ta myśl podziałała na nią jak kubeł zimnej wody. -Dosyć tego!- pomyślała. Odrzuciła kołdrę i wyskoczyła z łóżka. I natychmiast poślizgnęła się i wyrżnęła nosem w podłogę.

Jakąś godzinę później Daniel i Sara pędzili na motorze przez wąskie uliczki Krakowa. Dziewczynie nie wydawało się żeby była to najprzyjemniejsza forma podróży. Co chwilę hamowali gwałtownie żeby nie wpaść na jakiś samochód, a Daniel najwyraźniej nie miał dobrego rozeznania w terenie. Po za tym jazda z taką szybkością po wąskich ulicach była bardzo niebezpieczna. Nigdy nie wiadomo było czy ktoś w najmniej odpowiednim momencie nie wskoczy pod koła. Chłopak wciąż wypominał jej brutalną pobudkę. Huk, spowodowany jej upadkiem brutalnie wyrwał go ze snu i wywołało kolejną awanturę („Chodzisz jak słonica!”, „Jak będziesz tak długo spał, to cię łóżko wessie!”). Kiedy już skończyli na siebie wrzeszczeć, sprawdzili kiedy można zwiedzić Wieliczkę. W czasie zwiedzania mieli zamiar odłączyć się od grupy i za pomocą mapy znaleźć odpowiednią drogę do jaskiń smoka. Niestety okazało się, że wszystkie wycieczki zmonopolizowała grupa biznesmenów z Argentyny, którzy wynajęli wszystkich możliwych przewodników. Kolejne wolne godziny były dopiero następnego dnia. Dołączyli się grupy pierwszoklasistów z Bytomia na dziesiątą rano. Tak jak Sara się spodziewała, na śniadanie nie dostała grzanek. Musiała się zadowolić płatkami, które chyba leżały w kredensie kilka lat, bo nie dało się ich ugryźć i mlekiem, na którym pływały dziwne, zielone kółeczka. Bez zastanowienia wylała tą śmiertelną mieszankę do donicy z fikusem, stojącym obok jej krzesła. -Co ty robisz?- warknął wtedy Daniel. Sam powoli i z niesmakiem pochłaniał swoją porcję. -Tam było jakieś świństwo.- odparła Sara, wymijająco. –Chyba nawet do mnie mrugnęło... -Nie grymaś. Powinnaś być wdzięczna, że ci stawiam śniadanie. -Mówię ci, tam była jakaś ameba!- szepnęła dziewczyna. Daniel włożył sobie do ust kolejną łyżkę kleiku i zaczął wpatrywać się w okno. Sara oczami wyobraźni ujrzała jak po gałęzi fikusa wspinają się małe pantofelki wychodzące z jej zupy. -Fuuuuj...- prychnęła. –Zjadasz ameby... -Chcesz mi obrzydzić jedzenie, prawda?- mruknął Daniel, nie wyjmując łyżki z ust. -Już hamburger jest lepszy od tego...-wskazała palcem na jego miskę. – A ja chyba nie jadłam nic od wczorajszego śniadania...jestem taaaaaka głodna, ale tego nie tknę. -Nie uważasz, że kucharzowi zrobi się nieco przykro jeśli tego nie zjemy? -Jestem pewna, że w duchu się z nas śmieje. I mówi sobie: „Co za frajerzy! Nasikałem do tego mleka, a oni je piją!” -Jesteś obrzydliwa.- zawołał Daniel. -On tam nasikał. Yyyył, a ty to jesz! Nie zbliżaj się do mnie!- zaśmiała się Sara i odsunęła od niego swoje krzesło. W kąciku ust Daniela zaczaił się uśmieszek. Odłożył łyżkę i powiedział: -No dobra panno amebo. Zjemy coś na mieście. I tak oto znaleźli się na motorze. Sara czuła jak włosy fruwają wysuwają się jej spod kasku i fruwają wokół głowy. Obejmowała Daniela w pasie i za każdym razem gdy gwałtownie hamowali, uderzała go po żebrach. Wydawało się jej, że Daniel zaczął traktować ją w nieco inny sposób. Czyżby było to wynikiem ich wczorajszej rozmowy? A raczej jej monologu...Najważniejsze było to, że już na nią furczał. Chociaż wciąż zachowywał pewien dystans i nie pozwał sobie na pouchwalanie. Był to na razie mały kroczek, ale na dobry początek i coś takiego jej wystarczało. I nazwał ją panną amebą! Ha! Na samą myśl o tej nazwie zaśmiała się w plecy Daniela. Wiedziała, że ich zadanie nie jest proste i zapewne nie jest to powód do śmiechu, ale w ciągu całej litanii płaczu i rozpaczy był to jasny punkcik, który pozwalał im obojgu odetchnąć i rozluźnić się przed poważną walką. Kilka minut później dotarli do niewielkiej kamienicy, niedaleko rynku. Nad wejściem, fikuśnymi literami było wypisane: „Bar śniadaniowy cioci Madzi”. Przez szybę Sara zobaczyła rzędy okrągłych stolików, wokół których zasiadali różni ludzie, czytając gazety i jedząc zamówione śniadania. Atmosfera w środku była bardzo przyjemna. Ich wejście oznajmił dzwoneczek wiszący przy drzwiach. W powietrzu unosił się lekki zapach maślanych rogalików, co sprawiało, że Sarze ślinka ciekła do ust. Wśród klientów barku byli zarówno biznesmeni, którzy podążali do pracy, jak i uczniowie wszelkiego rodzaju szkół i uczelni, którzy na przerwie postanowili się dokarmić. Przy jednym stoliku ujrzała dwie trajkotające dziewczyny. Musiały być w jej wieku. Nagle zatęskniła za domem. Fakt, szkoła nie była jej ulubionym miejscem. Jednak w Bielsku był jej dom. Tam urodziła się, mieszkała i miała przyjaciół. A teraz pałętała się po wielkim, zupełnie obcym jej mieście z tajemniczym chłopakiem, o którym nie wiedziała prawie nic, po za tym, że nazywa się Daniel, ma wrośnięty w rękę miecz i...jest szalenie przystojny. Nagle z ponurych rozmyślań wyrwał ją radosny okrzyk dochodzący gdzieś z okolic kuchni. Ujrzała pulchną, niską kobietę rzucającą gdzieś w bok mokrą szmatę i biegnącą w ich stronę z rozpostartymi ramionami. -Oooch!!! Danielek! Oczom nie wierzę!!! Kobieta skoczyła do nich i ucałowała oboje w policzki, poczym przyciągnęła Daniela do piersi i mocno uściskała. Sara niemal usłyszała trzask łamanych kości. -Tak się cieszę, że przyjechałeś!