Przygoda · 7 min czytania
W słomianym kapeluszu [1]
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
1.
1894 r.
Na czerwonej oprawie zniszczonej księgi widniały drobinki kurzu. Stare, zżółkłe karty pachniały przeszłością, a wytarty gdzieniegdzie druk stanowił doskonałe świadectwo ich wieku. Na okładce był widoczny pozłacany tytuł: Kroniki rodu Hamiltonów. Wpatrywałam się w niego przez chwilę, po czym głośno wciągnęłam powietrze przez zęby i z szacunkiem odłożyłam pamiątkę na miejsce. Chwyciłam ospale ścierkę spoczywającą na brzegu dużego okrągłego stołu, stojącego pośrodku salonu, i ponownie zabrałam się za wyznaczoną mi pracę.
Pot ściekał wąskimi strużkami, przyklejając ciemne kosmyki moich włosów do czoła. W pomieszczeniu panowała niewyobrażalna duchota. Mimo że pani Hamilton niemalże codziennie wydawała pieniądze na jakieś drogocenne przedmioty, twierdziła, iż nie stać jej na wymianę okien w domu, a więc kategorycznie zabraniała używania okiennic w celach wentylacji. Dusiłam się i kasłałam, jednak moja pracodawczyni była skąpa, chociaż nieustannie próbowała przykryć tę wadę swoimi wydumanymi zaletami; udawała moją "starszą przyjaciółkę", jednocześnie kopiąc pode mną dołki. — Emilio, dziecko, przyjdź tutaj! — Jej słowiczy głosik przyprawił mnie o dreszcze. Zwiastował on zwykle jakąś nieprzyjemną informację, toteż spięłam wszystkie mięśnie, niezgrabnie obciągnęłam z lekka zniszczoną sukienkę roboczą i ściskając mocno w dłoni wilgotną ściereczkę, udałam się do jej pokoju.
Zanim przeszłam przez próg, zatrzymałam się na moment i odetchnęłam świeżym powietrzem, które akurat napływało do środka przez otwarte na oścież skrzydła prowadzące na taras. Później spojrzałam pewnie przed siebie, a następnie, już całkiem nieśmiało, spuściłam głowę. Zrobiłam krok naprzód, potem kolejny i następny... Napotykając jej wzrok, delikatnie dygnęłam. — Emilio, myślałam, że się ciebie nie doczekam — skarciła mnie na powitanie pani Hamilton, wbijając we mnie swoje nienawistne spojrzenie. Przyprószone siwizną, lecz niegdyś ciemne niczym węgiel włosy, upięte były w eleganckiego koka na czubku głowy. Siedziała w swoim ulubionym, głębokim fotelu z najszlachetniejszej skóry i szyła jakieś maleńkie ubranko. Nie śmiałam na nią spojrzeć; w przeciwnym wypadku mogłaby pomyśleć o mnie jak o niewychowanej, złej dziewusze. — Przepraszam — odpowiedziałam cichutko. — Właśnie sprzątałam w salonie. Molly Hamilton zaśmiała się szyderczo pod swoim wygiętym w łuk nosem. — Gdy ktoś starszy cię woła, powinnaś jak najszybciej przybyć, nie nauczono cię tego, dziewczyno? — Na chwilę przerwała swoją robótkę i popatrzyła na mnie z uniesionymi brwiami. — Nieważne, jeszcze wrócimy do tej rozmowy. — Zaciągnęła się powietrzem (o dziwo, w jej pokoju okno było otwarte), po czym wróciła do szydełkowania i kontynuowała: — Zawołałam cię z innego powodu. Jak zapewne wiesz, mam córkę Jane, nieco starszą od ciebie. Niebawem przyjedzie tutaj mieszkać — zmierzyła mnie wzrokiem — i niestety będę zmuszona obniżyć ci wynagrodzenie. Ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Miałam wrażenie, że tracę grunt pod nogami. Utkwiłam w niej przerażone spojrzenie, całkiem nie przejmując się tym, iż może źle o mnie pomyśleć. — Ale... co to ma wspólnego ze mną? — Ależ bardzo wiele, moja panno. Nie chcę wtajemniczać cię w moje rodzinne…