Akcja · 1 godz. 56 min czytania
Wampir
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}Wampir{/b}
{i}„WIELKIE POLOWANIE JUŻ SIĘ KOŃCZY! Wielkie Polowanie na Potwory, pierwszy etap trójstopniowego projektu „Bezpieczny Świat”, powoli dobiega końca. Europejska Rada Magów ogłosiła oficjalne zakończenie na 1 maja, dzień po tegorocznym Sabacie Beltane (Nocy Walpurgi). Z tej okazji wydany zostanie przez nas numer specjalny Magic Times, zawierający kalendarium polowania, najwybitniejsze osiągnięcia Łowców, przyznane nagrody, statystyki odnotowujące ilość zabitych wampirów, strzyg, upiorów, chimer, wywern i innych, oraz mrożące krew w żyłach historie spotkań z potworami. Teraz, kiedy nasz świat został oczyszczony z wszelkiego magicznego plugastwa, pora przejść do kolejnego etapu, którym ma być walne głosowanie nad nową Magiczną Konstytucją. Będzie ona zawierać wszelkie normy prawne posługiwania się magią, a także ograniczenia dotyczące wilkołaczych rodów i innych mniejszości gatunkowych. Wybory do Konstytucyjnego Sejmu Magów rozpoczną się jesienią tego roku i weźmie w nim udział magiczne przedstawicielstwo wszystkich kontynentów z wyjątkiem Afryki. Każde państwo, zależnie od liczebności obywateli, będzie mogło wybrać od 2 do 30 członków Sejmu. Obrady Sejmu rozpoczną się zaraz po Nowym Roku w Siebenstern, Europejskiej Stolicy Magii i będą trwały przez kolejne 16 miesięcy. Następnie zrealizowany zostanie projekt tzw. Wielkiej Bariery, czyli osłony mającej chronić świat przed ingerencją Dzikiej Magii, która przez ostatnie wieki była głównym źródłem naszych problemów. Zakończenie projektu „Bezpieczny Świat” planowane jest na rok 2001. Wtedy to zostaną oficjalnie rozwiązane niezależne od rządu formacje Strażników Magii (w przypadku Polski jest to Urząd Ochrony Magii), które od ponad dwóch wieków broniły świata przed wpływami Dzikiej Magii. Pilnowanie porządku zostanie przekazane w ręce Naczelnych Rad Magów (Europejskiej, Wschodniej i Amerykańskiej) oraz Krajowych Rad Magów.”
Magic Times, Warszawa, 24 kwietnia 1994r. (2 dzień Wigilii Beltane 163r. Trzeciej Ery wg Kalendarza Magicznego){/i}
**
- Podaj strzałę! Szybko! - Masz… Ma… A niech to! Stary, nie sięgnę! W egipskich ciemnościach błysnęła latarka Panasonica. Jej światło przemknęło po chropowatych wapiennych skałach i oświetliło młodego mężczyznę, na wpół uczepionego niewielkich wyrw, na wpół zwisającego na skomplikowanej plątaninie lin i haków. Wokół niego zamykały się nierówne ściany studni. Mógł uchodzić za grotołaza-zapaleńca. - Zejdź trochę niżej, do diaska! – wysyczał jego kolega, którego sylwetka majaczyła się na granicy widzialności – Na bogów, czy ja ci wszystko muszę tłumaczyć? - Już! Już… - rozległ się cichy chrobot i mężczyzna puścił się ścian, zsuwając się powoli na dół. Tuż przed swoim kolegą wyhamował. Jego ręka wyciągnęła się i przekazała znajdującemu się niżej mężczyźnie niewielką, błyszczącą srebrzyście strzałę. - Marek! Nie zwisaj tak nade mną, bałwanie! A co, jeśli hak puści? Młody mężczyzna prychnął. - Wiesz co, Stefan, jesteś skostniałym, odmagicznionym staruchem, który jest zbyt przesądny dla własnego dobra. Ten sprzęt został obłożony taką ilością zaklęć, że nie spadniemy, choćby w dole była Czarna Dziura! - Uczony się znalazł! Jak przeżyjesz tyle co ja, Mareczku, to dowiesz się na ile można ufać kuglarskim sztuczkom! - Co ze strzałą? - Jak na razie chłodna. Drań jeszcze daleko… Nic dziwnego, że dopiero teraz go wyniuchali. - Ile właściwie metrów głębokości ma ta grota? - Nie wiem. Nikt tu przed nami nie był… - Stefan zaśmiał się złośliwie – To są właśnie uroki tej roboty. Odkrywać nowe miejsca… Poznawać nowych… ludzi. Schodzimy. Dwóch mężczyzn zaczęło się powoli zsuwać w bezkresną głębię pionowego korytarza. Przez długie minuty jedynymi odgłosami łamiącymi zaklętą ciszę groty było skrzypienie liny i ciężkie nerwowe oddechy. - Długo tak jeszcze? – zapytał w pewnym momencie Marek. - Łamiesz się, Mareczku? – wysapał starszy mężczyzna – Nie martw się, będą jeszcze gorsze misje. - Gdybym wiedział, że moja kariera w UOMie wymaga takich poświęceń zająłbym się czymś przyjemniejszym. Na przykład polityką. – burknął Marek. Drugi mężczyzna splunął i poświecił w dół latarką. - Już niedaleko – ocenił. – Nieźle się zębiasty zaszył. Niedługo potem jego stopy dotknęły podłoża. Pod solidnymi butami zachrzęścił wapienny żwir. W świetle latarki odpięli mocowania wiążące ich z liną i zdjęli z pleców torby oraz dziwną broń. Wyglądała jak długa, czarna strzelba z szeroką lufą, u której podstawy była przymocowana niepozorna kryształowa kulka. Z torby wyjęli zielonkawe czapki z daszkiem (założone na głowę zalały grotę na przestrzeni jednego metra łagodnym blaskiem), dwie niewielkie butelki oraz dwie strzały. Strzały wsunęli drzewcem w lufę broni. W tym momencie kulki rozjarzyły się błękitnym światłem. - Gotowy? - Jasne, stary. – Marek skinął głową. Był bardzo jasnym blondynem, który, sądząc po wyglądzie, miał zadatki na świetnego księgowego. Oglądał ściany groty z tym rodzajem naukowego zainteresowania, które niektórzy, co bardziej naiwni ludzie, mylili z życiową pasją. - W porządku – Stefan odkorkował butelkę – Jeden łyk wystarczy na godzinę. Eliksir Deterytoriacji powinien zmylić drania, nawet, jeśli na parę sekund. Ale w starciu z wampirem zawsze liczą się jedynie pierwsze sekundy. Obaj wychylili po solidnym łyku magicznego napoju. Ich sylwetki zaczęły się rozmazywać, by po chwili wrócić do dawnej ostrości. Jednak zdawały się one dziwnie zawieszone w przestrzeni, a może nawet bez przestrzeni… Gdziekolwiek byś nie spojrzał, tam zobaczyłbyś dwóch Łowców Potworów, nawet, jeśli umysł podpowiadał ci, że to fizycznie niemożliwe… - Idziemy! – zakomenderował Stefan – Tylko staraj się być cicho. I trzymaj kuszę w pogotowiu. Zębiasty może czaić się za każdym rogiem… Gdy tylko sangoskop zmieni kolor z błękitnego na czerwony… - Mam natychmiast stanąć i strzelać do wszystkiego, co się rusza. Wiesz, że nie jestem jakimś szczeniakiem z młodzieżówki? Oszczędź mi ojcowskich rad. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, ale nic nie powiedział. Trzymając kusze w pozycji do strzału zaczęli skradać się wąskim korytarzem. Ich buty stąpały bezszelestnie po zdumiewająco gładkiej podłodze, gdzieniegdzie upstrzonej ciemnymi stalagmitami. Z półokrągłego sufitu zwisały tysiące skalnych sopli, na ścianach widniały finezyjnie powykręcane nacieki. Grota bardziej przypominała wytworny hol bogatego domu niż naturalny twór. Korytarz opadał lekko w dół, wijąc się i co rusz zmieniając szerokość. Mężczyźni oddychali ciężko dusznym, gorącym powietrzem. Stefan, który prowadził, co pewien czas dotykał lekko wystającego z kuszy grotu strzały i mruczał do siebie „chłodna”. Marek za każdym razem przewracał oczami, aż w końcu nie wytrzymał. - Przecież masz sangoskop – zauważył. - Nie wierzę tej nowoczesnej technice magicznej, pies ją lizał – odparł z wyraźną pogardą w glosie starszy mężczyzna. – Srebro nigdy cię nie okłamie. - Dziwne… Dlaczego te stalaktyty są całkiem suche? I nie sądzisz, że za ciepło tu jak na normalną grotę? - Że co? – mężczyzna odwrócił się