Psychologia · 11 min czytania
Wady serca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b} Dedykuję wszystkim tym ludziom, którzy samodzielnie nie potrafią określić swego miejsca w życiu i przez niedoskonałości swego ciała i jego wnętrza, ranią najmniej winne i najbardziej bliskie im osoby, nawet o tym dobrze nie wiedząc.{/b}{/i}
- Mae! Mae, pospiesz się! Ciocia i wujek niedługo się zjawią. Dziewczynka zeskoczyła z krzesła i podbiegła do starszego brata. Ivan właśnie wieszał ostatnie bańki na dużej, ozdobionej kolorowymi światłami choince. Skończywszy, przyjrzał się krytycznie swemu dziełu. Duża, złota gwiazda lśniła na szczycie drzewka niczym niekończący się promień wciąż istniejącej nadziei. Różnobarwne bańki w kształcie sopli i kul, zwisały pysznie z poszczególnych gałązek. Porozwieszane gdzieniegdzie cukierki, zachęcały małą Mae do podejścia i zerwania choćby jednego, lecz malutka rączka cofała się pod karcącym wzrokiem Ivana. Srebrne i złote łańcuchy dawały piękny efekt w zestawieniu z maleńkimi, skrzącymi się światełkami. Ivan uśmiechnął się, spoglądając z dumą na swoje dzieło. Jak co roku bowiem, to on ubierał choinkę. Mae wolała zawsze wyglądać przez okno na zewnątrz domu i wyczekiwać pierwszej gwiazdki, bądź niekiedy wpatrywać się w drogę, mając nadzieję na dostrzeżenie ojca kroczącego z naręczem pakunków pośród śnieżnej zamieci. Mama natomiast w czasie świąt wpadała w swoisty zapał, tak, że trudno było odgonić ją od przygotowywania świątecznych potraw i wypieków. Niemalże całe dnie spędzała wówczas w kuchni. Choinka natomiast dla całej rodziny była szczególnym symbolem zbliżających się świąt i uroczystej Wigilii. Gdyby przypadkiem ktoś zapomniał wystroić drzewko, Ivan z miejsca by to spostrzegł i samotnie zabrał się za tę czynność. Rodzina Morganów należała do jednych z najbardziej tradycyjnych i miłościwych ludzi, jakich widziano w miasteczku New Age. Co roku urządzali oni wyjątkowo huczną Wigilię i przygotowywali najbardziej wyszukane potrawy, jakie kiedykolwiek widziano. Każdy zbłąkany wędrowiec mógł bez najmniejszych przeszkód wstąpić do tego domostwa mając pewność, że zostanie ugoszczony niczym książę. - Ivan, gotowe? - Wysoka, czarnowłosa kobieta wyjrzała z kuchni. Jej długa, czerwona suknia poprzetykana była na rękawach i przy dekolcie grubymi nićmi skrzącego się na srebrno materiału. Chłopiec posłał jej szeroki uśmiech. - Właśnie skończyłem – powiedział. - W samą porę! - zawołała mama, spoglądając na wielki, drewniany zegar wiszący na ścianie. - Już prawie szósta! Tata zaraz wróci z pracy. Ivan podbiegł do okna i wyjrzał przez nie. - Idzie... - mruknął nieco ciszej. - Tata idzie! Tata idzie! - Mae zerwała się i ruszyła w stronę drzwi. - Stój, mała. - Ivan podtrzymał siostrę w pasie. Dziewczynka próbowała się wyrywać, lecz brat nie pozwolił jej pobiec dalej. Popatrzyła na niego obruszona i skrzywiła w zabawny sposób swoją rumianą buzię. - Ja chcę do taty! - wrzasnęła głośno w geście protestu. W tym momencie frontowe drzwi otworzyły się gwałtownie. Ivan spojrzał z przerażeniem, jak do korytarza wchodzi wysoka, odziana w długi i gruby ciemny płaszcz postać. Ośnieżony strój sprawiał, że nie można było dostrzec twarzy przybysza. Mae zaplotła rączki i wygięła buzię, gdy zauważyła, że przybyły nie ma w dłoniach ani jednej drobnej paczuszki, którą mógłby uraczyć któreś z dzieci. Ivan przełknął głośno ślinę i zadrżał lekko. Tymczasem przybysz zdołał zdjąć już swój płaszcz i w tej chwili mocował się z zapięciami od butów. Chłopiec spoglądał z narastającą paniką, jak mężczyzna bardzo wolno unosi głowę w jego stronę. Krótkie, brązowe włosy były wystrzępione i lepiły się do ciała. Małe, czarne oczka świdrowały to Ivana, to Mae. - Matka gdzie? - warknął w końcu mężczyzna. - W kuchni, tato – szepnął Ivan. - To leć po nią, ale migiem! Ivan posłusznie wykonał polecenie i jednym szybkim susem znikł z wnętrza pomieszczenia. Niczym bomba wpadł do kuchni, gdzie mama akurat kończyła przygotowywać sałatkę. Zdziwiła się nieco, widząc przestraszone spojrzenie chłopca. - Ivan, co się stało? - spytała, odkładając na bok brudną miskę. - Tata wrócił. Chce, żebyś przyszła – wyjaśnił zwięźle. Na dźwięk tych słów kobieta zamarła w pół kroku. Musiała podtrzymać się szafki, aby nie upaść.{i} Nie{/i}, pomyślała zrozpaczona.{i} Nie tym razem. Nie dziś... Dziś Wigilia...{/i} Spojrzała zasmucona na syna. - Nie pozwólmy mu zwlekać. - Westchnęła i wspólnie z dzieckiem powędrowała do salonu. Tam, ku swemu przerażeniu zobaczyła własnego męża, pochylającego się nad małą Mae, klęczącą na ziemi. Dziewczynka łkała żałośnie, co najwidoczniej niewiele obchodziło jej ojca. Uchwycił ją bezlitośnie za przegub rączki tak, że Mae krzyknęła z bólu i zaniosła się jeszcze głośniejszym szlochem. - Miałaś nie fałszować! - wrzasnął mężczyzna. - Śpiewaj kolędę, mówię! Mae jednak nie posłuchała ojca, co przypłaciła jeszcze mocniejszym ściśnięciem własnej rączki. - Zostaw ją! - zawołała nie mniej przerażona matka. Mężczyzna obrócił się w jej stronę, upuszczając przy okazji dłoń dziewczynki. Mae skuliła się jeszcze bardziej. Ojciec dwójki dzieci podszedł tymczasem do stojącej w progu kobiety. Bez najmniejszego ostrzeżenia chwycił ją…