Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 25 min czytania

Warlocks

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Warlocks Weszli do budynku tak aby nikt ich nie zauważył. Był co prawda środek dnia, ale dla niezwykle utalentowanych adeptów sztuk walki, ukrycie się w tłumie nie było trudnym zadaniem. Zwłaszcza w tak dużym tłumie jaki był przed głównym budynkiem politechniki. Obaj mieli dokładnie sprecyzowane cele, więc nie błądzili i nie przykuwali zbytniej uwagi. Udali się bezpośrednio do odpowiedniej sali i czekali. Musieli wybrać najbardziej odpowiedni moment. Zauważyć szansę, która zdarza się raz na milion. Tylko raz mogli sprawdzić w sposób niezauważony jak bardzo dobry jest ten, którego szukali. Wreszcie się pojawił. Wyszedł na korytarz rozmawiając z parą studentów a jednocześnie sprawdzał dokument, które mu wręczyli. To był właśnie ten moment. Ukoq wyprowadził krótki i szybki cios ręką, ale ku swojemu zaskoczeniu trafił na perfekcyjny seikuuken. Nawet nie zdołał zauważyć w którym momencie rywal odbił jego dłoń. Na dodatek wyglądał jakby nigdy nic – nie wybiło go to z rytmu. Jako drugi postanowił zaatakować Narion. Widząc dogodną sytuację kopnął rywala z całej siły. Lecz i ten atak został zatrzymany, zanim nawet doszedł do połowy odległości między wojownikami. Całkowicie zaskoczony, cofnął się i przewrócił. Dopiero w tym momencie cel ataku spojrzał na niego. - Oh, przepraszam, popchnąłem pana? - Nie, skądże. Źle stanąłem. – Odpowiedział Narion wstając szybko. – Chcieliśmy właśnie z panem porozmawiać. Można? - Oczywiście, tylko dajcie mi minutkę, skończę to. – Tajemniczy osobnik porozmawiał jeszcze chwilę ze studentami, po czym zaprosił dwóch podejrzanych wojowników do sali, gdzie wcześniej były prowadzone zajęcia. Gdy tylko zamknęły się drzwi skierował swój wzrok chłopaków. – Macie szczęście, że byliśmy w miejscu publicznym. Inaczej z takimi umiejętnościami jakie macie, zaatakowanie mnie mogło się dla was bardzo źle skończyć. Gadajcie kim jesteście i co chcecie? - Proszę nam wybaczyć. Chcieliśmy tylko sprawdzić czy to naprawdę pan. Mieliśmy pewną wątpliwość. Proszę nas zrozumieć. – Ukoq ostrożnie dobierał słowa. Co prawda nie czuł żadnej morderczej aury, ale wcześniejszy pokaz wzbudził w nim respekt do mężczyzny. – Jeden z najlepszych wojowników w kraju prowadzi zajęcia z informatyki. Trochę to podejrzane. - Algorytmów genetycznych, ale to szczegół. Ech… - Mężczyzna westchnął głośno patrząc przez okno. – To były stare dobre czasy. Ale co to ma do rzeczy? - Chodzi o naszego mistrza. Vodnique. Potrzebuje pomocy! – W oczach Nariona widać było desperację. - Vood potrzebuje pomocy? - Tak. Proszę pozwolić, że wszystko wytłumaczę. Otóż, zaczęło się od tego, że od kilku miesięcy mistrza nękało kilku tajemniczych typków. Chcieli aby dołączył do ich grupy. Ale on się nie zgadzał. Mówił, że nie będzie zajmował się żadnymi złymi rzeczami, a poza tym jego marzeniem jest aby wciąż prowadzić naszą szkołę. Ja i Narion jesteśmy jego najlepszymi uczniami. Jednak pewnego dnia, ci faceci się zdenerwowali i wzięli go podstępem. Wrzucili nam gaz usypiający do sali, a gdy się już obudziliśmy mistrza nie było. Szukaliśmy go wszędzie ale bez skutku. Obawiamy się, że został porwany przez nich. Dlatego właśnie tu jesteśmy. Kilka dni zanim to nastąpiło, mistrz poinstruował nas, że gdyby coś się stało, mamy zwrócić się do pana – bo jedynie pan będzie w stanie udźwignąć ciężar Debeefa. - Heh. Spokojnie, nie ma co się martwić o starego Vooda. Poradzi sobie z każdym. Pewnie za kilka dni wróci i powie, że skopał wszystkim tyłki. - Minął już miesiąc odkąd zaginął. – Narion odpowiedział szybko. – Spodziewamy się najgorszego. - Hmm, to faktycznie problem. – Mężczyzna zamyślił się. – Nie sądzę, aby Vodnique zniknął na tak długo. Cóż, jestem mu winny kilka przysług, więc nie pozostaje mi nic innego jak wam pomóc. Dobra, dajcie mi adres, gdzie was można znaleźć. Ja trochę rozeznam się w temacie i za jakiś czas się do was zgłoszę. - Ale… - Nie martwcie się. Po prostu musicie dać mi trochę czasu a wszystko będzie w porządku. Max Demage nigdy nie zostawia swoich znajomych! A teraz wybaczcie, mam zajęcia za minutkę. Papa. Minęło kilka dni przez które Narion i Ukoq czekali z niecierpliwością na jakiekolwiek wieści. Wreszcie telefon zadzwonił. Dwie godziny później obaj byli już u Maxa popijając herbatkę i słuchając tego co kolega ich mistrza się dowiedział. - W skrócie jest nieciekawie. Jeśli wierzyć pogłoskom to za zniknięcie Vodnique’a odpowiada grupa która nazywa siebie Uno. Cóż megalomania jak się patrzy, ale nie to jest istotne. Okazuje się, że podobne propozycje składali większej ilości mistrzów i ci którzy odmówili zawsze znikali w dziwnych i niewyjaśnionych okolicznościach. Ciężko powiedzieć co dokładnie z nimi robią, ale jedno jest pewne… to nie był odosobniony przypadek. - Cholera, trzeba to chyba komuś zgłosić – zaproponował Ukoq. - Właśnie, może policja… - Nie Narion. Oni nie pomogą. Wielu próbowało, ale bez skutku. Policja jest bezsilna w tej sprawie. Na szczęście jest wyjście, więc posłuchajcie uważnie. Chłopaki skinęli głowami i zamienili się w słuch. - Za kilka dni Uno organizować będzie nielegalny turniej walk na niewielkiej wysepce zwanej Piczu Maczi. Jest to turniej drużynowy, do którego zgłosić się może każdy pod warunkiem, że będzie miał pięcioosobową grupę. Jest to dla nas szansa aby dowiedzieć się czym jest Uno, no i dodatkowo mam wrażenie, że to może być ich siedziba główna. - Przepraszam, ale… - Narion się na chwile zamyślił. - Trochę to podejrzane, nie uważasz. - Owszem. Ale na waszym miejscu nie martwił bym się drobnostkami. Ważne aby się dostać na turniej i tyle. – Max uśmiechnął się szeroko. – A teraz tylko trzeba zebrać zespół. - Jesteśmy zawsze gotowi, aby tylko uratować naszego mistrza. - Nie chłopaki. Z całym szacunkiem, ale jeszcze daleko droga przed wami. Musimy zebrać prawdziwy zespół. Na szczęście mam już kogoś na oku… Demoniczny uśmiech Demage sprawił iż po plecach uczniów Vodnique’a przeszły ciarki.