gwałtownie. - Nie, nic. - Zamknij się. Chyba, że masz ochotę na szybką i bolesną śmierć. - Spójrz! Sangoskop zmienił kolor na różowawy. - Mamy go! – szepnął mężczyzna. Latarka w jego dłoni drżała lekko, wysuwając migotliwe refleksy na ciemne ściany. – Jest blisko! Teraz ostrożnie, bestie są piekielnie szybkie… Lekko skuleni, z nerwami napiętymi jak postronki, zaczęli mozolnie sunąć do przodu. Niebezpieczeństwo mogło czaić się za każdym rogiem… Serce Marka łomotało w piersi zasnuwając oczy czerwoną mgiełką… Czerwone ślepia! Jego dłoń zareagowała natychmiast naciskając spust! Strzała wystrzeliła z lekkim pyknięciem i utkwiła w samym środku jarzącego się punktu. Rozległo się ciche „Psst!” i punkcik zgasł. Marek stał przez chwilę z szeroko otwartymi ustami. - Trafiłem go? – zapytał pełnym niedowierzania głosem. - Głupi! Wampiry nie robią „Psst”! – zrugał go jego towarzysz. – Co za paskudztwo? Poświecił latarką i z jego ust wydobyło się siarczyste przekleństwo. Podszedł i wyciągnął strzałę Marka ze ściany. Na jej końcu dyndała niewielka jaszczurka o złotawej skórze. Marek zamrugał i spojrzał na kryształową kulkę. Znowu świeciła na niebiesko. - Jaszczurka ognista – wyjaśnił Stefan, trzymając przed sobą strzałę. – Żywią się krwią, dlatego twój cudowny wynalazek techniki nas zmylił. - Jaszczurka ognista? – oczy Marka rozwarły się, błyszcząc niespokojnie zza okularów w drucianej oprawie. – Skąd tu się wzięła jaszczurka ognista? Przecież one kochają smażyć się w płomieniach… Żyją tam gdzie jest naprawdę gorąco, pod skorupą ziemi, w kraterach wulkanów… Stefan, gdzie my jesteśmy? - Może chciała się ochłodzić? Licho ją wie – zaryzykował mężczyzna. Marek trzęsącą się dłonią otarł pot z czoła. Jego wzrok błądził przez chwilę po ścianach korytarza. - Stefan… Słuchaj, to nie są stalaktyty. To zastygła lawa! – szepnął ze strachem i podziwem w głosie – Jesteśmy niedaleko podziemnego wulkanu! - Myślisz? – mężczyzna wpatrywał się intensywnie w jaszczurkę – Dziwne. Żaden normalny wampir nie zapuściłby się tak blisko ognia. Śmiertelnie się go boją. - Powinniśmy wracać? Stefan spojrzał na niego jak na elfa-metalowca (Był jeden taki, a jakże. Różne dziwne przypadki zdarzają się na świecie). - Chyba żartujesz! – niedbałym gestem strząsnął zwłoki gada na ziemię i oddał Markowi strzałę. – Chcesz zrezygnować, bo jeden zębiasty lubi mieć ciepło w mieszkaniu? Idziemy! Korytarz stopniowo się zwężał tak, że wkrótce musieli przeciskać się bokiem. Wtedy właśnie usłyszeli szum. Był cichy ale wyraźny. Nie musieli długo czekać by ujrzeć jego źródło. Niespodziewanie korytarz otworzył się do wielkiej komnaty. Światło latarki zbyt słabe, by ogarnąć jej ogrom koncentrowało się na niewielkich fragmentach: potężnych kolumnach z kamienia wulkanicznego, zakręconych formacjach na ścianach… zasłonie cieczy spływającej ze stropu po przeciwległej stronie komnaty. Marek wciągnął gwałtownie powietrze. - No dobra. – Stefan spojrzał na sangoskop, który w tym momencie świecił się ewidentną czerwienią. Dotknął strzały. – Gorąca. Teraz go mamy. - Stefan… To na końcu… To znaczy drugim… - Tia, za tą zasłonką. – Stefan stanowczym krokiem skierował się w stronę dziwnego wodospadu. Dłoń kolegi chwyciła go za ramię. - Stój! – syknął Marek. W jego błyszczących niezdrowo źrenicach czaił się strach – Nie widzisz co… to… jest? To nie jest normalne! Błagam cię, wracajmy! - Daj spokój! – mężczyzna strącił jego dłoń – Nie mów, że boisz się jednego bezczelnego krwiopijcy! - Ale to nie może być zwykły wampir! - Chłopcze, coś takiego jak zwykły wampir nie istnieje. – mężczyzna potrząsnął głową – Nie masz pojęcia, ilu popaprańców spotkałem w swojej karierze. Ale żaden z nich nie przeżył srebra w sercu. – dorzucił z nutą złośliwej satysfakcji w głosie. Jego dłoń wyciągnęła się w stronę zjawiskowej cieczy, która z całą swobodą żywiołu magicznego wypływała znikąd i znikała nigdzie, szumiąc przy tym bardzo realnie. - Stefan! Nie dotykaj tego! To… to jest krew!! – głos Marka brzmiał jak skowyt – Zostaw to i zwiewamy! - Głupi, to tylko iluzja! – mężczyzna splunął i wyciągnąwszy przed siebie kuszę zniknął za kotarą płynnej krwi. Marek przełknął nerwowo ślinę. Idealna ciemność nie wyglądała zachęcająco. Po chwili namysłu zacisnął powieki i trzymając palec na spuście przekroczył zasłonę. Poczuł jedynie delikatne mrowienie w okolicach karku. Po drugiej stronie znajdował się niewielki fragment groty z biegnącym dalej korytarzykiem o wysokości najwyżej metra. Stefan właśnie oświetlał latarką fragment ściany nad owym korytarzykiem. Był na nim napis. - „Witajcie w moich gościnnych progach” – przeczytał z obrzydzeniem w głosie Stefan – Raju, ten wampir musi być naprawdę nieźle popaprany. Światło latarki spełzło niżej, rozjaśniając korytarzyk. Stał w nim wielki szary wilk z karminowymi ślepiami. Stefan pierwszy raz w życiu zawahał się na ułamek sekundy. W tym przypadku miało go to kosztować więcej niż się spodziewał. Z morderczą szybkością wilk odbił się od ziemi i runął na łowcę potworów! Latarka upadła na ziemię z trzaskiem. W mózgu zastygłego w bezruchu Marka kołatała się tylko jedna, spłoszona myśl: „Wampiry nie zmieniają się w wilki!” - Stefan!! W półmroku dwie sylwetki zwarły się i przeraźliwy wrzask mężczyzny wstrząsnął ścianami groty! Przerwał go przyprawiający o mdłości dźwięk rozrywanego mięsa. Krzyk ustąpił miejsca rzężeniu, które powoli cichło… - STEFAN!! Strzała wystrzeliła, wbijając się bez hałasu w kłąb walczących. Rozległ się rozdzierający uszy skowyt i szara sylwetka znikła w mroku. Ciało mężczyzny leżało nieruchomo, wokół jego szyi rozlała się już spora kałuża krwi. - Stefan! Ste… Ste… Stefan? Stefan!! – roztrzęsiony Marek na chwiejnych nogach podbiegł do nieżywego towarzysza. Cisnął kuszę na ziemię i schylił się po latarkę… - Czekaj, muchołapie! Dwie silne dłonie chwyciły go za poły i podniosły do góry. Para zmrużonych czerwonych ślepi spojrzała mu w oczy. Z gardła Marka wydobył się jęk. - P-proszę n-nie zabijaj mnie! Liiitości! - Dlaczego, muchołapie? Wasza wina, że ignorujecie znaki zakazu! – odezwał się wampir złowrogim tonem. Marek zauważył jednak, że dyszy ciężko i drży jakby coś sprawiało mu wyraźny ból. - Błagam! - jęknął. - Ja się do was nie prosiłem – kontynuował wampir – Mam gdzieś to wasze całe magiczne społeczeństwo! Ale nie! Widzę, że nie można znaleźć na tym świecie na tyle głębokiej dziury, żeby dali ci spokój choć na jeden wiek! Bezceremonialnie cisnął Markiem o ziemię. Głowa mężczyzny uderzyła w skałę i przed jego oczami wybuchła ciemność…