- zaćwierkała kobieta. – Tak długo cię tu nie było! Już, opowiadaj!- położyła mu pulchne dłonie na ramionach. –Co robiłeś? Gdzie byłeś? Kogo poznałeś? I...och!- nagle zauważyła Sarę. –Widzę, że przyjechałeś z dziewczyną! Ty podrywaczu...- zachichotała, waląc go po ramieniu. -Właściwie to...- zaczęła tłumaczyć Sara, lecz Daniel uciszył ją ruchem ręki. -Przyjechaliśmy wczoraj. Zatrzymaliśmy się w takim hotelu, w którym na śniadanie podają mleko z amebami, więc chcieliśmy tutaj zjeść coś dobrego...- wytłumaczył. -Mleko z amebami!- wykrzyknęła kobieta ze zgrozą. Złapała się za głowę. – Przecież to zupełny brak szacunku dla jedzenia. W mojej jadłodajni nigdy by się coś takiego nie zdarzyło! Chodźcie, moje biedactwa...- wzięła ich oboje pod ramiona i ruszyli w stronę kuchni. –Ciocia Madzia was nakarmi! Mówię wam, będziecie tak wcinać, że aż wam uszy od tego odpadną! Kobieta zaprowadziła ich na zaplecze, gdzie oboje usiedli przy małym stoliczku z ceratą. -Zaczekajcie tu.- rozkazała ciocia Madzia władczym tonem. –Zaraz przygotuję wam coś specjalnego. Biedne dzieci! Kazali wam jeść ameby! Och...już ja im pokażę. Niech tylko zadzwonię do koleżanki z sanepidu!- to powiedziawszy wyszła, wciąż załamując ręce nad niedolą pokarmową Sary i Daniela. Tymczasem oni siedzieli bez ruchu, wciąż porażeni żywiołowością kobiety. Kiedy już stan zszokowania im przeszedł spojrzeli na siebie nieco niepewnym wzrokiem. -Skąd ty ją wytrzasnąłeś?- zapytała ostrożnie Sara. Pod stołem splotła nieśmiało dłonie i założyła je na kolano. Ta kobieta myśli, że ona chodzi z Danielem. Ale to nie prawda! -Ooo, to długa historia...- westchnął chłopak, drapiąc się po głowie. Jego czarne włosy znów zaczęły odstawać we wszystkie strony. –Kiedy byłem młodszy Jacek często mnie tu przywoził. Wtedy zajmowała się mną ciocia Madzia. -Ciocia?- zaśmiała się Sara. – A czy ona wie, że jesteś... ten to...- wykonała taki gest jakby coś wyrastało jej z dłoni. -Nie.- odparł Daniel.- Po prostu wydaje się jej, że pochodzę z bardzo bogatej rodziny i nikt się mną nie zajmuje. Wiesz, takie wielkie rozpuszczone i niekochane dziecko... -Ach, rozumiem. A dobrze tu karmią? Bo jestem głodna jak lew, mówię ci!- zawyła Sara, a jakby dla poparcia jej słów z jej żołądka wydobyło się przeciągłe burczenie. -Spokojnie. Nie ma na świecie lepszej kucharki od ciotki Madzi, uwierz mi. Przez chwilę nic do siebie nie mówili. Daniel oparł stopę o kolano i zaczął rytmicznie podrygiwać nogą. Sara podparła głowę na dłoni i kątem oka przypatrywała się temu co robił. Nie miała pojęcia kiedy, ale przestała się go bać. Kiedy na niego patrzyła nie wydawał się jej już ani trochę straszny. Mimo, że wciąż był skryty i zamknięty w sobie, odzywał się do niej. Mało tego! Nazwał ją panną amebą. I nawet uśmiechnął się do niej, Co prawda, kącikiem ust, ale jednak! Tylko dlaczego ją to tak cieszy? Hm...dziwne... Teraz Daniel zaczął oglądać swoją prawą dłoń. Dopiero teraz Sara zauważyła, że dzisiaj miał na niej założoną czarną rękawiczkę, bez palców. Chłopak przejechał palcami po okolicach nadgarstka, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie bólu. -Czy coś się stało?- zapytała Sara. -Nie...nic...tylko... Lecz nie było mu dane dokończyć, gdyż w tym momencie powróciła ciocia Madzia, niosąc dwie tace, wypełnione po brzegi jedzeniem. Postawiła je na stoliku rzekła: -Jedzcie moje biedactwa jedzcie! Ameby...ach...-jęknęła na koniec i wyszła zostawiając ich samych z jedzeniem. Niemal natychmiast gdy jedzenie znalazło się w pomieszczeniu, w którym przebywali, w nozdrza Sary wdarł się wspaniały zapach świeżych bułek, ciepłego mleka i soczystej wędliny. Zanim zdążyła się powstrzymać rzuciła się na swoją tacę i w kilka minut ogołociła ją z wszelkiego rodzaju jadła. Mieląc bułkę przypomniała sobie jakie to wspaniałe uczucie – jeść. Może nie okazała przy tym dobrych manier, ale w tej chwili niewiele ją to obchodziło. Była tak okropnie głodna! Przez prawie cały wczorajszy dzień nic nie jadła. Ach, jedzenie, to wspaniały wynalazek... -Ale jestem najedzona...