Tego samego dnia w centrum stolicy. - Wiadomości z miejsca zdarzenia relacjonował dla państwa Nateusz. Dziękuje i do zobaczenia. – Nath odłożył mikrofon i ile tylko miał sił w płucach krzyknął. – Koniec! Ucieszony usiadł na pobliskim murku rozluźniając krawat. - Pięć godzin zbierania informacji, na dwuminutową relację. Dupa a nie telewizja. Cholera… W tym momencie podeszła do niego koleżanka z grupy. - Nie jest źle – podała mu kubek z herbata i usiadła obok. – Mogło być gorzej, mogli wyciąć cię z powodu braku czasu antenowego. - Nawet kurde nie prorokuj. Dobra idę się przebrać, a wy się zbierajcie. – Gdy tylko Nath doszedł do swojego samochodu ujrzał kogoś kogo się kompletnie nie spodziewał. - Max? – Zapytał z niedowierzaniem. - Hejka mistrzu! - Co ty tu robisz? Nie widziałem cię kilka dobrych lat. Dawaj no tu. – Obaj powitali się na przysłowiowego misia, po czym usiedli kilka metrów dalej na ławce. - Niestety sprowadzają mnie poważne sprawy. - Mów. Co się stało? - W skrócie wygląda to tak. – Tutaj Max przedstawił wszystko co wiedział o uprowadzeniu dawnego kolegi Vodnique’a. Historia ta bardzo poruszyła Natha. Kiedy wreszcie Demage skończył, padła zdecydowana odpowiedź. - Jedziemy!

- Poznajcie się. To jest Narion i Ukoq a to jest Nath. Mój i waszego mistrza dobry kolega. – Max przedstawił gościa. - Witam. - Witamy. - Nath jest jedyny na świecie posiadaczem eksplodujących mięśni. - Jakich mięśni? – Zapytał zaskoczony wypowiedzią Maxa Narion. - Nie prawda – Nateusz zaczął oponować. – Na pewno ktoś jeszcze ma takie, tylko pewnie o tym nie wie. A może i wie, ale nie korzysta z nich tak jak ja… - widząc uczniów Vodniqa głodnych jakichkolwiek wytłumaczeń ze zrezygnowaniem w głosie postanowił w skrócie opowiedzieć o co chodzi. – Ach. Po prostu potrafię zebrać potężne pokłady energii w moich mięśniach i uwolnić je w dowolnej chwili. Nazywamy to efektem sprężyny, ale oni zawsze lubili na to mówić, eksplodujące mięsnie. Są i złe strony tego daru, ale zbyt długo zajęło by mi ich tłumaczenie. - Dobra, w każdym bądź razie pora iść po trzeciego z grupy. - Trzeciego? Kim będzie trzeci – Ukoq widząc niecodzienności Natha, spodziewał się równie oryginalnej osoby i tym razem. - Najsilniejszy człowiek na świecie. - Oooo, a więc myślisz o nim. To dobrze. – Nath nie krył zadowolenia. - Najsilniejszy? Naprawdę? - Oczywiście. Ale on posiada nie tylko siłę pięćdziesięciu ludzi w jednym ciele, ale jest też twardy jak diament. - Kiedyś potrąciła go ciężarówka. Jemu nic się nie stało, ale pojazd był skasowany. - Wow. To ktoś taki w ogóle istnieje? – nie krył zaskoczenia Narion. - Oczywiście i jest to nasz dobry kolega Tytus.

