Przygoda · 14 min czytania
W słomianym kapeluszu [2]
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
2.
Trzy lata wcześniej
Brązowe trzewiki cicho skrzypiały, kiedy stawiałam kroki. Deszcz padał bezustannie już od kilku dni. Nie było to jednak zwyczajne zjawisko pogodowe. Kropelki wody bezczelnie moczyły mnie całą, spadając z prędkością przekraczającą normę, przez co dostałam kataru. Gdzieś w środku, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że w końcu ktoś na tym ucierpi.
I tak też się stało.
W pewien pochmurny czwartek wracałam do domu, prawie biegnąc i tylko marząc o tym, aby jak najprędzej znaleźć się w suchej, ciepłej sypialni. Gdy tylko doszłam do drzwi wejściowych, mocno przycisnęłam guzik umieszczony w granitowej ścianie. Dźwięk dzwonka rozległ się zapewne w całej posiadłości, bowiem na zewnątrz także było go słychać. Nie minęła minuta, a w progu zjawiła się Doria, przyodziana w biały fartuch. Kobieta pracowała u nas jako służąca od dłuższego czasu. Miała pięćdziesiąt trzy lata, głowę na karku i pogodne nastawienie do życia. Zawsze ją podziwiałam, ponieważ jeszcze całkiem niedawno opłakiwała swojego zmarłego syna, niemalże codziennie przesiadując na pobliskim cmentarzu. Przywitała mnie szerokim uśmiechem i tymi słowami: — Emilio, twoja matka kazała przekazać, żebyś odwiedziła ją w pokoju gościnnym, gdy tylko wrócisz ze szkoły. — Dziękuję ci, Dorio. Podałam kobiecie beżowy kapelusz, zdjęłam szkarłatną pelerynę i czym prędzej udałam się w umówione miejsce.
Mama siedziała w fotelu, czytając, jak się domyśliłam, swój ulubiony tomik wierszy nieznanego autora. Musiała usłyszeć hałas tupiących trzewików, ponieważ od razu spojrzała w moją stronę. — Jak dobrze, że jesteś, kochanie. Weszłam do środka, podeszłam do fotela stojącego naprzeciw mamy i już miałam usiąść, kiedy nagle ujrzałam jej gest, nakazujący postawę stojącą. Westchnęłam dyskretnie, wyprostowałam się i oczekiwałam na "zadanie specjalne". — Chciałabym, żebyś odwiedziła pana Terrelle. Rozwarłam usta, nie mogąc się poruszyć. Był to ostatni pomysł mojej rodzicielki, jakiego mogłabym się spodziewać takiego dnia jak tamten. Jak na zawołanie, przed moimi oczyma, pojawił się wizerunek starego profesora, widok jego krzaczastych, siwiejących brwi i szerokich ust, nie potrafiących choć na chwilę zacisnąć się w wąską linię. — Mamo, nie skazuj mnie na kilkugodzinne cierpienia, proszę. — Córeczko! Jak możesz tak powiedzieć? Już nie pamiętasz tych czasów, kiedy po kryjomu nazywałaś go "kochanym dziadziusiem"? — przypomniała mi matka. — Ależ nie! — Zapewniłam. — Tylko że miałam wtedy nie więcej niż osiem lat. — Pana Terrelle ostatnimi czasy dopadają różne nieszczęścia. Przecież wiesz, Emilko, że ciebie lubi z nas wszystkich najbardziej. Przygotowałam już kosz z podarunkami dla niego. Chyba mi nie odmówisz? — Co mu się stało? — Zmarszczyłam mimowolnie brwi, nie odpowiadając jednoznacznie na pytanie. — Ma już swoje lata — oznajmiła krótko mama, zachowując w tajemnicy nieprzyjemną sytuację, która przytrafiła się naszemu wieloletniemu dobroczyńcy i przyjacielowi. — Oczywiście, pójdę — poinformowałam ją na odchodnym. — Zobaczysz, ile radości sprawisz mu swoją wizytą! — Dobiegło moich uszu, kiedy ruszyłam żwawo w stronę garderoby.
***
Pan Harald Terrelle mieszkał samotnie w małej willi, tuż obok Sadu Wainwright'ów. Uroczy błękitny budynek majaczył mi w oddali, gdy przeszłam przez Główne Miasto. Podziwiałam handlarzy moknących w deszczu oraz małe dzieci, które mimo niesprzyjającej aury, dzielnie grały w piłkę, przy którejś z biedniejszych ulic.