-westchnęła kiedy już skończyła pochłaniać swoje śniadanie. –Teraz mogę umrzeć w spokoju... Daniel spojrzał na nią znad swojego kubka z mlekiem i przełknął kawałek bułki. -To co dzisiaj robimy?- zapytała, przeciągając się na krześle. –Skoro dopiero jutro mamy zaplanowaną wycieczkę po kopalni, to dzisiaj możemy sobie trochę odpocząć, prawda? -Uhm.- przytaknął Daniel. -Może zróbmy coś twórczego. Zwiedźmy Wawel, albo coś. Chodźmy na rynek, albo...po prostu zostańmy tu i obrastajmy w tłuszcz...- dodała kiedy nie znalazła aprobaty w spojrzeniu Daniela. -To niebezpieczne tak szwendać się po centrum. Widzisz, jakbyś nie zauważyła, Kraków to duże miasto i nasi przeciwnicy mają tutaj wielu agentów, wiesz?- wytłumaczył, nieco wyniosłym głosem. -No ale...ale...- zaczęła Sara.- Co będziemy robić cały dzień? Popatrz jaka piękna pogoda! Nie lepiej by było trochę rozluźnić się na świeżym powietrzu? A skoro to duże miasto, mamy więcej możliwości, żeby się ukryć... -To nie zabawa w chowanego. Tutaj nie ma czegoś takiego jak „gave over” i „zacznij grę od początku”.- powiedział Daniel, coraz mniej przyjemnym tonem. –Jeśli cię złapią to koniec. Zabiją bez mrugnięcia okiem. Sara skuliła się na swoim krześle. Całe spożyte przed chwilą jedzenie zaczęło się jej przewracać w żołądku. -Nie mają pewności, że tu jesteśmy...- zaczęła, nie patrząc mu w oczy. –Nie wiedzą, że jesteśmy w Krakowie... -Powiedziałem: nie. -Masz zamiar tak gnić w ciasnym pomieszczeniu? Co się strasznego może stać? -Zabiją cię jeśli nas znajdą. -Nie, bo najpierw będą walczyć z tobą. -A co jeśli mnie pokonają? -Nie pokonają... -Skąd wiesz? -Bo wiem. Widziałam jak walczyłeś. -Mimo to mówię, że nie. -Dlaczego? Ja tego nie rozumiem!- wykrzyknęła Sara. -Bo nie mogę cię tak znowu stracić! Sens tych słów dotarł do rozumu Sary dopiero po kilku sekundach. Otworzyła szeroko oczy, a z jej piersi wyrwało się krótkie „och”. Wpatrywała się w Daniela z otwartymi ustami. Daniel spojrzał w bok i przyłożył dłoń do ust, jakby chciał powiedzieć: „Ja coś takiego powiedziałem? Kiedy ja coś takiego powiedziałem?”. A potem gwałtownie wstał, przewracając swój kubek z mlekiem i wyszedł z kuchni. Jego donośne kroki było słychać aż do wyjścia, gdzie zadzwonił dzwoneczek i rozległ się trzask zamykanych drzwi. Białe mleko zaczęła ściekać po blacie stołu i w postaci kropel, rytmicznie kapało na podłogę. Sara wykonała gest podobny do tego, który przed chwilą wykonał Daniel- przyłożyła obie dłonie do ust. „Co to miało znaczyć? Co to było, no??” Nagle w progu ukazała się ciotka Madzia. Gdyby Sara miała dość przytomny umysł, pewnie by się jej przyjrzała dokładniej. I zauważyłaby, że była to kobieta około czterdziestki, z kręconymi blond włosami, ogromnym kuperkiem i z rozkosznymi dołeczkami w policzkach. Fartuszek w kratkę, który miała na sobie, opinał się na jej wybujałym biuście. -Już zjedliście?- zapytała, patrząc na puste tace i talerze. –No proszę! Więc tak was głodzili! Jak można tak nie karmić biednych dzieci! Ameby...ach... Sara nie odpowiedziała. Kobieta zgarnęła naczynia i spojrzała w na puste miejsce Daniela. -A gdzie Danielek? Dziewczyna, jakby otrząsnęła się z transu spojrzała na puste krzesło. Odjęła ręce od ust i odparła: -Nie wiem. Wyszedł. -No trudno.- westchnęła ciotka. –Przynajmniej pomożesz mi w kuchni. No chodź, chodź!- dodała, widząc, że Sara nie rusza się z miejsca. Dziewczyna wstała i zanim się obejrzała, już krzątała się po wielkiej kuchni, krojąc bułki, gotując mleko i szatkując koperek. Jej możliwości kulinarne kończyły się na przygotowaniu kanapek, jednak ten fakt najwyraźniej nie obchodził ciotki Madzi, która co chwilę wpychała jej w ręce nowe rzeczy do roboty. Sara siedziała na taborecie w rogu kuchni i obierała marchewkę. Zastanawiała się co miały znaczyć słowa Daniela. ”Bo nie mogę cię tak znowu stracić”. Nie no, to jest po prostu nie poważne. Jakie „znowu”? Przecież nie stracił jej nigdy przedtem. Co chciał przez to powiedzieć? Była pewna, że nie miał na myśli dosłownego „stracić cię”. Znali się dopiero kilka dni i to było naprawdę ZBYT poważne stwierdzenie. On nie mówił tego dosłownie. Nie mówił. Nie. Na pewno nie. -Już dawno tutaj nie widziałam Daniela z dziewczyną!- zaczęła nagle ciotka, znad zlewu, gdzie myła naczynia. Sara nadstawiła uszu. -Jeśli przyszedł tu z tobą, to znaczy, że chyba już się otrząsnął. -Otrząsnął z czego?- zdziwiła się Sara. -Nic ci nie powiedział?- ciotka zwróciła w jej stronę zaskoczone spojrzenie. –Myślałam, że skoro jesteście razem, to powinien ci był o tym powiedzieć.