Następnego dnia w niewielkiej miejscowości w południowej części kraju. Grupka ratująca Vodnika, stanęła przy hurtowni mięsa. Za płotem widać było garstkę potężnych mężczyzn przerzucających wielkie i ciężkie kosze pełne mięsa. Jeden z nich wydawał być się znacznie większy i silniejszy od pozostałych. Za jednym zamachem przenosił 3 kosze, podczas gdy inni po jednym. Widząc to Narion i Ukoq wpadli w zachwyt. Wiedzieli, że kolejna osoba w ich grupie, będzie faktycznie silna jak dąb. Nagle Nath przeskoczył nad płotem i pobiegł w stronę jednego z pracowników. Raptownie wyskoczył w powietrze, z oszałamiającą prędkością sfrunął na wysokiego chłopaka niosącego jeden koszyk. Nath przymierzył się i uderzył z całej siły uwalniając energię z mięsni. Napotkał jednak na skuteczny blok. Mężczyzna którego zaatakował nawet nie drgnął mimo, że huk uderzeni było słychać w całej okolicy. - Oto i Tytus. – rzekł spokojnie Max całkowicie szokując towarzyszy. - On. Ale przecież tamten koleś jest większy. - I silniejszy. - Co to, to nie… on jest najsilniejszy. On. – Max palcem wskazał na Tytusa. – Ale o tym jeszcze się przekonacie.

- Witaj! – krzyknął Nath gdy tylko wylądował na ziemi. Jego rywal natychmiast się uśmiechnął i odłożył koszyk. - Nateusz! Co to miało być, co? Chciałeś abym ci zrobił krzywdę. - No nie przesadzaj. Patrz, tam – chłopak wskazał osoby za płotem. – Jest też Max. - Oho. Zanosi się na rozróbę. - W samo sedno. Zanim Tytus z Nathem doszli do Maxa i pozostałych, wszystko o Vodniqu zostało mu wytłumaczone. - Rozumiem, że chcesz jechać na turniej i dowiedzieć się o co chodzi? – zapytał gdy tylko stanął dostatecznie blisko Demaga. - A masz lepszy pomysł. - Nawet nie zamierzam – Tytus rozprostował kości. – Dawno nikomu nie przylałem a Nath nie jest dla mnie dostatecznym przeciwnikiem - Ej, bo się wkurze. W odpowiedzi na to cała trójka się zaśmiała zostawiając jedynie uczniów Vodnika z lekkim szoku.

Kolejny na liście do zabrania był Piccolo. Jednak nikt nie chciał wyjawić czego jest mistrzem. Do ostatniej chwili uczniowie Vodnique’a próbowali jakoś uzyskać tę informację. Bezskutecznie. Dopiero gdy byli już prawie na miejscu, dostali pierwszą podpowiedź. - Cóż – zaczął Max. – Powiedzmy, że bardzo trudno z nim wygrać. - Ta, mało kto potrafił. – Tytus zaśmiał się głośno. Był jednym z nielicznych na których sztuczki Piccola nie działały. - Im jesteś lepszy. Im więcej technik znasz. Tym mniej szans masz. Dlatego Tytus sobie z nim jako jedyny z nas radzi. Tak poza nim… to nikt z nim nie potrafił wygrać. Te słowa poruszyły chłopaków. Z tego co do tej pory widzieli, to trójka ich nowych towarzyszy była niesamowicie silna. Wyobrażenie kogoś jeszcze silniejszego przychodziło im z trudem. - No ale koniec gadania, jesteśmy na miejscu. Cała piątka znajdowała się pod wielkim biurowcem. - Z tego co ostatnio się chwalił, to pracuje gdzieś tutaj. Sprawdzimy z Nathem a wy poczekajcie z Tytusem. Kilka minut później wyszli rozmawiając z trzecim mężczyzną. Wysoki, postawny dobrze zbudowany. Ubrany w garnitur kosztujący zapewne krocia. Na lewym nadgarstku błyszczał złoty zegarek, a bielutki uśmiech aż oślepiał. Choć Narion i Ukoq przekonali się już, że pozory mogą mylić, to ponownie nie mogli wyjść z wrażenia, iż to nie jest ta osoba której poszukują. Niepokonany mistrz? Prędzej tandetny bankier. - A to i uczniowe Vooda Narion i Ukoq. A wy poznajcie naszego starego dobrego kumpla, Piccola. Mistrza mistrzów. - Nie przesadzaj już…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Warlocks — czytnik · opowiadania