**
Siedziałam po turecku na moim łóżku i pilnie udawałam, że zmagam się z zadaniem matematycznym. Występowały w nim bestie zwane ułamkami, które podobno miałam ujarzmić. Jednak o wiele ciekawszym zajęciem okazało się podsłuchiwanie kulturalnej dyskusji dobiegającej z dołu. - Gdzie się podziała ta cholerna miotła! Jak mam już iść na tą piekielną potańcówkę z diabłem w roli didżeja to muszę mieć cholerną miotłę! – to była mama. - Ależ kochanie, czemu nie polecisz na odkurzaczu? To ostatnio bardzo na topie… - spróbował załagodzić sytuację tata. - Przestań chrzanić! Gdybym tylko spróbowała przylecieć na odkurzaczu, kiju bilardowym, desce do prasowania lub innym sprzęcie domowym to moje siostry z piekła rodem nie zostawiłyby na mnie suchej nitki! - Wiem kochanie, że nie za bardzo je lubisz, ale… - Grube faszystowskie wiedźmy! - Uaaaaaaaa!! – ryknęła moja niemal roczna siostra, mocno urażona, że nikt nie zwraca uwagi na jej postępy w mazaniu kresek kredkami. - Przecież wcale nie musisz iść na Sabat – zauważył trzeźwo tata. - Co? Nie świętować Nocy Walpurgi? – oburzyła się mama – To tak, jakbym zadeklarowała się, że nie jestem czarownicą! - Przecież mówisz to od dawna. Pracujesz w niemagicznym szpitalu i mieszkasz w niemagicznym mieście po to, żeby się od nich odciąć. - Odcinam się od nich, bo są bandą kretynów! Ale chyba nie uważasz, że odrzucę lekką ręką ponad tysiąc lat tradycji? - A nie dlatego, że nie bardzo wychodzi ci to całe rzucanie czarów? Chwila ciszy. Oj. Ojciec trafił siekierą w czuły punkt mamy. - Nic nie rozumiesz! - Rozumiem. - Nie, nie rozumiesz! Nie masz zielonego pojęcia! - Twoja wina, że wyszłaś za mąż za niemagicznego idiotę! – nie wytrzymał w końcu tata – Nie obwiniaj mnie teraz za wszystko! - UAAAAAAAAAA!! – moja siostra, nie otrzymawszy pożądanych efektów, spróbowała głośniej. Do ryczanda dorzuciła walenie grzechotką w pręty łóżeczka. - Leo! Ucisz to dziecko! – wrzasnęła mama. - Jestem zajęta! Walczę z matematyką! – oznajmiłam z głębin swego pokoju, wyrysowując pracowicie na marginesie zeszytu kwiat paproci. W tym roku zamierzałam go zdobyć… Wtedy moja upiorna rodzinka będzie mi zbędna. A szczególnie wszystkie siedem ciotek. W tym momencie usłyszałam pośpieszne kroki po skrzypiących drewnianych schodach. Raz…dwa…trzy…cztery…pięć… i już na górze. To musiał być tata. Drzwi do mojego pokoju otworzyły się z trzaskiem i smętnym szelestem plakatu Czarodziejki z Księżyca osuwającego się na ziemię. - Odpadło ci coś – tata podniósł plakat i położył go na biurku. - Wiem. Przykleiłam go magicznym plastrem „Nie-Do-Oderwania” – odparłam zgryźliwie. - To ten, który nie da się oderwać sam od siebie? – zaciekawił się tata – Mama próbowała Eliksirem Odklejającym, wodną różdżką i obcęgami… Znaczącym gestem zatopiłam spojrzenie w zeszycie. - Ach, właśnie – tata puknął się w głowę. – Odrobię ci to twoje zadanie z matematyki a ty idź i uspokój te dwie kobiety. Radzę zacząć od mamy. Westchnęłam ciężko i zwlokłam się z łóżka. Byłam oazą spokoju w targanym niepokojami, połowicznie magicznym domu. No, tata też, ale on bał się mamy. A ona przecież uchodziła za najsympatyczniejszą z rodzeństwa. - I co się tak gapisz? – zapytałam swojego eksperymentalnego chomika, który wspinał się po poręczy. Zwierzę spojrzało na mnie jeszcze żałośniej zielonymi ślepiami i zamachało obiema parami miniaturowych skrzydełek. Wiedziałam, że to nie jego wina. Mama obiecała mi przecież, że dostanę od niej ognistą różdżkę i zestaw „Mój Mały Kucyk” (w promocji specjalna pasza, składana stajnia i książka „Mój kucyk: poradnik pielęgnacji”) jeśli uda mi się zamienić chomika w koczkodana. Zrobiłam już spore postępy. Na przykład powiesiłam zdjęcie koczkodana nad biurkiem. - UAAAA!! – siostra rozpoczęła trzecie natarcie. - Leo!! - Już idę, mamo! – zbiegłam po skrzypiących schodach do przedpokoju. Mama przetrząsała właśnie rozlatującą się szafę, o której tata zwykł mówić „kiedyś trzeba ją będzie wyrzucić” a mama „Jest przecież jeszcze dobra! Teraz nie robią już tak pojemnych magicznych szaf!”. Miała trochę racji. Gdy miałam trzy lata udało mi się w niej zgubić. Obecnie szafa trzymała w sobie większość magicznych przedmiotów, których mama w zwykłych okolicznościach nie chciała widzieć na oczy. Część z nich wchodziła obecnie w skład sporej wielkości stosu, leżącego wprost na kaszmirowym dywanie w nietoperze. Pomiędzy licznymi świecami we wszelkich możliwych kolorach, starymi kociołkami, zużytymi różdżkami, podartymi rytualnymi szatami i zdekompletowaną talią kart do Czarodziejskiego Gambitu spostrzegłam małe, poczerniałe lusterko z wielkim czerwonym napisem przez całą powierzchnię „Nie spoglądać!”. - Da się tędy przejść do Narni? – zapytałam z nadzieją. Mama wychyliła głowę z szafy, żeby obrzucić mnie potępiającym spojrzeniem. W dłoni ściskała smukłą, bladobłękitną pochodnię, zrobioną z Drzewa Wiecznego Płomienia, znaną także jako Pochodnia Beltane. Według tradycji, każda uczestniczka Sabatu zanosiła do swego domu płomień z Ognia Bela, na znak odrodzenia życia. - Czytasz za dużo fantastycznych głupot, Leo! – warknęła – Żałuję, że nie dałam cię do magicznej podstawówki, tam nauczyliby cię trzymać się i tak wystarczająco zwariowanej rzeczywistości! - To dlaczego tego nie zrobiłaś? – spytałam. - Bo to szkoła dla idiotów – odparła mama ponownie znikając w szafie – Nie widziałaś gdzieś przypadkiem mojej miotły? - Widziałam. - Gdzie?? Czemu nic nie mówisz?? – mama wyskoczyła z szafy i nachyliła się nade mną jak wampir nad ofiarą. - Pamiętasz jak zostawiłaś ją na podwórku po przejażdżce z ciocią Marzeną? Wilczusiowi strasznie się spodobała i zaczął się nią bawić. Tata zrobił z kija nowe grabie. – wyjaśniłam. - MOJA MIOTŁA!! – eksplodowała mama, wymachując pochodnią. Odsunęłam się trochę. – ZAMORDUJ TEGO KUNDLA!! - Zostaw Wilczusia! – wrzasnęłam bohatersko, gotowa zginąć w obronie ukochanego psa. - UAAAAA!! – dorzuciła siostra. - Kupię ci nową w „Społem”! - zaproponował tata z góry. Mamę na chwilę zatkało. - Ja… - zaczęła, gotowa znowu eksplodować. - Chcesz moją? – zapytałam. - A wzleci w ogóle? – zadrwiła mama. Poczułam się bardzo urażona. Nie wiadomo jakby potoczyła się dyskusja, ale w tym momencie zadzwonił dzwonek u drzwi. Równocześnie na tarasie wylądowała ciotka Bronchilda i otworzywszy okno balkonowe niedbałym machnięciem dłoni, władowała się do salonu. - Och, witaj Broniu! – mama uśmiechnęła się sztucznie.– Ależ po co ten dzwonek? - Bronchildo, jeśli można – wycedziła ciotka, zajmując pół kanapy.– Wiesz przecież, że czarownice, tak jak śmierć, nigdy nie pukają. A kulturalny człowiek zawsze się zapowiada. Dobrze to wymyśliłam, prawda? - Genialnie. – potwierdziła mama, uśmiechając się jeszcze szerzej. Wyglądała przy tym, jakby właśnie przełknęła pół cytryny. Pochodnia drżała niebezpiecznie w jej ręku. – A więc co cię do nas sprowadza, siostro? Przecież mamy się i tak spotkać na Sabacie. - Leokadio! Nie czaj się jak szczur, wejdź do pokoju! – warknęła ciotka. Serce podeszło mi do gardła, kiedy na mnie spojrzała. Czułam, że obiera mnie wzrokiem, jak cebulę. I byłam pewna, że wie, iż nie cierpię swojego imienia. - Leo, ciociu. – mruknęłam, wsuwając się do pokoju i siadając na brzeżku fotela. Chciałam tylko, żeby przestała się na mnie gapić tymi zimnymi błękitnymi ślepiami, które wyglądały naprawdę strasznie w pulchnej twarzy. - Jak ty ją ubierasz! Czarne spodnie, czarny sweter, okulary i To Coś na głowie! Wygląda jak wyrzutek! Przygładziłam odruchowo szopę mdłobrązowych loków, których nienawidziłam. - A więc, po co przyszłaś? – powtórzyła mama. Ciotka zwróciła swe spojrzenie na nią i machnięciem ręki przywołała najbardziej polukrowane ciastko z piętrzącego się na stole stosiku. - Chciałam cię ostrzec, że zwiększyli ochronę Sabatu. Zaprzęgli do pracy