Część 22 / 2
Kiedy uczyłam się w miejscowej szkole podstawowej, częściej przebywałam u profesora. Wraz z wiekiem tematy do naszych rozmów się kurczyły. Pan Terrelle doskonale przemawiał do dzieci, jednakże młodzież i dorosłych wiecznie zanudzał swymi górnolotnymi opowieściami o pradawnych czasach. Do grupy osób "usypiających" zaliczałam się także ja. Nie chcąc jednak robić mu przykrości, raz w miesiącu odwiedzałam go, pozwalając opowiadać wszystko to, co akurat przyszło mu do głowy. Tymczasem miałam zjawić się w jego posiadłości już po raz drugi w tym tygodniu.
Przed płotem, który oddzielał podwórze od szosy, stała elegancka bryczka. Ze współczuciem spojrzałam na konia, który przy niej moknął. Wąskie strużki wody ściekały po jego ciemnej grzywie. Niektóre kropelki osiadały dłużej na jego długich, wyblakłych rzęsach; wyglądało to, jak gdyby płakał. Utkwiłam w nim przez chwilę wzrok, ale gdy tylko wyciągnęłam dłoń w stronę zwierzęcia, zaczęło szukać drogi ucieczki.
<Nigdy nikogo nie przyciągałam.>
Mocniej ścisnęłam w dłoni uchwyt koszyka i ruszyłam przed siebie. Zatrzymałam się przed wejściem i zadzwoniłam do drzwi. Minęła minuta, dwie minuty, trzy... Nikt się nie zjawił. Powtórzyłam czynności, oczekując, że profesor w końcu mi otworzy. Nic z tego, pewnie śpi. Wtem poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłam się jak oparzona i spojrzałam w twarz nieznajomemu.
<Był dobrym duchem, który zjawił się nagle, całkiem nieoczekiwanie.>
— Czy można wiedzieć, co panienka tutaj robi? — Usłyszałam. — Przyszłam w odwiedziny do profesora Terrelle. A pan... kim pan jest? — Próbowałam otrząsnąć się z szoku i udać, że wcale się nie przestraszyłam. — Nazywam się Jeremy Hamilton, jestem siostrzeńcem właściciela tej posiadłości — oznajmił uprzejmie i chwycił moją dłoń, by po chwili złożyć na jej zewnętrznej stronie skromny pocałunek. Spłonęłam rumieńcem. Z bijącym sercem patrzyłam na każdy ruch jego twarzy i usta, układające się miękko powyżej moich palców. Przełknęłam ślinę, jak gdyby to miało zapewnić mi, że więcej się nie zawstydzę. — Wejdźmy do środka — odezwał się nagle. — Leje jak z cebra. Puścił mnie przodem, otworzył przede mną drzwi i zrobił gest ręką, nakłaniający do przejścia przez próg.
Na pierwszy rzut oka widać było, że pan Terrelle uczył botaniki. Pod każdą ścianą ustawione były rzędy roślin doniczkowych. Przyglądałam się z zachwytem wystrojowi wnętrza, odsłaniając swoje jasne włosy. — Z tego wszystkiego zapomniałem spytać panienkę o imię — usłyszałam jego niski, melodyjny głos. Odwróciłam się w jego stronę i uśmiechając się tajemniczo, podałam mu kapelusz i pelerynę. Jeremy chwycił je oburącz i położył w specjalnym miejscu. — Emilia. Emilia Horewild — przedstawiłam się śmielej niż mogłabym przypuszczać. — Masz piękne imię. — Młodzieniec popatrzył wprost w moje oczy. Chwilę tak na siebie patrzyliśmy, jednak w porę się otrząsnęłam i zwróciłam się do niego tymi słowami: — Gdzie jest profesor Terrelle, panie Hamilton? — spytałam oficjalnie, rozglądając się wkoło, jak gdyby odpowiedź na moje pytanie kryła się gdzieś za którąś z doniczek. — W swojej sypialni. Zapewne uciął sobie króciutką drzemkę — poinformował mnie, po czym dodał: — Panno Emilio, proszę mówić mi po…