- wytarła ręce w ręcznik i podsunęła sobie krzesło, aby usiąść naprzeciwko Sary. -Właściwie to...my nie jesteśmy razem.- wyjaśniła Sara. –Poznaliśmy się kilka dni temu i...tak jakoś wyszło... -Ach...rozumiem...-westchnęła ciotka, przyglądając się uważne jej twarzy. Uśmiechnęła się lekko i zaczęła obierać jabłko. –Daniel to dobry chłopak. Tak, dobry chłopak. Może nie sprawia takiego wrażenia, bo jest bardzo nieufny wobec ludzi, ale ma dobre serce. -Naprawdę?- zdziwiła się Sara. –Nie wygląda na takiego... -Ooo, kiedyś taki nie był.-powiedziała kobieta, nie podnosząc wzroku. -Kiedy przyjeżdżał tu do mnie dawniej, był bardzo pogodnym dzieckiem. A jaki był szczęśliwy kiedy przyjeżdżał tu z tą dziewczyną! Zaraz, jak ona się nazywała...Ania? Nie...O! Agnieszka! Właśnie, nazywała się Agnieszka! Sara zamarła bez ruchu. Jej dłoń, z nożem, zawisła w powietrzu. Nagle przypomniała się jej scena sprzed dwóch tygodni, kiedy po raz drugi spotkała Daniela. „Wiesz o co mi chodzi...pamiętasz jeszcze Agnieszkę?” „Nie waż się wymawiać jej imienia.” -Agnieszka...- szepnęła Sara cicho. -Tak, właśnie. Bardzo miła dziewczyna.- kontynuowała ciotka. –Aż miło było na nich patrzeć. Przychodzili tu zawsze jak byli w Krakowie. Siadali przy oknie i zamawiali tylko dwie zupy mleczne. Rozmawiali i śmiali się bez przerwy. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Daniel był taki szczęśliwy. Bardzo ją kochał. Sara uniosła wzrok i spojrzała na twarz kobiety. Co to za dziwne uczucie? - pomyślała. -A potem...- w głosie cioci dał się słyszeć smutek. –Stała się ta straszna rzecz... -Co się stało?- wybuchnęła Sara, wciąż obierając marchewkę. Kobieta uniosła smutne oczy do nieba i z jej ust padły słowa: -Agnieszka... została zamordowana. Serce Sary zamarło. Nawet nie zauważyła jak nóż zjechał jej z marchewki i przeciął jej palec. -Aj!- krzyknęła. Podskoczyła na krześle, a miska w obierkami spadła na podłogę z łoskotem. -Ojejejej!- zawołała ciotka, rzucając się w jej stronę.-Pod wodę, pod wodę! Sara włożyła krwawiący palec pod wodę. Woda w zlewie zrobiła się czerwona od jej krwi. A więc Agnieszka została zamordowana. To o to wtedy chodziło Krystianowi. To oni ją zabili. -Kto ją zabił?- zapytała Sara, siadając z powrotem na krześle. Do krwawiącej rany przyłożyła papierowy ręcznik. -Mocno ściśnij...Do końca nie wiadomo. Była wtedy razem z Danielem. Odprowadzał ją do domu. Kiedy szli przez park zostali zaatakowani. Daniel nie był wtedy taki silny jak dzisiaj. Nie zdołał ich obronić. Agnieszkę zabili, a jemu tylko cudem udało się uratować. Leżał przez miesiąc w szpitalu. Kiedy dowiedział się o jej śmierci chciał popełnić samobójstwo, ale lekarze go powstrzymali. -Och.- westchnęła Sara. Zakryła usta dłonią. -Czy coś się stało?- zapytała ciotka. -Nie nic...-odparła dziewczyna, nie patrząc jej w oczy. Odwróciła głowę w bok. -Dobrze...pójdę obsłużyć klientów. Zostań tutaj. Kiedy Sara została sama schowała twarz w dłoniach i głośno westchnęła. Potrafiła sobie tyko wyobrazić ogrom cierpienia Daniela. Wiedziała, że to musiało być straszne-stracić ukochaną osobę. Teraz potrafiła zrozumieć dlaczego Daniel taki jest. Bał się nawiązać jakikolwiek kontakt z obca osobą, aby jej nie narazić na niebezpieczeństwo. To właśnie to miał na myśli kiedy jej powiedział, że nie chce jej znowu stracić. Miał na myśli Agnieszkę. I nie miało to być żadne poważne wyznanie. Po prostu bał się, że przez niego znowu ktoś umrze. Nie chciał znów być odpowiedzialny za czyjąś śmierć. A ona nazwała go gburem. Drewniakiem. A to po prostu był wyraz jego troski. Gdyby polubił ją bardziej, mogłaby zginąć, gdyż właśnie to najbardziej by go skrzywdziło. A im właśnie o to chodzi. Żeby zadać jak największy ból. To takie okrutne. Usłyszała jak drzwi powoli się otwierają. Uniosła głowę. W progu stał Daniel. Jego postawa nie wyrażała tej rozpaczy, którą musiał przeżywać kiedy Agnieszka zginęła. Był zupełnie normalny. Taki jak zawsze. Ale Sara wiedziała, że w sercu nosi tragedię, której ona pewnie nigdy nie zrozumie. -Idziesz?- zapytał bezbarwnym tonem. Jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. -Gdzie?- odpowiedziała pytaniem. -Gdziekolwiek, przecież nie będziesz tu siedzieć całą wieczność, prawda? Sara ciężko uniosła się z krzesła. Wydawało się jej, że ciężary przeszłości Daniela przeszły na nią. Czy ona też będzie musiała teraz znosić jego ukrywane cierpienie? Minęła go w progu, a on zamknął za nią drzwi do kuchni. Ani słowem nie wspomniał o swoim wcześniejszym zachowaniu. -Wszystko w porządku?- chciał wiedzieć. -Tak. W jak najlepszym. Pożegnali się z ciocią Madzią i wyszli.

