Fantastyka · 7 min czytania
W przedsionku do wieczności cz. 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Siedziałam na dachu garażu przed jednym z wielkich szarych, nieciekawych bloków. Zaczęło mnie już nudzić czekanie na Sebastiana, który jak zawsze musiał się spóźnić. Zaczęłam więc wsłuchiwać się w myśli istot znajdujących się wokół mnie. Jak zawsze najbardziej zafascynowały mnie procesy myślowe zachodzące w głowach ptaków, wybrałam jednego z gołębi siedzących nieopodal. Był tak bardzo zaaferowany zbieraniem okruchów z ziemi, że nawet nie dostrzegł jadącego w jego stronę samochodu. Dosłownie ułamek sekundy przed potencjalnym zderzeniem coś, zapewne instynkt, albo może raczej jakaś intuicja, kazało mu wzbić się do lotu. Chciałam spojrzeć na miejsce, w którym akurat siedziałam jego oczyma, ale przyszedł mój towarzysz i wyrwał mnie z zamyślenia. -Wybacz mi spóźnienie, ale... -Nie tłumacz się. -No ale przecież... -Zdziwiłbyś mnie gdybyś był na czas, do twojej niepunktualności zdążyłam się już przyzwyczaić. -Ok, niech ci będzie...- spojrzał na budynek stojący przed nami i wskazał palcem pierwsze okno po prawej na siódmym piętrze- Że niby tam mieszka? -Tak. -Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? -Chyba tak... -OK, to mi wystarczy – powiedział i zdematerializował się pozostawiając po sobie tylko szary dym... Sebastian uwielbiał efektowne zniknięcia. W tym momencie chyba powinnam przyznać się do tego, że ani ja, ani mój przyjaciel nie jesteśmy ludźmi. Szczerze powiedziawszy to sami nie wiemy czym, ani kim jesteśmy... Egzystujemy sobie na Ziemi i staramy się tu spędzić czas, który został nam dany w możliwie jak najprzyjemniejszy sposób. Chociaż w sumie nie wiemy nawet jak długo tu będziemy, Sebastian podejrzewa, że jesteśmy nieśmiertelni. W każdym bądź razie nie jesteśmy ani ludźmi, ani duchami... Raczej czymś pomiędzy. To czy ludzie nas widzą czy nie zależy od naszego humoru. Odkąd pamiętam nigdy nie ukazałam się żadnemu człowiekowi, wolałam pozostawać niewidzialna dla ich oczu, w ten sposób łatwiej mi było ich obserwować. No i czasami straszyć gdy mi się nudziło. Sebastian uwielbiał ukazywać się śmiertelnym, a w szczególności pięknym, młodym dziewczynom. Przybierał wtedy różne postaci, w zależności od sytuacji i gustu jego potencjalnej „ofiary”. Dlaczego nazywam te dziewczyny ofiarami? Bo Sebastian bawił się nimi krótszą lub dłuższą chwilę, a potem porzucał je kiedy tylko znalazł sobie jakiś nowy obiekt zainteresowania. Mniejsza z tym... Zbyt długo można by o tym mówić. Wracając do tematu- nie wiemy kim jesteśmy, jak długo będziemy żyć, ani jak znaleźliśmy się w tej formie na Ziemi. Nie pamiętam swojego dzieciństwa, ani tego co robiłam zanim spotkałam na swojej drodze Sebastiana. On mówi, że to było ponad trzysta lat temu. Nie potrafię właściwie oceniać czasu; dni, lata, dekady i wieki zlewają mi się w jedną chwilę. Gdyby nie mój towarzysz pewnie nadal bym myślała, że mamy rok 1896... On mówi, że jesteśmy jedynymi istotami tego typu na tym świecie. Wierzę mu, w końcu jest tu ode mnie o wiele dłużej. Powiedział mi, że tułał się samotnie po świecie ponad tysiąc lat, a potem spotkał mnie. Mówił, że byłam zagubiona i jakby odurzona, musiał kilka dni czekać aż dojdę do siebie. Nie wiem jak długo panoszyłam się po kontynencie, Sebastian też nie wie... Jak można łatwo zauważyć niewiele wiem o sobie. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę to,