Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 17 min czytania

Wampir ze Szczyrku

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1 Robert usiadł na dużym kamieniu, leżącym przy zielonym szlaku na Małe Skrzyczne. Wyciągnął chusteczkę i wytarł resztki krwi wokół ust. Czuł się nasycony. Szkoda tego dyżurnego ratownika GOPR’u, ale o tej porze roku ciężko o zdobycz - pomyślał. W końcu października turystów jak na lekarstwo, a miejscowi od dawna nie zapuszczają się w rejon Skrzycznego. Przez jego lenistwo, w Szczyrku i okolicach zapanowała psychoza strachu. Zaginięcie ośmiu osób w kilka miesięcy, nie jest normalne. Zostało pół godziny do wschodu słońca. Zielony szlak był jego ulubionym. Przejście ze Skrzycznego w kierunku Malinowskiej Skały ukazywało najpiękniejszy widok na Szczyrk. Mimo sporej odległości i lekkiej mgły, rozpoznawał wszystkie domy, pensjonaty, hotele. Także szkołę i sklepy. Na wybiegu klubu jeździeckiego biegały już konie. Za główną drogą, majestatycznie wznosiły się zbocza Klimczoka, na których budziły się do życia poszczególne domostwa. Delektował się obrazem, dyskretnie zerkając na horyzont. Wbrew legendom, słońce nie było jego śmiertelnym wrogiem. Podobnie jak czosnek czy osikowy kołek. Ale słoneczne promienie przyspieszały starzenie się jego ciała. W jego wieku nie miało to już istotnego znaczenia. Koniec zbliżał się sam z siebie, naturalnie. Zagrożenie dla życia stanowiła jedna rzecz, tylko jedna… Posiadał zdolność do szybkiego przemieszczania się. Jego ostatnia kryjówka znajdowała się w jaskini obok Malinowskiej Skały. Nie w tej - powszechnie znanej, ale leżącej w trudno dostępnym fragmencie lasu. Miał wynajęty pokój w Biłej. Jednak pojawiał się tam dwa razy do roku. Oficjalnie, jako pisarz i poeta. Podczas pobytu w Szczyrku, nigdy tu nie polował. Teraz złamał zasadę. Wstał, ostatni raz spojrzał na dolinę Żylicy. Pięknie tu – pomyślał. Wziął głęboki oddech, przewiesił przez ramię ciało ostatniej ofiary i pobiegł do kryjówki.

2 Ksiądz Bartłomiej Klimczyk wszedł do kościoła św. Jakuba. Podszedł do ołtarza i uklęknął. Modlił się w ciszy i skupieniu. Najstarszy kościół w Szczyrku powstał ponad dwieście lat temu. Zbudowany z drewna posiada niepowtarzalny klimat. Przy jego budowie zginęło kilka osób. Ale większa tajemnica okrywała zaginięcie pięciu robotników. Nigdy nie odnaleziono ich ciał. Skrywane przed światem zapiski w księgach kościelnych, mówią o demonie, który nawiedził Szczyrk. Ludzie znikali w tajemniczych okolicznościach. - Witam księdza, niech będzie pochwalony – szeptem odezwał się burmistrz. - Na wieki wieków – odpowiedział ksiądz. - Poczekam na księdza przed kościołem – powiedział burmistrz i wyszedł. Burmistrz dopiął swego. Niezależnie od działań policji, włączył księdza Klimczyka do swojego sztabu kryzysowego. Był najlepszym w Europie specjalistą od niewyjaśnionych zjawisk. Do tego podobno góral. Nikt jednak nie znał jego życiorysu. Wierzył, że ksiądz pomoże w wyjaśnieniu tajemniczych zniknięć w mieście i okolicach, tym bardziej, że wszyscy mieszkańcy są przekonani o pojawieniu się diabła. Po wyjściu z kościoła, obaj udali się do Urzędu Miasta. W gabinecie burmistrza czekało już kilka osób. Burmistrz wprowadził księdza w szczegóły sprawy, opisując historię wszystkich zaginięć. Starali się wszystko trzymać w tajemnicy, w obawie o turystów. W końcu, to z nich żyli. Najdziwniejsze było zniknięcie Jakuba z Cyrnej, który wyszedł przed dom po drewno. Odnaleziono po nim tylko zakrwawiony łańcuszek z medalikiem. Zresztą, znalezionych łańcuszków było więcej. Wszystkie zniknięcia łączyła wieczorna pora i nieliczne ślady. Te, odkryte w błocie niedaleko domu Jakuba, były dziwne. Czy człowiek może stawiać kroki, długie na ponad trzy metry? Policja odkryła, że ślady prowadzące w las, były zdecydowanie głębiej odciśnięte, niż prowadzące do domu. Jakby ktoś niósł coś ciężkiego. Ale na Boga, takie długie? Po zdarzeniu, pies Jakuba pozostawał w szoku przez kilka dni. Ten wielki Kaukaz trząsł się jak galareta. W końcu zdechł. Podnieceni i przerażeni prelegenci, opowiadali księdzu o wszystkim, o czym wiedzieli. Żal wszystkich zaginionych, szczególnie dzieci. Strach przed kolejnymi zbrodniami zawładnął umysłami mieszkańców. Zadawali sobie pytania: kto następny? - Dobrze, a co mówi policja? – zapytał ksiądz. - Nic. Twierdzą, że prowadzą dochodzenie, ale nie mają żadnych konkretów – odpowiedział burmistrz. – Podobno sprawę prowadzi już zespół z Warszawy, ale nie przekazują nam zbyt wiele informacji. Tajemnica śledztwa. No i twierdzą, że to nie diabły czy demony, ale pewnie zbieg okoliczności. Nie ma dowodów na zbrodnie. Bo nie ma ciał… - O naszym proboszczu też nie ma wieści. A przecież zaginął ponad tydzień temu – dopowiedział jeden z mieszkańców. – To był taki dobry człowiek. - A może żyje? – zapytał retorycznie, choć bez przekonania dyrektor Centralnego Ośrodka Sportu. Ksiądz Klimczyk był prawie pewien, co stoi za tą tajemnicą. Ostatnią udaną misję odbył na Litwie. Było podobnie. Ludzie znikali, a jedynym śladem były łańcuszki z medalikami. Podobny przypadek rozwikłał po trzech latach pobytu na misji w Ekwadorze. Długo, ale tam było trudniej. Niedostępne lasy i góry, zastraszeni tubylcy i do tego powszechne czczenie różnych Bożków. Niewielu miał sprzymierzeńców. Zresztą, potrzebował ich tylko za przewodników. Do pokoju weszła sekretarka. Na twarzy miała odciśnięty strach. Z trudem opanowała drżenie ciała. - Na górze, zaginął dyżurny ratownik – wycedziła cicho. – Boże, to się nigdy nie skończy – powiedziała przez łzy. Na chwilę zapanowała cisza. Większość opuściła wzrok. Ktoś zaczął się modlić, klękając przy księdzu. Ktoś inny jęcząc niezrozumiale, wybiegł z pokoju. - Dobrze, chyba wiem co zrobić – rzekł ksiądz. - Będę potrzebował pomocy kilku mężczyzn, silnych i znających pobliskie szlaki i góry. Na twarzach uczestników spotkania pojawiło się zakłopotanie. Wszyscy chowali się po domach, nikt nie wychodził na zewnątrz po zmroku. Pilnowali się nawzajem, a strach był powszechny. A tu zorganizować grupę? Do czego? Mamy walczyć? - Jeśli można, po co ta grupa? – zapytał niepewnie burmistrz. - On sam nie odejdzie – spokojnie odpowiedział Klimczyk. – O piętnastej spotykamy się na dole. Ksiądz wszedł do przygotowanego dla niego pokoju, zamknął drzwi i usiadł w fotelu. Wiedział, że to nie demon. Ani żaden duch czy diabeł. Ich drogi krzyżowały się od dawna. Ale nigdy nie dorwał go w Polsce. Teraz jest szansa – pomyślał. Z torby wyciągnął niewielką książkę. Po okładce było widać, że jest to bardzo stary egzemplarz. Mimo, że przez lata poznał jej treść na pamięć, zaczął kartkować i czytać. Potrzebował czasu na dopracowanie planu. Teraz, albo nigdy…