wszystkie oddziały Łowców Potworów. Będziesz musiała prawdopodobnie wylegitymować się przed wejściem. - Ale… Co się stało? – oczy mamy rozszerzyły się ze zdumienia. - Uciekł im wampir – na twarz ciotki wypełzł okropny uśmiech. – Całkiem niedaleko stąd. Zagryzł jednego z najlepszych Łowców. Jego kolega leży nieprzytomny w szpitalu. - Niemożliwe! – wykrzyknęła mama – To musiał być kolejny popaprany wilkołak! Przecież według oficjalnych raportów UOMu… - Tak, według oficjalnych raportów Urzędu Ochrony Magii wszystkie wampiry zostały wytępione ponad rok temu, z wyjątkiem kilku nieszkodliwych sztuk trzymanych w ZOO jako atrakcja turystyczna i jednego piosenkarza, który ma za drogich adwokatów – zgodziła się ciotka. - No właśnie! - No właśnie wygląda na to, że przynajmniej z jednym się przeliczyli. - Skąd pewność, że to wampir? - To jest akurat ciekawe. Początkowo wszystkie dowody wskazywały raczej na wilkołaka, na gardle denata wyraźnie widniały ślady wilczych zębów… UOM chciał nawet podtrzymać tą wersję, dobrze wiedząc, że fakt ucieczki wampira bardzo źle to wpłynie na popularność idei demilitaryzacji i rozwiązania UOMu jako przeżytku Wielkich Wojen Magów. Na rękę było im nawet to, że jedyny świadek zdarzenia wciąż jest nieprzytomny. - I co się stało? Ciotka zachichotała śmiechem, który zmroził mi krew w żyłach i przywołała kolejne ciasteczko. - Wyobraź się, że kiedy uprzątali miejsce zdarzenia, wkręcił się w ich szeregi jakiś wścibski dziennikarz z CTV i podejrzał, że sangoskop wciąż świeci się na czerwono. Była tam też podobno ułamana srebrna strzała i trochę nieludzkiej krwi, która nie skrzepła. A wiesz chyba, że jedyne stworzenie, któremu nie krzepnie krew to wampir. - Zaraz, zaraz… Tam, czyli gdzie? Ciotka wzruszyła ramionami. - Nie podawali. Ale podobno blisko Łysej Góry. Dlatego możemy być w niebezpieczeństwie. Angażują się w to strasznie, bo chcą stłumić w zarodku aferę, która mogłaby popsuć ich plany. Zresztą… Za chwilę będą wiadomości na CTV1. Sama się przekonasz. Mama pokręciła głową, ale włączyła telewizor i przestawiła na program pierwszy czarodziejskiej kablówki. Właśnie kończyła się reklama szybkoczyszczącej różdżki („Usunie nawet smugi z Niezmywalnej Farby!”). - Gdybym chciała mieć do wszystkiego różdżkę, musiałabym chyba zatrudnić tragarza! – mruknęła z pogardą ciotka. – Idioci muszą wszystko sobie ułatwiać! Ciotka Bronchilda była gorącą zwolenniczką metod tradycyjnych. Wolała trzy dni ślęczeć w bibliotece poszukując zaklęcia na usunięcie brodawki zamiast kupić w sklepie jednorazową różdżkę z gotowym czarem za 5 złotych. Właśnie na ekranie pojawiła się pełna klepsydra. Zaczynał się flesz. - Dzisiaj Noc Walpurgi, czyli Beltane, jedno z głównych świąt kalendarza magicznego! – oznajmił chudy jegomość w grafitowej szacie. – Tradycyjnie, wszystkie czarownice zbierają się na Sabacie w wyznaczonych do tego celu miejscach. Hasłem tegorocznego spotkania jest: „Diabeł nie tańczy dwa razy tego samego tanga!” Sponsorzy Sabatu, znana i szanowana firma Haggart, zaprezentują nam nową linię produktów o urzekającej nazwie „Bella magia”. Prócz znanych konkursów: Na Najskuteczniejszy Urok, Skoków Przez Ogień, Najpiękniejszą Wiedźmę, Wypiek Najbardziej Zdumiewający, Rzucania Nożem do Żab, Tańca Alternatywnego, Wyścigu Ludzi Zamienionych w Świnie, czy Najobrzydliwszego Eliksiru dla Mężczyzny, w tym roku dołączył następny, zaczerpnięty zresztą z kultury niemagicznej: Konkurs Latania Na Byle Czym! Organizatorzy Sabatu zapewniają, że nikomu nie stanie się krzywda i wszyscy bezpiecznie „dofruną na ziemię”. Mężczyzn prosimy o pozostanie w domach gdyż nie zostaną wpuszczeni na teren uroczystości. To samo tyczy się czarownic poniżej osiemnastego roku życia. Także w tym roku prosimy o zabranie dowodów tożsamości, gdyż każda czarownica ma obowiązek wylegitymować się przy wejściu! - Jak tylko odkopię mój dowód osobisty – prychnęła mama. - Wczoraj w nocy brygadzie łowców potworów uciekł wampir. Jako, że stało się to niedaleko Łysej Góry prosimy wszelkich członków tamtejszego Sabatu o zachowanie szczególnej ostrożności! Potwór jest ranny i szczególnie niebezpieczny! Prosimy, aby każdy, kto wychodzi dziś w nocy z domu miał przy sobie możliwie duży kawałek srebra. Jeśli zobaczysz stwora z czerwonymi ślepiami i kłami, odejdź stamtąd jak najspokojniej i zgłoś się do któregoś z łowców potworów, którzy będą regularnie patrolować tereny wokół Łysej Góry! - Jeszcze lepiej – powiedziała mama. - Dziś w Paryżu rozpoczął się Europejski Wyścig Jednorożców. Zwierzęta w czasie trzydniowego biegu przemierzą trasę od… - No to tyle – mama wyłączyła telewizję i oparła się wygodnie o fotel. – Mamy kolejną atrakcję. Konkurs Polowania Na Wampira.
**
Część 22 / 2
Okazało się, że ciotka nie zamierza nas tak szybko opuścić. Postanowiła poczekać aż mama przebierze się odpowiednio i razem wyruszą na Sabat. W tym czasie bawiła się z moją siostrą czerwoną błyszczącą kulką. Mała była zachwycona. Nie wiedziałam tylko, dlaczego za każdym razem, gdy mama wchodziła do pokoju, kulka jakoś znikała. - Jestem gotowa! – oznajmiła mama, ukazując się nam (to znaczy mnie, siostrze i ciotce, bo tata jakoś nie zszedł na dół) w krzykliwie pasiastej, czerwono czarnej sukni, na którą narzuciła błękitną pelerynkę, zapinaną wielką broszą w kształcie gwiazdy. Obrazu dopełniały długie skórzane buty, również w kolorze błękitnym i czarna tiara z przygiętym czubkiem, na którym zagrzała miejsce maleńka błękitna sóweczka, pohukująca zawadiacko. Gdyby nie kolor pomyślałabym, że jest prawdziwa. - Cudownie! – oświadczyła ciotka klaszcząc w ręce. – Teraz wyglądasz jak prawdziwa wiedźma! Moim prywatnym zdaniem mama przypominała wieszak obładowany superpromocjami miejscowego lumpeksu. Ale, rzecz jasna, nie powiedziałam tego głośno. Mamcia, jako jedyna nieudana wiedźma z całej genialnej magicznie rodziny, przy każdej okazji próbowała przypodobać się ciotkom. I częstokroć wcale jej to nie wychodziło. - No, Aniu, bierz swoją miotłę i lecimy! – wykrzyknęła dziarsko ciotka, dźwigając się od stołu przy wtórze rozpaczliwego skrzypnięcia torturowanej kanapy. Mama zaczerwieniła się okropnie. - Ja… Zamierzam lecieć na odkurzaczu! – wyrzuciła z siebie straszliwą tajemnicę. Skuliła się przy tym w oczekiwaniu na werbalny atak. Ciotka spojrzała na nią ciekawie. Nie wydawała się zbulwersowana. - Nie popieram tych nowoczesnych środków transportu. Ale skoro chcesz… Prawie zobaczyłam, jak mama odetchnęła z ulgą. Dziarskim krokiem wkroczyła do piwnicy, gdzie stał nasz sprzęt sprzątający. Przez uchylone drzwi słyszałam odgłos rzucanego zaklęcia… I huk spadających puszek z pokarmem Wilczusia. - No tak – ciotka westchnęła ciężko, jakby godząc się z losem. – Ania nigdy nie była dobra w czarowaniu. Jakoś jednak sobie poradziła, gdyż, kiedy wyszła z piwnicy z lekkim obłędem w oczach, odkurzacz płynął za nią, unosząc się pół metra nad ziemią. - Leo! Posprzątaj to cholerne żarcie tego cholernego psa! – warknęła. Wstałam i posłusznie ruszyłam do piwnicy. Za sobą usłyszałam jeszcze świst, gdy obie kobiety wzbiły się w niebo. „Nareszcie!” pomyślałam z ulgą. Teraz będę mogła wprowadzić w życie Wielki Plan.
