Komedia · 11 min czytania
Walentynki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Walentynki
Smród. Zgniłe jaja, lub stara kiszona kapusta. Może mieszanka obydwu. Kto wie? Smród rozciągał się już po całym pomieszczeniu. -Chryste! Mamo! Czujesz to? – wykrzyczała Joaśka. Nos miała zatkany ręką. – Mamo, do jasnej cholery, zrób coś z tym smrodem! To z lodówki.. -Na pewno nie z mojej lodówki młoda damo. – zbliżał się głos z przedpokoju. Kiedy już niedowiarek-mama wkroczyła prędko do kuchni, zatrzymała się, wytrzeszczyła oczy, po czym zgarbił ją odruch wymiotny. – Dobry Jezu. Coś tam włożyła?. Blada już matka zatoczyła się do najbliższej ściany. Bez oparcia, pewnie leżałaby już na ziemi, albo gorzej, leżałaby we własnych wymiocinach. Joaśka była silną dziewczyną i byle odór nie był w stanie zwalić jej z nóg. Matka często żartowała, że jej córka, jest synem. Joaśka w dzieciństwie nawet w to wierzyła. Przestała myśleć, że jest chłopakiem, po tym, jak w szkole podstawowej została wysłana do psychologa szkolnego. „Dlaczego myślisz, że jesteś chłopczykiem” pytali. „Jestem nim” temat zakańczała płaczem. Dopiero, gdy jej matka przyszła i wytłumaczyła dziecku żart. Słowo jest silne, ona przekonała się o tym już w dzieciństwie. -Rusz się! Nie widzisz, matka ledwo stoi! – usłyszała z nad ucha. To był jej brat. Odepchnął ją i podbiegł do matki, po czym zabrał ją ze skażonego zgniłym jajem pomieszczenia. Znowu się dziewczyno zamyśliłaś. Dopiero po upływie dwóch minut, Joaśka zakończyła bezsensowny postój i zebrała w sobie odwagę, by otworzyć lodówkę. Myślała o tym, jakby otwierała trumnę. Smród zgnilizny, otworze i zobaczę rozkładające się zwłoki. Za dużo filmów grozy, to niebezpieczne. Otworzyła „trumnę” i ku jej nie-zdziwieniu, wewnątrz zobaczyła, nie rozkładające się zwłoki, a grzyb. Dokładniej był to zielony, przypominający futro, szeroki i owłosiony grzyb zgnilizny, wyglądający jak wiosenna trawa, na ryżowym daniu z torebki. Wyjęła zielone danie ryżowe z torebki i trzymając je na maksymalnej odległości od ciała, zaniosła do śmietnika. Jak każda szanująca się, Polska rodzina, śmietnik trzymali pod zlewem. Niestety, tego dnia śmietnik spod zlewu zniknął. Był to istny dramat. Przeszła tyle metrów, zanieczyszczając po drodze całą kuchnię, jak i domyślając się po krzykach matki z salonu, zanieczyściła też inne pokoje. W tył zwrot. Tylko świeże powietrze dworu może teraz uratować sytuację. Wchodziła właśnie w próg, kiedy, jak najgorszy z możliwych przypadków, w próg wszedł także on – Dawid, w tym samym cholernym czasie. Nie zdarzyła wyhamować, on także się nie zatrzymał. Talerz wystrzelił z jej rąk w powietrze i wylądował na planecie zwanej „moja-nowa-bluza-z-housa-za-250zł”. Grzyb zaczynał już kolonizować, tę szarą planetę. -Przepraszam… - Wyszeptała w przerażeniu Joaśka. -Czym… co ty.. Chryste! Ten odór!... – garbiący odruch wymiotny zbierał kolejne żniwa. -Zdejmij bluzkę, szybko, musimy się jej pozbyć. Przepraszam cię najmocniej! Odkupie ci ją. Szybko zdejmuj! Zaczął bluzkę zrywać. Pewnie odpowiedziałby jej, że nic się nie stało, będzie dobrze, ale niestety w tym momencie dławił się smrodliwą trawą. Wydało jej się to zabawne – smrodliwa trawa – tym bardziej, że oczy łzawiły mu i czerwone były jak dwa pomidorki. Zawsze miała humor, nawet w krytycznych sytuacjach. Uważała to za swój plus, matka miała to za „wygodną wadę fabryczną”.
Czuła ulgę. Pozbyła się niechcianego gościa grzyba i zakolonizowanej przez niego bluzy. Miała wyrzuty sumienia, ale przecież to nie była jej wina, że Dawid ma niebywałe szczęście i zawsze pojawia się w odpowiednim momencie, by coś spaprać. Kochała go jednak, nawet jeśli był ciapą, a był ciapą, można zaryzykować stwierdzenie – był królem wśród ciap. -Wasza kochana Joanna pozbyła się źródła smrodu, nie wstawajcie, nie klaszczcie, albo wstańcie i klaszczcie. Mój Boże, Mateusz, wiesz co było źródłem problemu? Twoje dania orientalne. Masz ohydną manierę zostawiać wszystko na później. Potem wszystko gnije, gnije i zarasta obrzydliwym grzybem. Mateusz, jej brat, tylko spojrzał na nią spod oka i poszedł na górę. Wiedziałaś kochana, że ten typ już tak ma, jest brudnym nastolatkiem i prócz sterty ubrań w pokoju, musi hodować grzyby. -Nie wiem jak ty mogłaś kochanie wytrzymać w tym smrodzie. Dzięki. Teraz powinnaś chyba iść do Dawida, poszedł do twojego pokoju i chyba mu się polepszyło. Jak na chłopaka to kiepski z niego zawodnik. -Przyganiał kocioł garnkowi. – rzuciła na koniec i poszła do swojego pokoju.
Drzwi były otwarte, a w środku na łóżku siedział Dawid. -Nie martw się, nie mam już zgrzybiałej klatki piersiowej, nie ubrudziłem ci łóżka. – patrzył na nią i się uśmiechał. Nie patrzyła na niego w ten sposób z powodu grzyba. Patrzyła ponieważ to był ten ważny dzień – walentynki. Byli razem od ponad 2 lat i ona wiedziała, że to jest ten jedyny! Jak na nastolatkę, była bardzo pewna siebie w tej kwestii. Może fakt, że jej chłopak jest nieśmiały i ciapowaty, dodawał jej pewności siebie. Tak czy inaczej, to był ważny dla zakochanych dzień. Obserwowała go bez słowa. Widziała chłopaka w koszulce siedzącego na łóżku. Nie trzymał w ręku róży, z kieszeni nie wystawał mu żaden kształt mogący sugerować szkatułkę z biżuterią. To do niego nie podobne. Coś musisz mieć kochany, gdzie to chowasz? -Odezwij się do mnie… Znowu odpłynęłaś słońce. Stoisz tu jak kołek. Przerażasz mnie, wiesz? -Przepraszam, oj, zamyśliłam się. – usiadła przy nim. Objął ją i pocałował w…