3 Robert obudził się wcześniej, niż zwykle. Odczuwał dziwny niepokój. Niczym nieuzasadniony, żadnych powodów. Intuicja i przeczucie podpowiadały, że coś jest nie tak. Muszę się stąd wynieść na jakiś czas – pomyślał. Zaczął wspominać początki. Jako młodzieniec, przybył w te okolice w XV wieku, wraz z koczownikami z Bałkanów. To oni, wraz z różnej maści polskimi uciekinierami, zapoczątkowali osadę. Wtedy było łatwo o zdobycz. Wielu wędrowców, o których nikt nie pytał, nikt ich nie szukał. Nie było też policji, telefonów i komputerów. Prawdziwe Eldorado przyszło wraz z rozpoczęciem wyrębu okolicznych lasów. Wielu ludzi kręciło się po górskich lasach. Pamiętał, jak budowano kościół św. Jakuba. Zwłoki zaginionych robotników do dziś leżą pod kościołem. Ludzka krew była koniecznym uzupełnieniem. Na co dzień, zadowalał się zwierzętami. Wtedy, zabite owce i krowy, szły na konto wilków i niedźwiedzi, które do XIX wieku żyły w okolicznych lasach. Kolejne dobre czasy przyszły wraz I wojną światową, gdy w Szczyrku otworzono lazarety. Tu dochodzili do siebie ranni żołnierze wojsk austriackich. Zatrudnił się do pracy przy rannych, aby być bliżej pożywienia. Od lat przemieszczał się w różne miejsca, w których przebywał dwa, trzy razy w roku. Wędrował na Słowację, gdzie po zaginionych Cyganach nikt nie płakał. Robił wypady na Litwę, do Rosji i do Skandynawii. Ale zawsze wracał do ulubionego Szczyrku. Przez lata toczył boje o terytorium. Nie tylko ze swoimi, których było już niewielu. W całej Europie raptem kilkunastu. Reszta wyniosła się, głównie do Afryki i Ameryki Południowej. Tam mieli większą swobodę działania. Muszę wrócić na kwaterę, rozejrzeć się w sytuacji – pomyślał. Zabrał ciało ostatniej ofiary i zaniósł na prowizoryczny cmentarz w lesie. Nie stawiał im krzyży, ale zawsze dbał o ostatnie miejsce spoczynku swoich ofiar. Miał do nich szacunek.

4 Na zbiórkę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wampir ze Szczyrku — czytnik · opowiadania