**
- Tato… Tata rozłożył się przed telewizorem z puszką piwa w ręce, zgłodniałym wzrokiem śledząc wyczyny Rambo. Pozostałe trzy zgrzewki „Warki Strong” piętrzyły się tuż koło kanapy. Nie dziwiłam mu się, w końcu każdy człowiek musi się czasem odreagować. - Tak, moja mała wiedźmo? - Mogę iść do Agnieszki na noc? Będziemy się bawić z dziewczynami w Sabat. Jej rodzice się zgodzili. Tata spojrzał na mnie uważnie. - W porządku. Tylko wróć przed dziesiątą, to znaczy przed mamą. Nie chcę, żeby znowu mi zmyła głowę. - Dzięki, tato! - cmoknęłam go w szorstki policzek i uleciałam z pokoju zanim zdążył zmienić zdanie. Wiedziałam, co chcę zrobić. W tym roku pójdę na Sabat i nic mnie nie powstrzyma. Ja i moja przyjaciółka Agness zaplanowałyśmy to bardzo dokładnie. Jej rodzice o niczym naturalnie się nie dowiedzą, bo też są poza domem... Trzeba tylko jakoś poradzić sobie z problemem wieku... Kto to wymyślił, że dozwolone od lat osiemnastu? Ale nic nie szkodzi. W starych podręcznikach mamy znalazłam idealne zaklęcie. Postarzy mnie akurat o dziesięć lat i tylko na tę jedną noc. Uśmiechając się z rozmarzeniem przebiegłam po skrzypiących schodach, mijając eksperymentalnego chomika (ćwiczącego skoki na spadochronie z pierwszego piętra) i z trzaskiem zamykanych drzwi znikłam w pokoju. Przy jednej ze ścian stała prehistoryczna dębowa szafa na ubranie, pamiętająca chyba czasy Wikingów, gdyż skrzypiała bojowo przy każdej próbie uchylenia. Otworzyłam ją na oścież. W samym kąciku, pomiędzy zwiniętym popielatym płaszczem mamy a zagrzebaną w prehistorycznych zwłokach moli prehistoryczną tiarą leżał niewielki pakunek. Rzuciłam go na podłogę, co wzbiło w powietrze tumany kurzu. - No dobra - mruknęłam i z szuflady biurka wyklejonego zdjęciami kangurów, czarnych panter i szczerzących kły wywern wyciągnęłam różdżkę ćwiczebną. Tak naprawdę nie była to prawdziwa różdżka. Nie potrafiła sama z siebie czarować. Składała się z kawałka drewna brzozowego, w które wbudowano czar kanalizujący przepływ magii. Dzięki temu ułatwiała młodym adeptom przystosowanie do posługiwania się magią. Possałam w zamyśleniu koniuszek różdżki, próbując wymyślić jakieś sensowne zaklęcie. Tak naprawdę słowa nie miały wielkiego znaczenia, ale zawsze jakoś wydawało mi się, że zaklęcia wierszowanie lepiej działają. Skupiłam się równocześnie na obrazie wiedźmy w galowym stroju, który wisiał nad łóżkiem. "Chcę wyglądać jak ona..." pomyślałam "Chcę wyglądać jak ona...". Teraz najtrudniejsze. Musiałam „spojrzeć na świat przez pryzmat siódmego zmysłu, charakterystycznego dla wszelkich magicznych stworzeń, by ujrzeć i poczuć magię i by ona ujrzała i poczuła moje intencje”. Zawsze sprawiało mi to sporo trudu. Moja nauczycielka mówiła mi złośliwie, że jestem chyba "magicznie niedorozwinięta" skoro tak trudno nakłonić mi magię do ujawnienia się. Usiadłam po turecku na podłodze i spróbowałam otworzyć się na magię, wyrzucając jednocześnie z umysłu wszelkie zbędne myśli. Po kilku minutach wreszcie ujrzałam wokół siebie delikatne różnokolorowe cienie, które pojawiały się na ułamek sekundy i znikały. To nie było nawet w przybliżeniu dobrze, ale musiało wystarczyć. Wyobraziłam sobie huragan i niewielkie ognisko, i że zmieniam się w czarownicę na ścianie i poczułam, jak zwabiona obrazami Magia Powietrza i Ognia przypływa do mnie, napełniając całe ciało... Chcę wyglądać tak jak ona... Wzięłam głęboki oddech i wyprostowawszy się na całą półtorametrową wysokość dziabnęłam różdżką w kierunku paczki. - Raz! Dwa! Trzy! Chcę wyglądać tak jak ty! - wyrecytowałam. Nie czekałam długo na efekt. Nagle zrobiło mi się bardzo, bardzo gorąco... Za gorąco! Pisnęłam z bólu i zdziwienia. Powietrze wokół mnie zawirowało, rozrywając pakunek. Stare szaty i kapelusz mojej mamy wyskoczyły z niego i zaczęły kręcić się wokół mnie jak na zwariowanej karuzeli! Ja jednak tego nie widziałam, gdyż przykucnęłam, zasłaniając dłońmi oczy. Piekielne gorąco nie chciało odejść! Poczułam łzy gromadzące się pod powiekami. Nagle chłodny podmuch owiał moją nagą skórę i... koniec. Szaty zafalowały delikatnie wokół ciała i znieruchomiały. Westchnęłam z ulgą. Nie podejrzewałam, że przyśpieszone dorastanie może być TAK okropne. Podniosłam dłoń by poprawić tiarę mamy, która sterczała mi na głowie pod dziwnym kątem... Zaraz! Dlaczego moja skóra jest taka pomarszczona?? Przerażonym gestem uniosłam dłonie do twarzy... i natrafiłam na gigantyczną brodawkę wyrastającą z policzka! W ostatniej chwili stłumiłam wrzask i rzuciłam się w stronę łazienki... - Aha-ha! - zarzęziłam, wpatrując się w mój (mój??) obraz w lustrze. Ratunku, ja chyba musiałam mieć ze 200 lat!! - Mamuuuusiu! - zapiszczałam, wbijając pożółkłe paznokcie w uwiędłe policzki. - Poooomocy! - Hej, hej! Co tu się dzieje? - zapytał poirytowany głos z głębi lustra. Lustrzany Elf spojrzał na mnie badawczo. Po chwili na jego srebrzystej twarzy wykwitło zdumienie. - Leo?? Skinęłam głową, niezdolna do wypowiedzenia słowa. - A ostrzegałem, żebyś nie używała kosmetyków mamy! A przynajmniej tych sprezentowanych przez jej siostry! Jak ty teraz wyglądasz! I ta BRODAWKA! - Pomóż mi, Max! Jak mnie mama zobaczy... - No, bez takich! - elf pokręcił głową w dezaprobacie - Nie żaden Max tylko Mnemmeth Adeniusz Xenofild XXXII, syn... - Maaaaaax! – zawyłam, wytryskając fontanną łez. Elf westchnął, wyraźnie poirytowany. - Nic z tego. Wiesz dobrze, że moc mam tylko w Yule, najdłuższą noc roku. Chyba, że możesz z tym poczekać do grudnia... - Lepiej powiedz mamie. - Zabijeeee mnieee!! - z tymi słowami wypadłam z łazienki. Niemal nie rozpłaszczyłam przy tym na ścianie chomika doświadczalnego, z pełnym samozaparciem uczącego się fruwać. W biegu porwałam z biurka tomisko w błękitnej skórze o enigmatycznym tytule "Magia ciała. Proste zaklęcia dla kobiet." i rozsiadłam się z nim na dywanie. Pochlipując obficie i wycierając cieknący nos rękawem zaczęłam przewracać kartki. Co ja znowu zrobiłam nie tak? Kłopot w tym, że byłam w większości samoukiem. Wyłączna wina mamy. Nie posłała mnie do magicznej podstawówki gdyż, według niej, wykładali tam za mało takich koniecznych do życia przedmiotów jak matematyki czy geografii. Szkoda tylko, że uczyli o wiele więcej magii niż na prywatnych lekcjach, które w zamian zafundowała mi rodzicielka. Moja korepetytorka, pani Klementyna, była naprawdę miłą osobą, nie powiem. Przez pół godziny opowiadała mi o swoich kotach, ropuchach, dyniach i dzieciach. Przy tym dzieci, jak to często powtarzała, najmniej jej się udały. Potem raz pokazywała mi jakiś czar, najczęściej nic nie tłumacząc, bo przecież „i tak nic nie zrozumiem”. Na koniec rzucała ze śmiechem na ustach, że mam „przeczytać następne 30 stron i poćwiczyć to w domu”. I nigdy potem nie sprawdzała pracy domowej. Chyba bała się o stan swojego mieszkania. A mama potem dziwiła się, dlaczego nie umiem wykonać najprostszego zaklęcia czyszczącego… Znalazłam fragment i zaczęłam czytać ze skupieniem. „ … musisz bardzo dokładnie określić w myślach wiek, jak chcesz osiągnąć. Zadanie ułatwi ci skupienie się na zdjęciu osoby ci znanej, która ma na tym zdjęciu pożądaną liczbę lat …” Spojrzałam na ścianę, gdzie portret wiedźmy, ulubionej czarnej bohaterki z popularnego serialu „Zaczarowany świat” lecącego w poniedziałki, środy i czwartki na CTV3, uśmiechał się złośliwie. Na tym zdjęciu NA PEWNO nie miała więcej niż 20 lat! Znowu zajrzałam do książki. „… Pamiętaj, że czar traci działanie po godzinie. Od tego momentu, co godzinę będzie ubywał ci jeden rok…” No tak. To już mnie nie dotyczy. Przeniosłam wzrok do następnego akapitu. „Przepuść przez siebie niewielką ilość Magii Ognia* i wypowiedz słowa zaklęcia, aktywując czar.” Zamrugałam. Przecież