psychologia · 7 min czytania
W taką noc... (Ja się nie żegnam. cz.4)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}W taką noc puszczałyśmy kiedyś wianki...{/i}
Latarnia stojąca nieopodal, na rogu ulic i chodników, od czasu do czasu niepewnie mrugała białym światłem, to przywołując, to rozpraszając cienie i ciemność najkrótszej w roku nocy. Bezwietrzna, duszna noc miarowo dudniła wilgotnym powietrzem, jak wielki organizm wdychała i pochłaniała wszystko wokół. Skromny, czteropiętrowy blok promieniował ciepłem i dziewczyna stojąca pod nim, czuła to każdą komórką rozgrzanego ciała, a mimo to spokojnie opierała się o niego, podciągnąwszy długą, zgrabną nogę za siebie, nią i rękoma dotykając gorącej płyty, łącząc się z blokiem. Krótka, kraciasta spódniczka. Czarna, obcisła bluzka. Arogancki nos. Świecące w ciemności oczy. Włosy jak kawa...
{i}W taką noc puszczałyśmy kiedyś wianki,{/i} pomyślała, jak dużo się zmieniło i o tym, że jej wianek pewnie płonąłby czerwienią ognia na połyskującej letnim księżycem wodzie.{i} Zła wróżba! Płonący wianek – będziesz starą panną...{/i}
Mówiono, że była niewiarygodnie podobna do swojej matki. Szczególnie włosy, czarne jak noc, także nos, tak samo wysoko zadarty, ponoć też jasne oczy. Jedynie w duchu przyznawała, była zdyscyplinowana i na tyle tylko sobie pozwalała, więc głośno zaprzeczając, a w samotności przyznając, że przeglądając rodzinne fotografie zawsze miała wrażenie, iż widzi się w lustrze. Ona i jej matka w jednej osobie na chrzcie, ona-matka w przedszkolu... a gdy rodzina podziwiała jej osobiste, zdjęcia, zawsze wszyscy wspominali mamę, mówiąc, jaka jest podobna, wspaniała, a tu mama-ona na studniówce, tam na ślubie, nie – pomyłka, to jednak zdjęcie jej matki, ale za to Weronika wiedziała już doskonale, jak mógłby wyglądać jej ślub, na pewno równie wspaniale, tak samo pięknie. {i}I pomyśleć ilu ludzi oddałoby majątki, by poznać własną przyszłość!{/i} Zadumana tak dziewczyna stała oparta o ciepły, parujący blok.
{i}Karolina, Weronika, Karolina, znów ja, wszystko w dowolnej konfiguracji, ale gdzie tu ten cholerny Rozenkrac, tu, tam, z nią, ze mną,{/i} długo zastanawiała się Weronika, stojąc pod blokiem, obok jego klatki, czekając na niego właśnie. Sprawdziła, co zresztą wcale nie było trudne, jakieś gazety, luźne strony, swojego czasu było o nim głośno: {i}Michał Rozenkrac, lat trzydzieści dziewięć, sławny reżyser teatralny, specjalista od monumentalnych, symboliczno-metafizycznych scen zbiorowych, zasłynął dzięki przebojowym interpretacjom Szekspira.{/i} Zgubił się, tak myślała, dlatego tu przyszła. Być może, że była to litość. Może zrobiła to dla siebie. Estetyczne następstwo ich korespondencji? Także tego nie była pewna. Zakochała się?{i} A cóż to znaczy? {/i}Wiedziała jedynie, że to opieranie się o blok i odczuwanie tego tętniącego gorąca, czekanie na niego, było oczywiste, dla Weroniki i dla Michała, po prostu to się musiało stać. {i}Zresztą, w takich przypadkach niczego nie można wykluczyć.{/i}
Myśli Weroniki gnały we wszystkich kierunkach. Wiedziała, że nadszedł czas, by rozpocząć nowy etap tej przygody, skończyć odtwarzać rolę matki, bo nie tego szukała, ją już poznała i tak bardzo zapragnęła zrzucić to genetyczne jarzmo, być sobą, nie Karoliną.{i} Weronika{/i}, powtórzyła w duchu, ledwo poruszając ustami. Pogodziła się z tym, że tak bardzo przypominała matkę, może mają te same ciała, ale wiedziała też, że człowiek to nie tylko włosy, oczy, nos; to, jak kogoś…