Filozofia · 21 min czytania
W roli króla
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Król podniósł wzrok znad białej, grubej karty, na której widniały tylko dwie linie tłustego i niedbałego pisma. Spojrzał za okno swojej komnaty i ujrzał rozległe, pokrywające się wieloma barwami pola, łąki, lasy i drogi. Nie było jednak tam ani jednej żywej duszy. Oto jego królestwo. Widok zdawał się królowi być jedynie obrazem, który stworzyło pióro jakiegoś utalentowanego malarza, malarza, który choć doskonały w swoim kunszcie, produkuje jedynie pozory. - Czy to prawda? – zapytał wciąż przyglądając się sennemu krajobrazowi. - Tak donosi dowódca twoich wojsk, mój panie – odparł sługa, który stał kilka kroków za plecami swojego króla. Kiedy odpowiadał nie ważył się zmienić lekko pochylonej w przód pozycji ciała. Nie ośmielił się także podnieść spojrzenia, nawet na plecy swojego pana. Król milczał. Zdawał się zastygać w sztywnej, wyprostowanej pozie i upodabniać do posągu dawno zmarłego władcy. Jednak jego myśli pędziły, zderzały się w sprzeczności i rozpadały na pozbawione znaczenia wyrazy, a pojęcia zbyt ciasne by objąć sytuację ustępowały miejsca pojęciom bardziej ogólnym i przez to mniej konkretnym. - Jakie są twoje rozkazy, panie? – zapytał sługa, nie drgnąwszy nawet. Król wciąż milczał. Podniósł tylko dłoń w jedwabnej, purpurowej rękawicy i oparł ją o ścianę z grubego kamienia. Jego oczy nadal błądziły w bezkresie królestwa. - Panie, jakie są twoje rozkazy? – powtórzył głośniej sługa, pomyślawszy, że król nie usłyszał za pierwszym razem. Król odwrócił się i dzięki kilku długim krokom znalazł się u swojego tronu. Usiadł, położył dłonie na kolanach i dumnie wyprostował plecy. - Oto moje rozkazy: pójdziesz do kuchni i każesz przygotować dla mnie posiłek. Niech będzie on obfity i syty, ale nieciężki i nietłusty. Potem go przyniesiesz tutaj i postawisz na tym oto stole – król wyciągnął dłoń i wskazał palcem, na którym znajdował się gruby, złoty, silnie lśniący pierścień z godłem królestwa, na stojący z lewej strony tronu ciemny stół, przy którym stało jedno bogato zdobione krzesło i jeden, sprawiający wrażenie więziennego, stołek bez oparcia. – Później wydam ci kolejne polecenia. Aha! Ale nie przynoś mi posiłku. Moim rozkazem jest, aby dziś przyniósł go i położył na ten oto stół szef moich kucharzy. Kiedy posiłek będzie już na nim, wtedy przyjdziesz, a ja wydam ci kolejne rozkazy. - Tak, mój panie. Kiedy król został sam założył nogę na nogę i oparł głowę na dłoni. Wyglądał na zmęczonego. Na jego kolanach leżał list, który wprawił go w tak podły nastrój. Wstał, przeszedł się po komnacie tam i z powrotem, po czym znów usiadł, dumnie i prosto. Podarł list na drobne skrawki i zaczął je po kolei wkładać do ust, gryźć, przeżuwać i połykać. Kiedy przełknął ostatni kęs wiadomości od dowódcy swoich wojsk, zamknął oczy i zaczął zasypiać. Wtedy wszedł kucharz w białym fartuchu i białą chusta na głowie. Na tacy niósł dużą porcję czerwonego, krwistego mięsa, półmisek z owocami, dwie kromki pieczonego chleba, pusty złoty kielich i butelkę z winem. Idąc przystanął przed tronem króla, skłonił mu się głęboko, niemal strącając czołem butelkę i udał się do stołu. Postawił na nim tacę, zdjął z niej kielich i napełnił winem. Wrócił do tronu i powtórnie skłonił się głęboko. - Smacznego, mój panie. Czy masz jeszcze jakieś rozkazy dla