wszystko było w porządku! Więc co… Zaraz! Gwiazdka? Spojrzałam na sam dół. „*Uwaga! Jeśli nie jesteś doświadczonym magiem, odradza się rzucania jednocześnie zaklęć Magii Powietrza, gdyż potęgują one wielokrotnie moc zaklęcia, co może przynieść niespodziewane skutki!” Jęknęłam i uderzyłam się tomiskiem w głowę. I co ja zrobiłam! Przecież to była pierwsza lekcja z rzucania zaklęć kompleksowych: „Dwie zasady podstawowe Zapamiętaj magu młody: Że Powietrze wznieca Ogień, Ogień gasi strumień Wody” Nie, Leo oczywiście musiała zapomnieć! To psucie zaklęć musi być dziedziczne… Przez chwilę miałam ochotę po prostu siąść i płakać. No to nici z zabawy. Żaden diabeł nie zaprosi mnie do tańca w takim stanie. A do tego pewnie jeszcze po powrocie będę miała porządną awanturę. Wątpliwa sprawa, czy mama będzie mi w stanie pomóc, gdyż jak znakomita większość czarownic i czarodziejów, miała straszne trudności z antyzaklęciami w okresie Przybywającego Księżyca. “Głupi Księżyc!” cisnęłam ze złością księgą o podłogę. Już czułam ścisk w gardle i pieczenie oczu, gdy pomyślałam, że bądź, co bądź w wieku dwustu lat nie wypada płakać. A na Sabacie była przecież ciotka Klotylda, uosobienie dobroci i fantastycznych pierniczków, a także jedyna krewna, którą tolerowałam. Ciotka, o ile pamiętałam z rodzinnych opowieści, zanim zabrała się za biznes cukierniczy, studiowała przez pewien czas medmagię. Może ona potrafi mnie odczarować? Z delikatną nadzieją w sercu podniosłam się z podłogi, wciskając do kieszeni różdżkę ćwiczebną. Moja koścista ręka wsunęła się za szafę i wyciągnęła stamtąd opierającą się ze wszystkich sił miotłę. Sprzęt latający wyglądał najmniej starożytnie. Te witki, które zdołały uchować się przed ząbkami Wilczusia, sterczały pod różnymi, bynajmniej nie prawidłowymi kątami. Na wytartym i nadgryzionym trzonku widniały zatarte malunki kości, czaszek, żmij, przepołowionych serc i innych przerażających symboli, namazanych przeze mnie zawczasu czarnym flamastrem. - Spoko, miotełko. To tylko mała przejażdżka – powiedziałam skrzeczącym głosem. Miotła zadrżała i spróbowała się wyrwać. Zachowywała się tak od czasu, kiedy ja i Agness postanowiłyśmy odprawić nad nią Czarny Rytuał Moccha, mający uleczyć ją z lęku wysokości. Chwyciłam ją stanowczo za trzonek, po czym siłą zaciągnęłam na balkon. - Lecimy! - wrzasnęłam nieco piskliwym głosem, dosiadając jej okrakiem. Miotła nie zareagowała. Westchnęłam ciężko i wyciągnęłam bardzo ostry scyzoryk. - Lecimy! – powtórzyłam, przykładając scyzoryk do wytartego kija. Miotła drgnęła… I trzęsąc się jak dwudziestoletni maluch zaczęła stopniowo nabierać wysokości. Uśmiechnęłam się do siebie lekko, swoim zwyczajem zupełnie zapominając o piętrzących się przede mną problemach. Nigdy nie podejrzewałam, że umiejętność “perswazji przedmiotowej”, której to namiętnie uczyła mnie kiedyś ciotka Bronchlida, tak bardzo się przyda w postępowaniu z moim sprzętem latającym. Wzniosłam się już nieco ponad rosnące w ogródku sosenki. Wyżej miotła nie miała zamiaru (już teraz zasłaniała hipotetyczne oczy pozostałymi witkami). - Wiśta wio, kara! - wrzasnęłam wobec tego i torem pijanego bąka ruszyłam w kierunku Łysej Góry.
**
Jeśli którykolwiek z niemagicznych (zwanych w skrócie nemami) zauważyłby przelatującą sześć metrów nad osiedlową ulicą staruszkę w ciemnozielonej rytualnej szacie, dosiadającą w dodatku miotły, która nie nadawała się już nawet do zamiatania, zapewne odrobinę by się zdziwił. Szczególnie, że owa staruszka wyśpiewywała na cały głos bezsensowne piosenki. Jednak, jak się okazuje, Matka-Natura nie była aż tak okrutna dla owych wypadających z okien, spadających z drabin i potykających się o antenę satelitarną na dachu biedaków. Jak wynikało z dziennikarskich raportów, w ubiegłym dwudziestoleciu było blisko dwanaście razy więcej przypadków zauważenia przez nema latającego spodka niż jakiegokolwiek objawu magii. I mniej było w tym zasług magicznego rządu niż mogłoby się wydawać. W 1616 roku słynny niemiecki alchemik Johan Herz w swym dziele „Odporność Magiczna” przedstawił wyniki swych badań nad zdumiewającą wprost cechą spotykaną u człowieka i znakomitej większości ssaków, którą nazwał odpornością magiczną. Sprawiała ona, że człowiek nie-czarodziej, był głuchy i ślepy na wszelkie objawy świata magicznego. I nie dotyczyło to jedynie samych zaklęć, ale dosłownie każdego czarodzieja, magicznego stworzenia, rośliny czy przedmiotu o właściwościach magicznych. Dodatkowo przeciętny przedstawiciel Homo Sapiens odznaczał się kompletnym brakiem wrażliwości na działanie magii (stąd nazwa zjawiska), co Herc tłumaczył tym, że również magia owego człowieka „nie widzi”. Obecnie uważa się, że odporność ta powstała w toku ewolucji i zapobiegła wymarciu społeczeństwa niemagicznego, umożliwiając przetrwanie obok siebie dwóm diametralnie różnym światom. Koegzystowały zresztą przez długie lata tak świetnie, że zdołały wytworzyć zupełnie różne kultury, kalendarze, ustroje i mapy polityczne świata. Problem odporności został częściowo rozwiązany ponad sto lat temu, kiedy to grupa wybitnych alchemików skondensowała esencję magiczną i stworzyła z niej Amulet Powrotu. Ten niewielki metalowy krążek z wygrawerowanym symbolem Pentagramu pozwolił nemom widzieć czarodzieja, który go w danej chwili nosi, umożliwiając jakiekolwiek kontakty między naszymi społeczeństwami.
** - Ach jak przyjemnie Kołysać się wśród chmur! Gdy liście drżą na drzewach i wiatru słychać szum! Ach jak przyjemnie Nam wilkołaki bić! Ogrywać biesy w karty i polską wiedźmą być! Sunęłam do przodu powoli (10 km/h) i statecznie, to unosząc się to opadając o pół metra, co zależało od prądów wznoszących pomnożonych przez amplitudę chwilowego lenistwa miotły. Hymn wiedźmy polskiej był w niemal absolutnej ciszy nieco nie na miejscu. Fałszowałam okropnie, co było policzkiem dla tutejszej populacji leśnego ptactwa. W dodatku, zawodziłam tak malowniczo, że hymn brzmiał jak pełnokrwiste “Kyrieelejson”. Las pod moimi stopami wyglądał niebezpiecznie i kusząco. Miałam wielką ochotę wylądować i pójść przez chwilę piechotą, przeciskając się między wilgotnymi gałęziami świerków... W koronach drzew paliły się niewielkie ogniki. Legenda głosiła, że zapalała je sama Hekate, władczyni duchów i patronka wiedźm. Wskazywały one czarownicom drogę, ale i ostrzegały, że las w Noc Walpurgi nie jest bezpiecznym miejscem dla żadnego żywego stworzenia. Dziś różnorakie widma, demony, sylfy, zjawy i wszelkiej maści niematerialne stwory także miały swoje święto. W pewnym momencie nawet poczułam, jak coś na pograniczu materialności musnęło moją nogę. W ciepłym powietrzu rozległ się czyjś dźwięczny śmiech. Przed sobą widziałam rozświetlony magicznymi lampionami szczyt Łysej Góry. Z tej odległości nie byłam w stanie rozróżnić pojedynczych postaci, ale zauważyłam, że jest ich bardzo, bardzo dużo. Setki, może tysiące? - Stówą, miotełko, stówą! - pogoniłam ją zamaszyście, klepiąc dłonią trzonek. W odpowiedzi jakby zwolniła. A nawet zaczęła opadać. - Szybciej, ty spróchniała podpałko do kominka! - wrzasnęłam, kopiąc powietrze nogami. - Bo nie zdążę na inaugurację! Moje stopy musnęły górne gałęzie sosen. Spojrzałam z desperacją w dół. Wciąż traciliśmy wysokość. - Co ty, głupia? W górę, mówię! W GÓR!! Miotła nagle zatrzymała się i zatrzęsła jak w febrze. - W GÓR!! NIE SŁYSZYSZ? Sprzęt latający chyba nie słyszał, gdyż właśnie w tym momencie stracił przytomność i morderczym korkociągiem runął w dół... - Aaaaaaa...! Trzask łamanych gałęzi i skręcający wnętrzności odgłos uderzenia w ziemię. Moje plecy i głowa zetknęły się z nią w sposób niezwykle brutalny. Przed oczyma wystrzeliły mi srebrne iskry...