Słońce świeciło wysoko na niebie , rozpraszając światłem wszystkie chmury. Na ulice miasta wylały się tłumy ludzi, aby cieszyć się piękną pogodą. Większość z nich korzystała z okazji, aby przejść się na zakupy lub na spacer. Na Wiśle powoli, leniwie sunął niewielki stateczek wycieczkowy, a na drugim brzegu kilkuosobowa grupka młodzieńców opalała się na zielonym zboczu. Pod figurą smoka wawelskiego kłębiła się wycieczka przedszkolaków, które bez skrupułów wspinały się po mosiężnych odnóżach gada. Sara siedziała na ławeczce naprzeciwko posągu i rozbawionym wzrokiem wpatrywała się w piegowatego chłopca kopiącego ogromny kamień, na którym stał smok. W ręce trzymała truskawkowego loda włoskiego. Obok niej siedział Daniel, który, liżąc swojego loda, wyglądał jak kwintesencja groteski. Mimo, że z powodu panującego gorąca zdjął swój czarny płaszcz nadal miał na twarzy ten odpychający wyraz. -Co to robimy?- zapytała Sara między jednym kęsem rożka, a drugim. -Siedzimy. -Wiesz, nie podejrzewałam, że w końcu zgodzisz się na wyjście gdziekolwiek. -Znaj łaskę pana. -Właściwie to byłam całkowicie przekonana, że wrócimy do hotelu i będziemy tam kisnąć aż do jutra, żeby nas nie zabili jacyś be panowie w ciemnych okularach. -Tak się składa, że wiele ryzykujemy tak się wałęsając po mieście.- odpowiedział Daniel, patrząc na zamek beznamiętnym wzrokiem. -Nie drrrramatyzuj. Trochę wiary w siebie.- Sara klepnęła go dziarsko w ramię i wstała. –To jak, idziemy sobie pozwiedzać?- popatrzyła zachęcająco na towarzysza, a nie widząc żadnej reakcji z jego strony westchnęła: -Och, daj spokój, jestem pewna, że żaden z tych twoich wielkich niebezpiecznych be agentów nie jest aż na tyle inteligentny aby interesować się historią i sztuką... Daniel obdarzył ją pobłażliwym spojrzeniem i, połknąwszy ostatni kawałek swojego loda, wstał. Razem ruszyli w stronę wejścia na zamek. Kilka minut później, z kupionymi biletami weszli na plac. Daniel, nieco się ociągając, powlókł się za Sarą, która z entuzjazmem zaczęła wyliczać co muszą koniecznie zobaczyć. Tak więc zaczęli od katedry krakowskiej, gdzie obejrzeli groby zmarłych władców i dzwon Zygmunta. -Wyobrażasz sobie...-zaczęła Sara. –Stanąć przy sercu dzwonu, kiedy będzie dzwonił? Stali oboje przy wielkim oknie wieży, z której widzieli ciągnący się aż po horyzont pas zabytkowych kamieniczek. -Nie.-odparł sucho chłopak. W połowie siedział na parapecie pod oknem. Jedną noga podpierał się przed upadkiem, a na drugiej oparł łokieć ręki, którą z kolei podtrzymywał brodę. Wpatrywał się w dal w ogóle nie zwracając na nią uwagi. -Czemu nagle się tak zamyśliłeś, co?- zapytała wścibsko, wlepiając w niego ciekawskie spojrzenie. -Nie za bardzo się interesujesz?- burknął, nie zaszczycając ją spojrzeniem. -Już myślałam, że zaczęliśmy się chociaż troszeczkę lepiej rozumieć.- odparła Sara, teraz całkiem poważnie. Chłopak wyczuł gorycz w jej głosie i nie odwracając głowy spojrzał na nią jednym, czarnym okiem. -Cóż.- westchnął pobłażliwie.-Nie trzeba było mnie przyprowadzać w miejsce budzące tyle wspomnień. –otrzepał niewidzialny pyłek ze spodni i wstał z parapetu. –Chodź, bo się strażnik na nas krzywo patrzy. -Jakich wspomnień?- zapytała Sara, widząc przed sobą jego plecy z szerokimi ramionami. -Nie twoja sprawa. Auć. Zabolało. -Skoro już zacząłeś o tym mówić, to może byś dokończył?- warknęła dziewczyna. -No dobrze, już dobrze. Więc tak: byłem już kiedyś....z kimś...zadowolona? A teraz chodź, obejrzymy zbrojownię. Sara ześlizgnęła się z parapetu. Kiedy to robiła poczuła jak w jej dłoń wbija się wielka drzazga. Syknęła z bólu i spojrzała na drewniany parapet. A tam, wśród kilkunastu innych, widniał wyżłopany napis, otoczony wielkim sercem: „Agnieszka i Daniel”

Sara była osobą dorosłą emocjonalnie. A przynajmniej sama się za taką postrzegała. Nie wybuchała gniewem, nie unosiła się. Ogólnie rzecz biorąc emocje nie miały żadnego wpływu na jej zachowanie. Kiedy coś ją gnębiło zamykała się w sobie i nie dzieliła się z nikim swoimi problemami. Wtedy też, za wszelką cenę starała się, aby jej nastrój nie odbił się na jej twarzy. Starała się. Jednak w większości przypadków jej to nie wychodziło. -Możesz mi wytłumaczyć co mają znaczyć te ciągłe fuknięcia?- zapytał ją Daniel kiedy zmierzali w stronę komnat zamkowych. Sara, prychnęła po raz kolejny i skrzywiła się okropnie. -Nie trzeba było mnie przyprowadzać w miejsce budzące tyle wspomnień. – zaśmiała się szyderczo i wlepiła wzrok w niebo. Chłopak spojrzał na nią, najpierw ze zdziwieniem, a potem, jakby nagle coś zrozumiał, w jego wzroku ukazała się lekka pogarda. -Mimo wszystko straszne z ciebie dziecko.- mruknął nagle, a jego słowa niczym wyładowanie elektryczne, przeszyły brutalnie powietrze. -C..co?