Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 14 min czytania

W wietrze, mokro i na fali.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}W wietrze, mokro i na fali{/b}

Usiedliśmy przy kominku. Dotarliśmy w to magiczne miejsce po długiej wycieczce łódką, na którą wreszcie mnie zabrałeś. Trochę zmarznięci, skrępowani swoją bliskością i nie rozumiejący powodów tego spotkania. Paliły się świece, opodal dwie lampki wina? Czerwonego, półwytrawnego. Ktoś je zaserwował w pięknych kielichach. Musiały być bardzo stare, podobne do mszalnych. Taki sam kielich pamiętam z rodzinnego domu. Obawiam się, że gdy wypiję tę ilość wina, które zaledwie zakryło dno kielicha stracę kontakt z rzeczywistością. A nie chcę tego. Nie dlatego, że zrobię coś niestosownego, lecz że stracę z rozmowy jakiś szczegół. Mo jest szalenie interesującym człowiekiem. Jest mi zimno, a wszystkie rzeczy zmoczył deszcz. Wiatr, z którym musieliśmy walczyć odebrał nam wiele sił. Nie mam w co się przebrać. Poza tym nie widzę nic nadającego się do jedzenia. Umieram z głodu! Zastanawiam się, dlaczego znaleźliśmy się tutaj? Nawet nie zauważyłam, że powiedziałam to na głos.

- Przecież sama chciałaś... – odparł Mo półgłosem. - Słucham? – odpowiedziałam wyrwana z zamyślenia. - Chciałaś, żebym zabrał Cię na łódkę. - To prawda. - Znowu zapadam w zamyślenie. Coś mi to przypomina... co to było?. Ach tak, przecież o tym kiedyś wspomniałam. Nieważne. - Czy tutaj można coś zjeść? – zapytałam półgłosem. Trochę mi głupio, że przyznałam się do głodu. Apetyt w dzisiejszych czasach, to nic czym należałoby się chwalić. Ale walczyłam przecież z tymi cholernymi linkami, mimo, że nie mam o nich pojęcia, i jestem koszmarnie wykończona. Jeść! - Myślę, że tak. – Mo zawiesił głos. - O ile byłby tu jakiś kucharz. - Słucham? - Zapytałam zdumiona. - To znaczy, że jesteśmy tu zupełnie sami? – potwierdziłam już w lekkiej panice. - Tak, moja droga, ale nie pozwolę Ci umrzeć z głodu. – odpowiedział Mo z tajemniczym uśmiechem.

Czuję się przy nim naprawdę bezpiecznie. Szukam w nim utraconej relacji z ojcem? On też jest opiekuńczy i „taki bardzo odpowiedzialny”. W zasadzie to nie ma znaczenia. Zdaję się na to, co zaplanował Mo. Wiem, że mnie nie skrzywdzi. A psy? Cóż, okazuje się, że nasze obawy, że to nie najlepszy pomysł by je zabrać z sobą, okazały się całkowicie nieuzasadnione. Co prawda Roma dała jak zwykle niezły koncert, jadąc ze mną nad jezioro. Myślałam: oszaleję. Żałowałam, że zgodziłam się w ogóle na tę eskapadę. Teraz trochę inaczej na to patrzę. Psy zasnęły zmęczone rejsem. Ciekawe. Tak szybko się zaakceptowały. Śpią wtulone w siebie. Mam nadzieję, że Roma mimo, że tak głęboko śpi, gwarantuje mi bezpieczeństwo. Choć to miejsce, trzeba przyznać, dość osobliwie. Mo zauważył, że patrzę na zwierzęta zamyślona. - Śpią tak spokojnie. Nic nam zatem nie grozi. – powiedział Mo, jakby czytał w moich myślach. - Rzeczywiście – przyznałam. Lecz czy są wstanie obronić nas przed nami samymi? – zapytałam sama siebie.