- Proszę pani? Proszę pani! Niechętnie uchyliłam powieki. Nade mną pochylała się młoda czarownica. Miała śliczne czarne włosy spływające w kaskadach na purpurowy płaszcz. Spoglądała na mnie z przestrachem, czego początkowo nie mogłam zrozumieć. Otworzyłam usta, żeby zapytać, co się właściwie stało i dlaczego, na Zieloną Wiedźmę, leżę na jakimś wilgotnym paskudztwie. Jednak ten ruch obudził omdlewający ból głowy, który co gorsza promieniował do pleców. Jęknęłam rozdzierająco. Na pewno złamałam sobie kręgosłup... - Boooli! - zapłakałam nie zważając, że mój szloch jeszcze bardziej wzmaga dolegliwości - Moja głoowa! Ałaj! Jeśli nawet miała jakiekolwiek wątpliwości, co do stanu mojego umysłu, czarownica (A może to były trzy czarownice? Wzrok płatał mi dziwne figle.) nie dała tego po sobie poznać. Z cichym westchnieniem sięgnęła do stylowej podróżnej torby i wyciągnęła stamtąd bezbarwną buteleczkę. Torba wzbudziła we mnie natychmiastową dziką zazdrość. Była śliczna, uszyta z sieci pajęczynówki srebrnej. Pojemna, z dwudziestoma jeden kieszeniami w tym siedmioma magicznymi, błyszczała się delikatnie w świetle gwiazd. Ostatni krzyk mody. Wpatrywałam się w nią przez chwilę zachłannie, układając w myślach listę świątecznych życzeń. Nie zauważyłam nawet, że podniosłam się w międzyczasie do pozycji siedzącej, zupełnie zapominając o bólu. - Proszę pani! Proszę to wypić! Jeszcze bardziej zaniepokojona czarownica podetknęła mi pod nos trzy buteleczki. Po dłuższej chwili namysłu wybrałam środkową i wychyliłam ją jednym haustem. Kątem oka zauważyłam sześć czerwonych plamek błyszczących na tle pobliskiego krzaka. Mrugnęłam i plamki znikły. Demon? Chyba naprawdę było ze mną źle... Eliksir zadziałał natychmiast i ból przeszedł jak ręką odjął. Westchnęłam z ulgą. - Nic sobie pani nie złamała? - zapytała z troska w głosie młoda czarownica - W tym wieku powinna pani bardzo uważać, nietrudno o wypadek. Musiałam dziwnie na nią spojrzeć, gdyż zamilkła. - Ja... - zaczęłam, ale w porę przypomniałam sobie, że jestem teraz pomarszczoną, bezzębną, powyginaną reumatyzmem staruszką. No, może wyjąwszy brak zębów. - Dobrze się czuję. - mruknęłam i wstałam powoli, starając się przy tym nie zwracać uwagi na przyprawiający o mdłości trzask w stawach. Miotła, do tej pory przyczajona za jedną z sosen, wychyliła się niepewnie. Zignorowałam ją zupełnie. Nigdy w życiu już na nią nie wsiądę, to wiedziałam na pewno. Postanowiłam w duchu sprzedać ją możliwie tanio na najbliższym Targu Magicznych Rupieci i Sprzętu Nadużytego. - Chodźmy więc. - oświadczyła stanowczo czarownica. Chwyciła swoją miotłę (najnowszy model, ze wstecznym biegiem i wysuwanym lusterkiem) i niedbałym gestem przerzuciła ją przez ramię. - Doprowadzę panią do Bramy Sabatu. - Eee... Dzięki. - mruknęłam i posłusznie poszłam za wiedźmą. W gruncie rzeczy czułam do niej wdzięczność, nawet, jeśli obnosiła się ze szpanerskimi rzeczami. Bez niej pewnie nie doszłabym na miejsce. Byłam ogólnie znana z gubienia drogi między szkołą a domem, szczególnie w czasie mgły. Zapytana zaś o stronę w którą trzeba skręcić zawsze wskazywałam zły kierunek. A nawet jeśli kierunek udało mi się przepowiedzieć szczęśliwie, już i tak byliśmy za skrzyżowaniem.
- Słyszała pani o tym wampirze, który lata na wolności? - zapytała nagle czarownica. Byłyśmy juz dosyć blisko, wnioskując z radosnego gwaru, który sączył się przez naturalną ciszę lasu. - Podobno to seryjny zabójca. Wymordował sześciu łowców potworów i zniknął bez śladu. To by było naprawdę STRASZNE spotkać się z nim oko w oko, prawda? Wyglądała na bezgranicznie zachwyconą tym projektem. - Pewnie tak. Ja bym się bała. - mruknęłam, posyłając na boki spłoszone spojrzenia. A co jeśli on tu naprawdę jest? Zaraz wyskoczy zza tego wysokiego krzaka po lewej stronie i rzuci się na nas... Zadrżałam. - Niech się pani nie martwi, Urząd Ochrony Magii przysłał tu tylu łowców potworów, że nawet żmijomrówka się nie przeciśnie, a co dopiero wampir! - pocieszyła mnie czarownica. Akurat stanęliśmy przed Bramą Sabatu. Drewnianą ramę w kształcie półkola oplatały obficie grube łodygi Bluszczu Smokożernego, bardzo ostatnio modnej transmagicznej rośliny. Ich gałęzie eleganckimi falami spływały w dół, zasłaniając całkowicie wnętrze Kręgu Sabatu, jak zwano miejsce odbywania się uroczystości. Na górnej framudze utworzony ze sztucznych kwiatów paproci napis oznajmiał uroczyście: "WITAMY NA SABACIE BELTANE ROKU 1994" Dwóch mężczyzn w ciemnozielonych mundurach zastąpiło nam drogę. Na ich piersiach widniał wyszyty symbol Łowców Potworów: wąż opleciony wokół srebrnej strzały. - Dowody osobiste, proszę! - odezwał się jeden z nich. Młoda czarownica bez wahania wyciągnęła błękitną plakietkę i przeszła na drugą stronę. Nagle zrobiło mi się bardzo, bardzo zimno. - Pani dowód? - zapytał uprzejmie drugi z Łowców. - Erm... ja... to znaczy... ja... - wydusiłam z siebie nerwowo, w dzikiej desperacji przeszukując kieszenie. Oczywiście, nic w nich nie było. - Ja gdzieś... ja musiałam... - rozłożyłam ręce w bezradnym geście. - Nie możemy pani wpuścić bez dowodu. - Ale ja... - Hej, Daniel, nie bądź no taki służbisty! - prychnął pierwszy Łowca - Babcia się chce zabawić, będziesz jej bronił? Może to jej ostatni raz? Przez chwile stałam nieruchomo, rozdarta między chęcią okazania mu wdzięczności a nawrzeszczeniem na niego, że nie stoję bynajmniej na progu śmierci. Po chwili jednak zdecydowałam się na milczenie i przestąpiłam przez Bramę Sabatu. Gałęzie bluszczu odsunęły się delikatnie na bok, gdy przechodziłam. Po drugiej stronie zobaczyłam całkiem inny świat. Byłam na środku jednej z prowizorycznych uliczek wytyczonych pośród natłoku straganów które wyglądały, jakby z braku miejsca próbowały zgnieść te stojące obok siebie. Cała ziemia pod moimi stopami była wysłana kwieciem w takich ilościach, że tworzyło ono gruby dywan, w którym zapadałam się po kostki. Zobaczyłam, że czarownica przede mną zdejmuje buty i bez namysłu uczyniłam to samo. Płatki były chłodne i miękkie jak jedwab. Odrzuciłam buty na stos innych, leżących wokoło obwiązanego kolorowymi wstążkami słupa majowego i ruszyłam zwiedzać. Na drewnianych ławach były wyłożone najbardziej fantazyjne magiczne produkty jakie można sobie wyobrazić. Wszelkiego gatunku różdżki, zarówno jednozaklęciowe jak i wielokrotnego użytku piętrzyły się w równych stosach. Przy jednym ze straganów, wyjątkowo przestronnym i gustownie oświetlonym, firma Haggart oferowała ochotniczkom darmowy makijaż. Tuż obok krępa wiedźma donośnym głosem targowała się o cenę czterowymiarowego kufra z możliwością regulacji temperatury w każdej z kieszonek. Po drugiej stronie sprzedawano samorozpakowywalne pokoje ("Promocyjna cena! Tylko 10 złotych za metr kwadratowy!"). Młoda czarownica, będąca na oko w ostatnim trymestrze ciąży, oglądała z zainteresowaniem ogromnego pluszowego miśka, zmieniającego barwę w zależności od potrzeb niemowlęcia. Eteryczna wróżka wyglądająca na lżejszą od własnego cienia zachwalała cienkim głosikiem “oko szamana”, amulet prosto z Czarnej Afryki, który