mnie, swojego wiernego kucharza? - Tak, mam. Oto moje rozkazy dla mojego wiernego kucharza: wyjdziesz teraz z komnaty i zawołasz mojego sługę, bowiem może już wejść. A teraz precz! Kucharz skłonił się jeszcze głębiej i lekko a szybko stawiając kroki wyszedł z komnaty. Po chwili zjawił się w niej sługa. Guziki jego surduta były niedopięte, włosy rozczochrane, a sznurowadła prawego buta niezawiązane. Skłonił się przed królem i zapytał: - Jakie są rozkazy dla twojego sługi, mój panie? - Oto one: pójdziesz i sprowadzisz tutaj dowódcę moich wojsk, który dziś przysłał mi przez ciebie wiadomość. Sprowadzisz go i wraz z nim staniesz przede mną, gdyż będę miał dla was obu rozkazy. - Tak, mój panie – odparł sługa i wybiegł z komnaty zapinając guziki surduta. Król zaś trwał na swoim tronie i pogrążył się w myślach. Słońce miało się już ku zachodowi. Spoglądał na stygnący posiłek, jednak nie miał nań ochoty. Zaczęły doskwierać mu mdłości po zjedzeniu przerażającej wiadomości, zatkał więc usta dłonią ozdobioną ze złotym pierścieniem królewskim i czekał. Nagle drzwi wejściowe do komnaty otworzyły się i wszedł dowódca wojsk w pełnym rynsztunku bojowym. Miał na sobie srebrną zbroję okrytą ciemnozieloną peleryną, u pasa wisiał przypięty doń długi miecz w brązowej, pokrytej skórą pochwie. Na głowie miał hełm z obfitym, czarnym pióropuszem. Prześwitywały spod niego tylko skrzące się oczy. Podszedł szybko do tronu, ukląkł na oba kolana i rzekł: - Oto jestem, mój panie. Król wstał podszedł do niego na odległość wyciągnięcia ręki i zapytał: - Czy to prawda, co napisałeś do mnie dziś w liście? – nie spojrzał przy tym na dowódcę, a dłonie skrzyżował na piersi. Chciał wyglądać groźnie, aby swoim majestatem stłamsić bezczelność i lekkomyślność dowódcy. - Tak, mój panie. Istotnie, wróg zbiera się u granic twojego królestwa. Legiony nieprzyjaciół koczują tam pod pełną bronią. Z pewnością szykują się, by najechać twoje królestwo. - Czy to prawda, co powiedziałeś teraz do mnie? – zapytał znów król. - Tak, mój panie. Musisz szykować królestwo do obrony lub zaatakować pierwszy i rozbić nieprzyjaciela w perzynę. - Jak śmiesz zasmucać swojego króla tak podłą wieścią? – mówił spokojnie król, teraz już zwróciwszy spojrzenie w oczy dowódcy. – Jak śmiesz przyprawiać swojego króla o mdłości, kiedy jego królestwo zdaje się rozkwitać tyloma barwami? Czy żołądek twojego króla nie jest twoim żołądkiem, dowódco moich wojsk? - Tak, panie. Twój żołądek jest nawet mi droższy niż mój własny. Jednak cóż po mi jednym i drugim, kiedy oba będą cierpieć pustkę i głód w niewoli u nieprzyjaciela? - Ty zły dowódco! – wybuchł król. – W każdej sytuacji, nawet tak nieprawdziwej i śmierdzącej obłudą jak ta, jesteś czelny myśleć tylko o sobie. Nie wyjdziesz dziś z mojej komnaty, dopóki nie podejmę decyzji i nie wydam ci rozkazów. Ale najpierw zapytam po raz trzeci: czy u moich granic zbiera się nieprzyjaciel, aby najechać moje królestwo? - Wszystko na to wskazuje, mój panie. - Czyli nie jesteś pewien? - Jestem pewien, że urósł w znaczną siłę u twoich bram, mój panie. Jeżeli będzie nadal rósł w końcu rozrośnie się tak bardzo, że nie starczy mu własnej ziemi i będzie musiał najechać twoje królestwo, mój panie. - Czy jesteś pewien, że nieprzyjaciel wciąż rośnie w siłę? - Nie, mój panie. - Zatem, skoro nie jesteś pewien, czy nadal rośnie, nie jesteś też pewien, że będzie