- wykrztusiła obrażona. –Wypraszam sobie! A ty myślisz, że taki dorosły jesteś, co?! Daniel obdarzył ją kolejnym wyniosłym spojrzeniem, ale nie odpowiedział. Sara także zamilkła, gdyż zdała sobie sprawę, że Daniel miał rację. Znowu. Znowu zachowywała się jak wielkie dziecko. Dlaczego? Dlatego, że zobaczyła ten napis? A teraz fukała na cały świat, żeby dać wyraz swojej zazdrości? W ogóle jaką podstawię miała ta jej wielka zazdrość? Nie podobało się jej, że Daniel kiedyś był z Agnieszką? Ba! Że był z Agnieszką i był z nią szczęśliwy? I, że...bardzo bardzo ją kochał? O to właśnie była zazdrosna! To po prostu absurd! Ale cóż. Właśnie tak wyglądała prawda. Może i była nielogiczna i absurdalna, ale taka była. Okrutna, bo to znaczyło by, że Daniel ma dobitną rację. Że ona, Sara, jest niedojrzała. A nikt nie chce słyszeć, że jest niedojrzały. To uwłacza jego wewnętrznemu przekonaniu o własnej wszechmocy i idealności. Bo Sara lubiła mówić o sobie, że jest nad wyraz dojrzała nad swój wiek. Że rozumie o wiele więcej niż niektórzy dorośli. Ale mimo to wciąż nie potrafiła zapanować nad swoimi najgorszymi, dziecinnymi zachowaniami. Za których przykład może posłużyć właśnie ta głupia zazdrość. Właściwie to nie miała ona jakichkolwiek podstaw do tego, żeby być zazdrosną o Daniela. Znała go tylko kilka dni i to z tej wierzchniej strony. A roszczenie sobie jakichkolwiek praw do jego osoby byłoby rzeczą nadzwyczaj nieprawidłową. Z Danielem nie powinno ją nic łączyć. Fakt, dopuszczalne w tym przypadku było zwykłe partnerstwo, na potrzeby ich wspólnej misji. Ale w grę nie wchodziło tutaj jakiekolwiek uczucie. To mogłoby wszystko zepsuć. No dobrze, dopuszczała lekkie podobanie się. Bo Daniel się jej podobał. Nie należy doszukiwać się w tym niczego nienormalnego. Całkiem naturalne było to, że czuła lekki pociąg fizyczny do przystojnego młodzieńca. Który na dodatek mógł się pochwalić jakąś niecodzienną zdolnością. A tutaj bez wątpienia była to możliwość wyciągnięcia z dłoni miecza. Którym dodatkowo potrafił bardzo dobrze się posługiwać. I podobał się jej ( i tylko podobał) właśnie ze względu na to. A podobać się mógł jej każdy, a to nie zważało na ich stosunki. I nie będzie zważać. A kiedy tak to sobie wszystko wytłumaczyła od razu poczuła się lepiej.

Kamiennymi schodami wspinali się na piętro aby oglądać zamkowe komnaty. Sara już kilka razy była na Wawelu, jednak wciąż nie potrafiła się przyzwyczaić do tego, że ci śmieszni faceci, o których musiała się tyle uczyć na historii kiedyś naprawdę mieszkali na tym zamku. Pewnie, gdyby wciąż żyli ich popularność musiałaby być podobna do popularności niejednego polskiego aktora. Oczami wyobraźni ujrzała jak Władysław Łokietek rozdaje autografy rozhisteryzowanym nastolatkom na placu przed katedrą. „Może właśnie stoję w tym samym miejscu, w którym stał kiedyś jakiś król?”- pomyślała. Weszli do sali, na której ścianach wisiał ogromne arrasy ze scenami z Księgo Rodzaju. Naprzeciw wejścia znajdowało się wzniesienie, na którym stało niepozorne krzesło. -Sala Poselska.- powiedział Daniel. Były to pierwsze jego słowa od piętnastu minut. -Hm?- zdziwiła się Sara, przyglądając się arrasom. –Mówiłeś coś? -To jest Sala Poselska. Albo Pod Głowami.- nie widząc zrozumienia w oczach dziewczyny dodał – W twoim mniemaniu będzie to sala tronowa. -Faktycznie!- wykrzyknęła Sara. -Tam kiedyś stał tron.- Daniel wskazał na krzesło stojące na podwyższeniu. –Przyjmowano tu poselstwa zagraniczne. I odbywały się tu posiedzenia sejmów koronacyjnych i ważne narady państwowe. -Uau.- westchnęła Sara. –Wygląda na to, że nie będziemy potrzebowali przewodnika. -Bywałem tu już tyle razy, że mógłbym oprowadzać wycieczki z zawiązanymi oczami.- zaczął chłopak. Wbił ręce w kieszenie płaszcza i patrząc na arras za tronem kontynuował: -Czemu tak często tu przychodziłeś?- zapytała Sara, patrząc na jego profil. Sama nie wiedziała co chciała tym pytaniem zdziałać. Chyba chodziło jej o to, żeby to napięcie między nimi w końcu opadło. Ale jednocześnie zastanawiała się, czy pytając za wiele, nie nakłania go nieświadomie do niepotrzebnym zwierzeń. Bardzo prawdopodobne było to, że jego przeszłość w Krakowie jest w dużym stopniu związana z Agnieszką. A Sara nie chciała aby sprawiał sobie ból ciągłym wspominaniem ukochanej. -Mówiłem ci, że ciocia Madzia zajmowała się mną kiedy Jacek mnie tu przywoził, gdy ojc...rodzice nie mogli się mną zajmować.- zaczął Daniel. Sara zdziwiła się gdy usłyszała w jego głosie niepewność. –Byłem dość...żwawym dzieckiem i nie mogłem cały dzień wysiedzieć w barku. Więc ciocia brała mnie tutaj, żebym miał jakieś zajęcie. No i robiła to kilka razy w tygodniu. A kiedy spędza się tyle czasu w jednym miejscu, oglądając ciągle te same wystawy i słuchając ciągle tych samych opowiadań przewodników to...no wiesz...po pewnym czasie mogłem to wszystko wyrecytować z pamięci. Może to śmiesznie zabrzmi ale...Wawel był moim drugim domem. Znałem tu każdy kąt, każdego strażnika i każdy obraz na ścianie. Trochę mi do dzisiaj z tego zostało...