pozwalał ci widzieć to, co znajdowało się za twymi plecami. Wiedźma z jednym okiem zasłoniętym przepaską konfidencjonalnym tonem proponowała pełną garść ogni Świętego Wita dla nieszczęśliwych małżonek żeglarzy. Grubiutka kobiecinka o poczciwej twarzy chichotała, sprzedając czarny eliksir o nazwie “Wodospad Rozkoszy” jakiejś wyjątkowo zdesperowanej wiedźmie. Ludzie tłoczyli się przy straganie, gdzie zażywna czarownica w pasiastej sukni wystawiła na sprzedaż akcesoria dla magicznych zwierząt. Spoglądałam przez chwilę z utęsknieniem na bladobłękitną smycz antyogniową dla miniaturowego smoka i sztuczny skarb do wysłania legowiska. Wiedziałam doskonale, że mama nigdy w życiu nie pozwoliłaby mi na takiego zwierzaka. Nawet jeśli pominąć jego horrendalną cenę (23000zł za najtańszą, brązową barwę, 48000zł za srebrną). Pomiędzy straganami trwało zaś istne szaleństwo. Tłum czarownic przelewał się wąskimi uliczkami i zdawało się że z chwili na chwilę gęstnieje. Nie mając większego wyboru, ruszyłam wraz z nimi. Szliśmy wyraźnie ku środkowi Kręgu Sabatu. Stragany znikły, zaś ich miejsce zajęły liczne namioty rozstawione wzdłuż podzielonej na rozmaitej wielkości prostokąty ziemi. Nad wejściami do owych prostokątów wisiały rozmaite napisy, jak "Konkurs Tańca Alternatywnego", "Wyścig Ludzi Zamienionych W Świnie", "Konkurs Instytutu Wynalazków Spożywczych na Wypiek Najbardziej Zdumiewający" (wśród rozstawionych stołów ujrzałam przez chwilę krwistoczerwoną suknię i biały fartuch ciotki Klotyldy) czy "Konkurs na Najpiękniejszą Wiedźmę" (nie zdziwiłam się zbytnio, gdy w kolejce do rejestracji na konkurs ujrzałam moją niedawną zbawicielkę). Tłum przede mną zatrzymał się. Staliśmy wokół okrągłej polany, z środka której wystawał na dobre pół metra kolisty bazaltowy podest. Jego centralna część była wydrążona, tworząc coś w rodzaju studni. Pływające nad naszymi głowami magiczne lampiony zmieniły kolor ze złotego na krwistoczerwony, zalewając stojący tłum upiornym blaskiem. Na polanie zaległa śmiertelna cisza. Unoszący się nad sceną napis "Diabeł nie tańczy dwa razy tego samego tanga" zdawał się być utworzony z żywego ognia. Nagle rozległ się wybuch i w kaskadzie iskier na podeście pojawiła się postać Mistrza Sabatu. Istota w czarnej pelerynie zaśmiała się upiornie, ukazując zgromadzeniu parę złotych oczu błyszczących zimno w bardzo bladej, choć niewątpliwie ludzkiej twarzy. Spomiędzy czarnych kędziorów wystawała para kryształowych rogów. Przez moment wydawało mi się, że pod szerokim płaszczem dostrzegam delikatny ruch ogona. Tłum milczał, wyczekując w napięciu czegoś, co za chwilę miało się zdarzyć. Mistrz obejrzał zgromadzenie, uśmiechając się do siebie z ukontentowaniem. Jego dłoń w czarnej rękawicy sięgnęła pod płaszcz i po chwili pojawiła się znowu, dzierżąc pochodnię, w całości wykutą z lazurytu. - Witajcie w tą gorącą, kwietniową noc wy wszystkie, które odważyłyście się przekroczyć zaklętą bramę Kręgu Sabatu! Witajcie na święcie boga Bel, pana światła, odnowy i wiecznej miłości! - zagrzmiał jego donośny głos. - Witaj, Mistrzu! - odpowiedział mu tłum czarownic. - Wchodząc tutaj zostawiłyście na zewnątrz swe zewnętrzne żywoty i troski! I od tej chwili aż do wschodu słońca jesteście Wiedźmami, wolnym ludem, który nie wstydzi się brać całymi garściami wszystkiego czego chce od życia! Czyż nie? - Tak, Mistrzu! - A więc jesteście gotowe oddać się piekielnym rozkoszom Nocy Walpurgi? - Tak, Mistrzu! - Jesteście gotowe zatracić się w diabelskim tańcu i świętym ogniu pana tego Sabatu? - Tak Mistrzu! - Doskonale! Zdajcie się więc na jego łaskę! Niech bóg Bel oczyści z wasze dusze z wszystkiego co złe i zewnętrzne, niech wypali je w swych płomieniach! W miarę mówienia jego głos potężniał, zdawało się, że wypełnia sobą całe powietrze, że powietrze drży czując jego obecność... Mistrz uniósł dłoń ku górze i nagle całe niebo rozjarzyło się tysiącami spadających gwiazd, zbliżających się w naszą stronę z zawrotną prędkością... Tuż nad naszymi głowami gwiazdy rozprysły się na kształt kwiatów paproci, pokrywając niebo aż po widnokrąg barwną siatką do złudzenia przypominającą żywą, pulsującą magię... Wielobarwne płomienie opadły na nas, między nas, w nas, przenikając nasze cielesne powłoki jakbyśmy nie były niczym innym tylko złudzeniem, cieniami które mogą rozsypać się w nicość przy najlżejszym wietrze... Poczułam w sobie nagłe ciepło i nagle doznałam wrażenia, że byłabym w stanie za pomocą mojej magii przenosić góry i topić miasta. Wrażenie znikło równie szybko jak się pojawiło i po chwili rozglądałam się dokoła skonfundowanym wzrokiem. Nie byłam w tym odosobniona. - Teraz jesteście godne wzięcia udziału w Sabacie! - odezwał się znowu Mistrz. - Czas zapalić ogień Bela! Jego dłoń dzierżąca pochodnię uniosła się do góry i na szczycie pochodni błysnął płomień. Mistrz cisnął zapaloną pochodnię do studni na środku podestu. Nie minęła chwila, kiedy z jej wnętrza buchnął wysoki na metr płomień, rozświetlając setki roziskrzonych oczu i pałających policzków. - Tegoroczny sabat Beltane uważam za rozpoczęty! Czyńcie co chcecie, wiedźmy, byle nie krzywdzić innych! Z tymi słowami Mistrz Sabatu skoczył w sam środek płomieni i znikł. Tymczasem na parkiecie pojawiła się grupka czarownic w mocno wyciętych, karminowych sukniach narzuconych na nagie ciało. Tańczyły Diabelski Taniec i to w dodatku jego bardzo sugestywną wersję. Jak dla mnie, wyglądało to dosyć niesmacznie, szczególnie, że miedzy nimi uwijały się jakieś postacie. A raczej cienie, gdyż to czym były nie wydawało się zbyt materialne. Jedna z tych postaci nagle wywaliła do publiki czerwony jęzor, przyprawiając mnie o dreszcz strachu i obrzydzenia. Przecisnęłam się z trudem pomiędzy powoli rzednącym tłumem i ruszyłam jedną z licznych alejek. Pomniejsze konkursy miały się za chwilę rozpocząć. Później przyjdzie czas na te wielkie i prestiżowe, zaś kulminacyjnym punktem miał być taniec Najpiękniejszej Wiedźmy z Mistrzem Sabatu. Tyle wyczytałam z tablicy informacyjnej, wiszącej na skrzyżowaniu uliczek. Ciekawe, że jako pierwszy występował "Konkurs Latania na Byle Czym". Przez chwilę nęciło mnie, żeby zgłosić się ze swoją miotłą... No, ale obejrzeć warto. Choć najpierw muszę znaleźć ciotkę Klotyldę, żeby wreszcie mnie odczarowała. Minęłam szybkim krokiem namioty wróżek, a szczególnie jeden opatrzony napisem "Wróżka Alice odsłoni przed tobą przyszłości mgłę; Więc jeśliś odważna, w me progi wejdź". Mama mojej przyjaciółki, jedna z najbardziej zwariowanych wróżek jakie znała Polska, mogła mnie w końcu rozpoznać. Przynajmniej rozpoznawała w tych rzadkich momentach, kiedy akurat interesował ją świat teraźniejszy. Byłam obok czarnego namiotu opatrzonego świecącym w ciemnościach napisem: “Wywoływanie duchów. Twój belfer, zamordowany mąż, niewierna żona, twój sąsiad, czy nawet prezydent Stanów Zjednoczonych. Szeroki wybór ofert za niewielką opłatą. Satysfakcja gwarantowana. Minimum obrażeń cielesnych. Za podwójną cenę podejmiemy się nawet sprowadzenia twojej teściowej”, kiedy gong wydzwonił początek…