Inne · 12 min czytania
W przestrzeni... Gorączka.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W przestrzeni... Gorączka.
W przestrzeni, co oczywiste pojęcie temperatury nie istnieje. Są jednak chwile, gdy błąkająca się po jej bezkresach myśl zachowuje się tak, jakby coś podgrzewało ją do temperatury wrzenia. A wtedy... Leżał w łóżku. Zamknął oczy, ponieważ nie mógł już znieść tego potwornego blasku. A przecież to tylko nowy dzień prostuje kości po chłodnej, marcowej nocy. Cóż, gdy Marcin Amor jest chory i nie może, choćby chciał, czerpać radości z nadziei, jaką niesie ze sobą ten złoty potok słońca... Cholera! Trzeba by wstać i zasłonić okno, może wtedy udałoby mu się wreszcie zasnąć. Chyba powinno mu się chcieć spać. W końcu przez całą noc nie zmrużył oka ani na chwilę. Przynajmniej tak mu się wydawało. Minioną noc wspominał jako jedną, długą, drgającą od gorąca chwilę, wypełnioną wspomnieniami, dziwnymi, pełnymi kolorów wizjami... Na przykład Karolina. To znaczy ta młoda, miła dziewczyna, która od dwóch miesięcy jest na stażu w ich urzędzie. Myślał o tym (a może mu się to śniło), że zaprasza ją do kina, że się zaczynają spotykać, że wyznaje miłość... Dziwne jest też to, że nie było w tej wizji nic seksualnego, a przecież do tej pory myślał o niej głównie w takim kontekście. Ile mam lat? – pyta sam siebie odwracając głowę od okna – 35. Ona ma 22. Chyba niezbyt rażąca różnica wieku? Zresztą, od kiedy to interesuje go opinia innych ludzi. Gdyby to ich opinia decydowało o nim, już dawno byłby żonaty. „Ożeń się, znajdź sobie dziewczynę, ustatkuj się wreszcie, załóż rodzinę”... Wiele kosztowało go wytrwanie przy podjętym w młodości postanowieniu, że ożeni się z kobietą, co do której, nie będzie miał wątpliwości, że ja kocha. A z tym zakochiwaniem się jakoś dotychczas różnie bywało. Jak to ujął lekarz? – Grypa. Musi pan to zwyczajnie wyleżeć, panie Marcinie. Duża ilość płynów, najlepiej soków owocowych i ciepła kołderka. To trzeba wypocić i odcierpieć, innego wyjścia nie ma. Wie pan, jak z małżeństwem. Nie wiem – odpowiedział Marcin – Nie jestem żonaty. - No tak – mruknął lekko zbity z tropu lekarz – Oto pańska recepta. Marcina jakoś nigdy nie bawiły dowcipy na temat żon, teściowych. Nie rozumiał jak dojrzały człowiek może świadomie podjąć decyzję o małżeństwie, a potem nieustannie narzekać, jakimż to nieszczęściem ono jest. - Panie Marcinie – powiedziała mu kiedyś pni Teresa, u której robił regularnie od kilku lat zakupy spożywcze – Powinien się pan ożenić w końcu. Jeszcze trochę, a zostanie pan starym kawalerem. Marcin Amor już wtedy nie czuł się najlepiej i może właśnie dlatego odpowiedział. - No chyba nie z panią, pani Tereso. Na szczęście pani Teresa nie dostrzegła właściwego znaczenia tych słów. - No tak – zarechotała – Ja już mam swojego chłopa. Nie, to nie to. Po prostu jest pan obrzydliwa. Obrzydliwie gruba, obrzydliwie stara, śmierdzi pani z ust i obrzydliwy jest pani śmiech, pani Tereso!” – na szczęście zdanie to wypowiedział tylko w swojej głowie. Co innego Karolina... Jedyne przeszkody, by się z nią ewentualnie związać leżą w nim samym. Tak... To była dziwna noc.
*** Miała na imię... Marta. To imię urzekło go najpierw. Bardzo mu się podobało brzmienie tego imienia. Marta. Marta była... Śliczna? Właśnie chyba tak jedynie mógłby ją opisać. Nic innego, równie dobrze do niej pasującego nie przychodziło mu do głowy. Wtedy nie przyznawał się do tego bardzo długo, a być może dopiero teraz, po tych wszystkich latach, był w stanie przyznać, że ją kochał. Od pierwszej klasy szkoły średniej jej smukła sylwetka, kasztanowe włosy, zieleń oczu, czysta jak wiosenny promień słońca i jej dziwny, leśny zapach prześladowały go przez wszystkie lata nauki w szkole średniej. Czasem siedział za nią, czasem z nią w ławce, czasem z nią rozmawiał, czasem dotykał jej dłoni, włosów... Raz ją pocałował, ale nigdy nie zdołał jej powiedzieć całej prawdy. Powiedzieć jej, że... To chyba była jesień. Pamięta, że było szaro i wilgotno. Lekcja matematyki ciągnęła się w nieskończoność. Astmatyczny głos matematyczki usypiał swym monotonnym brzmieniem. Znudzony do granic wytrzymałości, oślepiony kasztanowym blaskiem jej włosów odkładał na ostatniej stronie zeszytu od matematyki słowa wiersza. To nawet nie była poezja... To był jedyny sposób na urzeczywistnienie niezwykłego stanu ducha.
Chciałbym wiedzieć jak to jest Gdy świat nie zna twego głosu Chciałbym zabić każdy ziemi cal Który mierzysz swoim wzrokiem Chciałbym tulić bursztyn włosów twych Pod niezwykłym okiem snów I zatopić w mocy czaru twego...
- Ha! Poeta, co?! – Twarz matematyczki poczerwieniała triumfująco, zafalowała i wysyczała bezlitośnie cały tekst niedokończonego jeszcze wiersza – No proszę, nawet nie przypuszczałam, że taki talent nam się tutaj marnuje. Gdybym wiedziała, to bym nie zanudzała nowego Mickiewicza matematyką. A tu proszę... Przecież to chyba wyznanie miłosne. Czyżby wybranka naszego przyszłego wieszcza była pośród nas. Jest? Spojrzała na Marcina, ale ten odparł jej spojrzenie spokojnie i chłodno, co najwyraźniej jeszcze bardziej rozwścieczyło matematyczkę – No, która jest tą szczęściarą? - To pewnie Marta – wyrwała się piegowata Monika, której zawsze wydawało się, że jest bardzo dowcipna. - Ach tak, Marta! – Zakrzyknęła radośnie matematyczka – Nic dziwnego, przecież to taka urocza dziewczyna. Urocza para z nich będzie. On poeta, który z trudem dodaje dwa do dwóch i ona, królowa mnożenia...”. Okropność To były naprawdę potworne chwile, a śmierć w tym momencie wydawała mu się najwspanialszą z łask. Dwie godziny później na zajęciach W-Fu trenowali serwis siatkarski. Zadziwiające, że aż dwa razy przypadkiem trafił w Monikę. Za drugim razem trafił ją w nos. Dziewczyna zalała się krwią. Boże, ale się go bała. Nienawidziła go, ale jednocześnie bała się... Zresztą sam się wtedy siebie