To niewiarygodne, że jeszcze parę tygodni temu nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Ostatnio wiele się we mnie zmienia. Kiedyś, ktokolwiek mówiąc mi, że zaprzyjaźnię się z zupełnie obcym mężczyzną, przypadkowo poznanym, do tego starszym od moich rodziców – zostałby wyśmiany. Uważałam dotąd, a zdania swojego broniłam przy każdej okazji, że jakakolwiek intymna relacja pomiędzy mężczyzną dużo, dużo starszym i młodą kobietą jest, hm... niesmaczna, dwuznaczna i co najmniej interesowna. Widząc w prasie zdjęcia takich par – a w świecie showbiznesu to już niemal kanon – nie mogę oprzeć się niesmacznym skojarzeniom i niewybrednym komentarzom. Przed paroma laty czytałam książkę Whartona „Spóźnieni kochankowie”. Mimo, że momentami było mi wręcz niedobrze, nie tylko dzięki sugestywnym opisom autora, to jednak ta opowieść bardzo głęboko zapadła mi w pamięć. Bardzo mnie wzruszyła. A teraz ulegam podobnym wzruszeniom. Ależ los bywa przewrotny. Teraz tu siedzę. W okolicznościach... dwuznacznych. Do tego na własne życzenie. I jest mi cudownie. Ten wieczór, coraz milszy ...

{b}***{/b} Mam wrażenie, że sytuacja jest krępująca dla nas obojga. Choć Mo nie wygląda na anioła. Jakby skrępowanie do niego nie pasowało. Jednak te okoliczności wydają się szczególne. Unikam wzroku Mo.

Nie zauważyłam, że zasnęłam. To nieprawdopodobne. Czuję się bezpiecznie – choć głęboko śpiąca Roma nie wydaje się gwarantem niezmąconego spokoju. Dzieki Mo? Jestem bardzo zmęczona. Nagle dotarło do mnie, że znajduję się w pozycji horyzontalnej, a snując swoje rozmyślania wpatruję się w konsekwentnie geometryczny wzór belek drewnianego sufitu. Spostrzegłam też, że leżę na ławie, na której razem siedzieliśmy i... Boję się zajrzeć pod pled, pod którym tak mi ciepło. Mogłam tego oczekiwać - poza ociekającym swetrem, podkoszulkiem, spodniami i przemoczonymi skarpetami -choć odzienia na mnie zostało niewiele, to co zostało, było na miejscu. Dzięki temu, że zostałam tylko w bieliźnie – jestem już zupełnie sucha. Całe szczęście, że nie mam na sobie jakiś obrzydliwych barchanów - pocieszyłam się w myślach, uświadamiając sobie z zaskoczeniem, że nawet w takich okolicznościach zależy mi by wyglądać kobieco i atrakcyjnie. Mo rozczula mnie. Wstaję, owinąwszy się pledem. Widzę, że świeże drwa zostały dorzucone do kominka, a na podłodze przy ławie... Ja chyba śnię! Czerwona róża i maślana bułeczka z konfiturą. Zaskoczenie na moment odjęło mi apetyt. Skąd na tym końcu świata, zapomnianym przez Boga i ludzi róża i maślanka? Zadziwiające. Jak przy takim mężczyźnie, zachować jasność myślenia? Losie, na trudną ty mnie próbę wystawiasz... Mam wrażenie, że zjadając tę bułkę popełnię jakieś świętokradztwo. Cóż głód! Niechaj świętokraci zostaną potępieni. Podchodzę do drzwi.

Między strugami deszczu dostrzegam sylwetkę Mo, mocującego się z olinowaniem żaglówki. Z jego ruchów odczytuję... irytację? Stoję jak zahipnotyzowana i patrzę jak walczy z tym wszystkim, czego nazw nawet się nie domyślam. Wilki morskie zawsze budziły mój podziw. Uśmiecham się w myślach do swoich wspomnień, do dziecinnej definicji wilka morskiego będącego synonimem pirata. Ogorzała twarz, silne ramiona, tatuaż na przedramieniu – i pirat wypisz wymaluj. Urzeczona, wodzę wzrokiem za sylwetką, która wydaje się nadzwyczajnie młoda w tym co robi. Jak z lekkością młodzieńca przeskakuje z jednego końca łódki na drugi. Ja z pewnością nie raz, próbując ominąć tę plątaninę, wywinęłabym malowniczego orła. A Mo? Dostrzegł mnie stojącą w drzwiach. - Przepraszam, chętnie bym ci pomogła Mo, ale mam problem z garderobą. A właściwie z jej, no, brakiem – silę się na dowcip, próbując zatrzeć swoje zmieszanie. - To ja cię przepraszam, że zostawiłem cię samą. Ale... zasnęłaś tak smacznie, nie miałem sumienia cię budzić. Z kolei gdybyś dłużej leżała w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%