Komedia · 6 min czytania
Wacław i ja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wacław i ja
Musicie wiedzieć, że ze mnie jest wielki nonkonformista. Dlatego też, gdy nadeszło kolejne Boże Narodzenie, miałem niemały dylemat, czy uczcić je wedle tradycji, czy też może po swojemu, a może wcale. Niepewność nękała mnie tym większa, że nie odczuwałem typowej dla tego okresu radości, podekscytowania ani wszechobecnej, jak mówią, magii. Niby to, wedle doktryn mojego światopoglądu, powinienem był stanąć do walki z sielankowymi i lukrowanymi obrzędami. A jednak coś ciągle szturchało mnie po żebro, przypominając, że negacja wszystkiego, co już stworzone i ustalone jest tak samo bezmyślna, jak wchłanianie podawanej nam rzeczywistości. Musiałem się określić na te Święta, potrzebowałem formy. W dodatku potrzebowałem jej dość pilnie, bo było dzień przed Wigilią. Zaś do obrania formy wielce przydatne są drogowskazy. Pomyślałem więc: gdzie szukać drogowskazów, jeśli nie wśród autorytetów? A największym moim autorytetem był Wacław Moligsztajn, pisarz. Miałem to szczęście, że pan Wacław wydał swoje „Dzienniki” i to właśnie tam byłem pewien znaleźć jakąś wskazówkę. Udałem się czym prędzej do biblioteki. Dopadłem do dobrze znanego mi regału i wyciągnąłem gruby tom. Otwarłem z tyłu na indeksie rzeczowo – tematycznym. Odszukałem hasło Święta. Pierwsza z podanych stron – 125. Wyszukałem, zorientowałem się, gdzie zaczyna się interesująca mnie rzecz i przeczytałem zdanie otwierające: ,,Już niebawem Święta – znakomicie..." O, jest dobrze, jest dobrze, pomyślałem. Konkretnie się zaczyna! Rozprawa była długa, więc znając sposób pisania Moligsztajna, przeszedłem od razu do podsumowania, aby upewnić się, czy pierwsze słowa nie były ironią, albo tezą, którą pan Wacław obalał. Przeczytałem: ,,Dawno tak Święta mnie nie cieszyły. Ucieczka w normalność, niechże sobie na to pozwolę." Och, dzięki ci, wieszczu, dzięki ci! Tym sposobem miałem już wszystko jasno nakreślone – mogłem oddać się kolędowaniu, obżarstwu, rozdawaniu prezentów, etc. Poleciałem po choinkę, kupiłem bombki, girlandy, dzwoneczki i filety rybne (nie karpia, bo minimum rezerwy zawsze trzeba zachować). Stałem właśnie na drabinie – bo choinkę sobie do sufitu sprawiłem – na głowie miałem czerwoną czapę, na nogach grube, wełniane skarpety. Umieszczałem szpic na czubku drzewka, kiedy jakiś zachwycony facet w telewizorze ryknął: „Dokładnie, dokładnie!”. Zmarszczyłem brwi. Dokładnie? Eee tam, jakiś kretyn. Dokładnie! Dokładnie! Zaświeciłem lampki. Zielone. Wybornie! Dokładnie! Dokładnie! Na powrót coś mnie zaczęło nękać. Nie było to przyjemne. Cóż to... Dokładnie!