rósł, nie wiesz więc, czy będzie musiał najechać moje ziemie, czy nie. Nie masz o tym nawet marnego pojęcia, dowódco moich wojsk. A skoro tak, to zrobię z tymi wieściami to, na co zasługują, przełknę je ot tak, gdyż nie będę budował swojej potęgi na niewiedzy i domysłach głupiego dowódcy moich wojsk. - Mój panie, wróg zbiera się u granic. Czyż nie jest to doskonała okazja by okazać swoją potęgę i wyrżnąć go w pień? Czyż nie jesteś najpotężniejszym z władców tego świata? Twoja potęga domaga się tego, by zginął każdy, w stosunku do kogo istnieje choć cień prawdopodobieństwa, że może zagrozić twej chwale. Król wysłuchał tych słów i usiadł na tronie. Jego oczy rozbłysły pychą. - Tak – rzekł donośnie. – Każdy, kto może mi zagrozić mojemu panowaniu, może też zagrozić mojemu życiu, gdyż w przeciwieństwie do tych barbarzyńców, którzy koczują u moich granic ja mam serce, które czuje, którego bicie podtrzymuje to królestwo. Ale jest ono wrażliwe i delikatne i nie zniesie nikogo, kto mu zagraża. Dowódca wojsk schylił się tak, że czołem uderzył o dywan pod stopami króla. Odgłos brzdęku żelaza wypełnił komnatę. - A teraz – podjął ponownie król – wydam ci rozkazy. Pójdziesz i zwołasz całą moją armię pod mój zamek. Ale gdzie jest mój sługa? Miał przecież wrócić wraz z tobą. Dowódca wojsk wstał i zrobił trzy kroki w tył. Zdjął hełm i skłonił się głęboko. - Oto jestem, mój panie – powiedział cicho. Nie ośmielił się podnieść oczu na króla. Włosy jego były rozwichrzone jak wtedy, gdy wszedł do komnaty po odejściu kucharza. - Tyś jest moim sługą?! - Oto jestem, mój panie. - Podły nikczemniku, dlaczego przebrałeś się za dowódcę moich wojsk i śmiałeś stawać przede mną jako on? Gdzie jest dowódca moich wojsk? Sługa założył hełm na bujną czuprynę, zrobił trzy kroki w przód i ukląkł na oba kolana. - Oto jestem, mój panie. Wszak przedwczoraj mianowałeś sługę swojego dowódcą swoich wojsk. - Dlaczego więc kazałem posłać po dowódcę swoich wojsk, skoro tyś nim jest? - Tego nie wiem. Taki był twój rozkaz, mój panie. - Tak – król zasępił się. – Zdejmij więc hełm, ale pozostań w zbroi. Wtedy będę mógł mówić do ciebie zarazem jako do sługi i do dowódcy moich wojsk. - Tak, mój panie – sługa wykonał polecenie i podniósł jedno kolano. I tak w pozycji pośredniej pomiędzy pozycją dowódcy a pozycją sługi trwał przed królem. Zmrok całkiem już zapadł, więc król kazał zapalić świece. Kiedy sługa-dowódca to zrobił, król zasiadł do stołu i zaczął jeść zimny już posiłek. - Jedzenie jest zimne! – krzyknął wypluwając pierwszy kęs czerwonego mięsa. – Zawołaj mi tutaj szefa moich kucharzy. Sługa wysłuchał polecenia króla i zaczął zdejmować zbroję. - Co wyprawiasz, nikczemniku? Kazałem ci iść po kucharza. Idźże więc i nie błaznuj, kiedy wróg stoi u moich granic! - Oto jestem, mój panie – powiedział sługa. Zdjął już całkowicie zbroję, spod której wyłonił się biały fartuch kucharski. Brakowało mu tylko chusty na głowie. - Co to ma znaczyć?! – wrzasnął król i energicznie stał od stołu. - Oto kucharz twój stoi przed tobą, mój panie. - Tyś jest moim kucharzem? - Zgodnie z twoim rozkazem, mój panie – odparł kucharz i pochylił się w pas. - Tak – odparł król. – Istotnie, mianował cię szefem moich kucharzy. Skoro więc nim jesteś, pytam cię: dlaczego to, co mi przyniosłeś do jedzenia, jest zimne? - Ponieważ już wystygło, mój panie. Król przeszył sługę-dowódcę w