Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Thriller · 8 min czytania

Waga

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prolog

- No... ten, swoją młodość, znaczy się, to on pamięta już tylko ze zdjęć. O, albo lepiej - z widokówek. Wie pani, takich pocztówek. No bo oni nad morzem mieszkali. Znaczy się, ten pacjent, ze swoją rodziną. Przybraną rodziną. Bo musi pani wiedzieć, droga pani, że ten chłopak miał bardzo nietypowe dzieciństwo. No, usłane przypadkami, że się tak zręcznie wyrażę. - Jak to? - Ha, bo musi pani wiedzieć, pani siostro, że ja byłem kiedyś jego sąsiadem. Pamiętam go jako takiego brzdąca! Co za zbieg okoliczności – mógłbym przysiąc, że to dzięki temu dzieciakowi odkryłem swoje prawdziwe powołanie. Medycynę, znaczy się. Bo to on, gdy wywrócił się pod moim domem na swym rowerku jeszcze jako zupełny młodziak, zaczął ryczeć wniebogłosy. A ja, jakoś tak intuicyjnie, automatycznie obejrzałem go dokładnie, wyjąłem mu kamyczki z kolana i przemyłem wodą utlenioną. I nawet złamaną nogę nastawiłem. Ja, wyobraża to sobie siostra? Zero doświadczenia, laik, znaczy się, a zrobiłem to jakbym siedział w tej branży od lat. No, oczywiście przesadzam, ale poszło mi to całkiem sprawnie. Można powiedzieć, że to przez niego poszedłem na medycynę. No, bo okazało się, że mi to całe nastawianie i tak dalej bardzo gładko szło. Gładziej niż ta cała budowlanka, znaczy się. Bo ja jednak wolę pracę, która wymaga od człowieka więcej myślenia i koordynacji, niż siły. Ah, kiedy to było... Jeszcze przed czterdziestką. Moją, znaczy się. Tak, to były czasy... Znałem jego rodziców. Bogaci, ale porządni ludzie to byli... syn, pacjent znaczy się, był oczkiem w ich głowie. Miał też grubo starszą siostrę, ale czmychnęła podobno gdzieś za granicę, wyszła za jakiegoś Araba i ślad po niej zaginął. A wcześniej starzy podstawiali jej wszystko pod nos. Ale pannie to nigdy nie dogodzisz. Ach, te baby, kto je zrozumie? - O, tak. - No, więc tak jak mówiłem, pacjent wraz z rodzinką wiódł spokojne życie. Ale jak wiadomo, gdy jest za dobrze, zawsze coś się musi spieprzyć. Pewnego dnia jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym. A mieli tylko pojechać na zakupy, czy coś. A tacy porządni sąsiedzi byli... Młody trafił do domu dziecka, a to ze względu na brak jakichś krewnych. Nie ma to jak spaść z hukiem z chmur na ziemię, hę? Tyle dobrego, że szybko zainteresowała się nim jakaś rodzina zastępcza. Wiem to wszystko, bo jako jeden z niewielu byłem wtedy jego przyjacielem. W końcu trzeba było jakość podnieść dzieciaka na duchu, no nie? - Jest pan złotym człowiekiem, panie doktorze. - Ach, dziękuje, dziękuję. Wydaje mi się jednak, że w tamtym momencie to był mój obowiązek. No, na początku wydawało się, że nowi rodzice trafili mu się świetni. Właśnie jakoś wtedy, po tym całym adoptowaniu pacjenta, rodzina przeprowadziła się nad morze. No i pojechali. Mówili, że tamtejsze powietrze ich lepiej nastraja do życia, czy jakoś tak. W każdym razie kurator dzieciaka im uwierzył i pozwolił na przeprowadzkę. A szkoda... Bo okazało się, że ta rodzina to tak naprawdę jakaś patologiczna była. Znęcali się nad nim od momentu przyjazdu nad to morze, aż do chwili, gdy jakaś wścibska sąsiadka chciała dowiedzieć się, skąd u nich w domu te wszystkie jęki... Ha, a mówi się, że nie ma nic gorszego, niż takie plotkary... Dzięki Bogu, ta jedna okazała się choć trochę przydatna. No, tyle, że całą sprawą mogła zainteresować się wcześniej. Ale lepsze to, niż nic... Cholera, mogłem się postarać jednak o ten jego nowy numer... Siostro, coś nie tak? - Nie, nic... Proszę mówić dalej. - No, więc gdy sąsiadka wywęszyła tą całą sprawę, zawiadomiła policję.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Waga — czytnik · opowiadania