- zamilkł gdy przeniósł spojrzenie z arrasu na Sarę. Dziewczyna w jego oczach dojrzała coś w rodzaju błogości. Wiedziała, że on sam nie wiedział, że na nią patrzy. Prawdopodobnie pamiętał, jak w przeszłości biegał po tym pokoju, chowając się po skrzyniach i siadając na fotelu. A teraz, oczami tego co kiedyś było, widział małego chłopca kroczącego po marmurze komnaty. Sara starała się sobie wyobrazić takiego małego Daniela – „żwawe dziecko”. Ale nie potrafiła. Teraz Daniel był taki poważny i dorosły, że wydawało się jej jakby nigdy nie był dzieckiem. Czy to przez to, że na jego oczach zamordowano jego ukochaną dziewczynę? Czy też może, dlatego, że w dzieciństwie rodzice nie mieli dla niego czasu? A może to wcale nie chodzi o to? „Praktycznie nic o tobie nie wiem. Co jeszcze przede mną ukrywasz?” pomyślała. Daniel, jakby wydawało mu się, że dużo powiedział, odwrócił się i poszedł oglądać arras przedstawiający Kaina i Abla. Sara podeszła do niego, licząc, że może powie jej jeszcze coś więcej. - Strażnicy znali mnie tak dobrze, że czasem patrzyli na mnie tylko kątem oka, kiedy wchodziłem.- powiedział. –Kiedyś nie zauważyli, że wniosłem loda. No i potem bawiłem się oblężenie zamku. Popatrz tu i domyśl się finału.- wskazał na element arrasu niedaleko brzegu. Widniała tam ciemna plama. -Potknąłeś się i zrobiłeś tą plamę?!- wykrzyknęła Sara z trwogą. -Dziwię się, że do dzisiaj tego nie sprali. -Brawo. Nie każdy może się pochwalić, że zrobił plamę na królewskich arrasach.- gwizdnęła Sara z podziwem.- Masz swój wkład w historię. Powinni tu powiesić karteczkę- „Daniel X dopieścił dzieło mistrza lodem czekoladowym w roku 199X”. -Daniel Gabriel. -Słucham? -Nazywam się Daniel Gabriel. -Daniel Gabriel...-powtórzyła Sara, jakby było to magiczne zaklęcie. Nagle wyciągnęła do niego rękę mówiąc z uśmiechem: -Sara Wierzbicka. Miło mi. Daniel przez chwilę wpatrywał się w jej dłoń, jakby było to zatrute jabłko. A potem ją uścisnął. Sara czuła, że mogłaby mu się tak przedstawiać do końca świata.

Każda minuta spędzona z Danielem pozwalała Sarze odkrywać chłopaka na nowo. Jego zainteresowanie Wawelem i historią Krakowa było tak wielkie, że aż zdradzało objawy niezdrowej fascynacji. Fakt iż Daniel miał jakiekolwiek zainteresowania sprawił, że wydał się jej on bardziej ludzki. W końcu, nomen omen, był on człowiekiem z krwi i kości, który przejawiał typowe człowiecze cechy. Jedynie to, że był tak tajemniczy i zamknięty w sobie mogło sprawiać wrażenie jakoby więcej miał w sobie z robota maszyny, niż istoty ludzkiej. W ciągu niespełna trzech godzin Sara dowiedziała się więcej o wzgórzu wawelskim niż w ciągu wszystkich wycieczek szkolnych w ramach których się tam udała. Daniel potrafił zamienić sztywny, podręcznikowy tekst historyczny na barwne i wciągające opowiadanie. Wtrącał śmieszne anegdoty i własne komentarze, a ton jego głosu niemal przenosił Sarę w dawne czasu królów, wojen i koronacji. Kiedy opisywał dzieła sztuki, ich historię i sposób wykonania Sara nie patrzyła na to o czym mówił, ale na jego twarz. W jego ciemnych oczach widziała młodzieńczą fascynację i podniecenie. W tych chwilach znikał gdzieś mróz jego spojrzenia. Zamiast niego źrenice pokrywała mu mgiełka rozmarzenia, a gdzieś za nią tliły się wesołe ogniki. Mimo, że ciałem stał na marmurowej posadzce, duszą znajdował się w czasach o których mówił. Kiedy rycerze walczyli o honor dam swoich serc, a na pierwszym miejscu stały: ojczyzna, odwaga i Bóg. -...a ten sztandar szwedzkiego król Karol Gustaw zdobyto w 1656 pod Rudnikiem. Jest to jeden z ciekawszych trofeów w tej sali. A tam...- -Nie myślałeś nigdy żeby zostać historykiem?- przerwała mu Sara. –Dam sobie rękę uciąć, że wiesz o wiele więcej niż niejeden przewodnik, który tu pracuje. Daniel wbił dłonie w kieszenie płaszcza i wlepił wzrok w tarcze wiszącą na ścianie. Jego twarz nie ukazywała negatywnych emocji. Usta nie wykrzywiły się w uśmiechu, chociaż w jego oczach widać było, że wyraźnie miał na to ochotę. A byłby to uśmiech ironiczny, ociekający trującym jadem. -Każdemu przydzielą zadanie odpowiednie dla niego. Nie mam czasu bawić się w takie głupoty. To nie dla mnie.- powiedział, odwracając głowę w jej stronę. Sara znała ludzkie charaktery. Czasami bawiła się w odkrywanie prawdziwych intencji znajomych osób. Myślała wtedy nad tym dlaczego postąpili tak jak postąpili. Co chcieli przez to osiągnąć, lub jaką ukrytą wiadomość przekazać. Nigdy nie mogła być pewna swoich wniosków w tych sprawach. Jednak często miała rację. W tamtym momencie, w tamtym miejscu nie zobaczyła w oczach Daniela niczego zastanawiającego. Jednak nie wiadomo czy sprawiło to małe wahanie w jego głosie, czy może jego postawa, ukazująca udręczenie i samotność...ale była całkowicie pewna, że tak nie myślał. A teraz łgał jak pies. -Mnie stać na coś więcej. Mam siłę...władzę. Kiedyś będę miał jeszcze więcej. Sto razy więcej niż jakiś marny historyk. Taaak... Lubując się własnymi słowami uśmiechnął się lekko i złowieszczo. -Nie wiem kto ci takich bzdur naopowiadał.- wtrąciła Sara. –Ale musiał być kompletnym kretynem.- rzuciła mu przy tym spojrzenie pełne tak wielkiej pogardy, że chłopak aż otworzył usta ze zdziwienia. -Dziecko z ciebie straszne.- odparł po chwili, już drugi raz tego samego dnia. -Kiedy przedtem tak powiedziałeś przyznałam ci rację. Niestety teraz się nie zgodzę. Nie wiedzieli nawet kiedy ruszyli z miejsca i powoli, niesieni latającym dywanem konwersacji, zaczęli schodzić ze schodów, podążając ku wyjściu. -Kiedy to właśnie osoby dojrzałe powinny się kierować takim systemem wartości.- zaczął z pasją Daniel. –Rozejrzyj się dookoła. Ziemią kręci pieniądz w tej czy innej walucie. I tylko ludzie którzy są na tyle bystrzy by wybić się z tłumu i rozporządzać władzą mają nad nim kontrolę. -Mylisz się!- wykrzyknęła poruszona Sara. –Światem nie rządzą pojedyncze jednostki, ale wspólnota wszystkich jego mieszkańców. A tych jest o wiele więcej niż jakiś tam Wielkich Władców Siły i Pieniądza. Wierz mi, że nie wszyscy z nich kierują się takim materializmem. -I właśnie oni są słabi. A przez tą swoją słabość i przywiązanie do nierealnych wartości nie potrafią nic osiągnąć. -Nierealnych wartości?- oburzenie dziewczyny osiągnęło stan zagrożenia. –Na miłość boską, gdzie podział się ten chłopak, który z takim zapałem opowiadał mi o historii Wawelu? Daniel, posłuchaj tylko co ty wygadujesz! Czy dla ciebie naprawdę liczy się tylko pieniądz i władza? -A co ma się innego liczyć? Honor i odwaga to mity średniowiecza. Dziś musisz liczyć na swoje wpływy i kontakty, a nie odwagę. -Kiedy...kiedy ty jesteś odważny. Sama widziałam. Tchórzostwem tego nie nazwiesz.- wyjąkała Sara, czując, że jej cierpliwość się kończy. Czuła wielki zawód. Myślała, że jest inny... -Robię to, czego wymaga ode mnie mój zawód. To nie jest odwaga tylko instynkt. Mam to wrodzone, tak samo jak miecz w mojej prawej ręce. -Nie mogę uwierzyć, że to mówisz. Nie podejrzewałam, że okażesz się taki...taki... -Jaki? Zaradny? Odpowiedzialny? Ambitny? -Nie.- ucięła Sara lekko sycząc. - Żałosny. -Cóż.- westchnął Daniel, widząc, że swoimi słowami jej nie przekonał. Wyszli z zamku i znaleźli się na dziedzińcu. –Jak chcesz. Kieruj się swoimi szlachetnymi zasadami przy kończeniu szkoły, pisaniu doktoratu i znalezieniu pracy. Jestem pewien, że wszyscy wzruszą się twoją mową o wyższości odwagi nad władzą. -Żal mi cię.- powiedziała Sara patrząc na niego z odrazą. –Nie wierzę, że sam doszedłeś do takich nieludzkich wniosków. -A jednak. -Mimo wszystko.- ciągnęła nadal dziewczyna. –Będziesz musiał niestety przeboleć to, że nigdy nie przyznam ci racji... -Wybacz, że nie płaczę z rozpaczy. -...ale dla mnie zawsze najważniejsza będzie nadzieja, przyjaźń, odwaga... -Co ty nie powiesz...coś jeszcze? O jakiej swojej wielkiej mądrości zapomniałaś? -Cóż...-warknęła Sara podstępnie. Specjalnie czekała na ten moment. Spojrzała mu głęboko w oczy. –„A największą z nich jest miłość”.- zakończyła dobitnie, a jej głos ociekał zabójczym jadem. –Ale cóż ty możesz wiedzieć o miłości! W końcu jej nie kupisz za żadne pieniądze. Po za tym na co ona by ci się przydała? Żadnej władzy nie da, siły i potęgi też nie... Aha! Z satysfakcją zauważyła jak mięsień na skroni Daniela drgnął. Na jego twarzy nie zauważyła żadnej zmiany. Tylko pulsowanie jego skroni zdradzało, że jej słowa wzbudziły w nim jakieś emocje. Chciała mu w tej chwili wysyczeć, takim samym wężowym głosem: „Wiem o Agnieszce. Wiem, że ją kochałeś i, że nie żyje. Ale wiesz co? Wcale mi nie jest smutno z tego powodu. Bo okazałeś się pustym idiotą zapatrzonym z pieniądz jak w bóstwo.” Daniel umknął wzrokiem w bok. A ona, jak na złość, wlepiała w niego wściekłe spojrzenie. -A widzisz...- powiedziała. Słowa te zabrzmiały tak dobitnie, że w duchu sama się za nie skarciła. Wiedziała, że kierują nią emocje. Trzęsła się z wściekłości, a myślała w tej chwili tylko o tym, żeby zadać Danielowi jak największy ból. Osobiście wymierzała mu karę za jego karygodne przekonania. Nie potrafiła przestać. Ta zła część jej osobowości skoncentrowała się teraz tylko na tym żeby skrzywdzić. A ta prawdziwa, dobra, była za bardzo zduszona by mogła się odezwać. -Czyli jednak pod tym pokładem grubiaństwa i... „władzy” jak ty to określasz kryje się jakaś ludzka cząstka, która tęskni za takimi nic nie znaczącymi we współczesnym świecie wartościami, co? Czyżby w głębi serca nasz pan „Siła i Potęga” czuł się samotny i opuszczony? Jakie to przykre... „Dobry Boże!”- odezwał się przerażony głosić w jej głowie. „Saro co ty mówisz?! Zachowujesz się jak czarny charakter z jakiejś podrzędnej kreskówki! Zamilcz natychmiast!” Ale było już za późno. Bo jej słowa, niczym zatrute strzały, dosięgły już uszu Daniela. I wywołały adekwatną reakcję. Jeśli Sarze wydawało się, że gdy poprzedniego dnia,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%